czwartek, 23 kwietnia 2026

 

Od pani Urszuli Trochimiuk – uczącej historii mojego wnuczka Kacpra w 6 klasie szkoły podstawowej w „ruskich dołach” gdzie tuż po wojnie i ja się uczyłem, dostałem interesującą książkę powstałą z listów i dzienników kapitana Wilma Hosenfelda pt.”Staram się ratować każdego” Na blisko 1 000 stronach dzieła niemieckiego oficera jest prawdziwy opis koszmaru wojny i okupacji w naszych miastach i wsiach. Wszędzie tam gdzie kazano mu strzec wojennych zdobyczy najpierw triumfującej a z czasem upadającej III Rzeszy. W listach do żony i dzieci kapitan Hosenfeld opisuje codzienne życie w okupowanej Polsce nie skrywając zmian jakich doznaje analizując skutki niemieckich represji wobec Polaków i Żydów. Te osobiste doświadczenia wyniesione z Siedlec, Węgrowa, Sokołowa a także z Kałuszyna i Jadowa doprowadzą do wewnętrznej przemiany .We wrześniu 1939 roku jako członek NSDAP wierzył ,że wyrusza na sprawiedliwą wojnę i nie krył zadowolenia z sukcesów Wehrmachtu . Jednakże obserwując z bliska zbrodnicze poczynania okupantów stał się prawdziwym człowiekiem i wzorem chrześcijanina ratującego ukrywającego się w ruinach Warszawy polskiego Żyda – Władysława Szpilmana. Mamy to w oskarowym filmie Romana Polańskiego pod tytułem „Pianista” Dzięki temu filmowi polski Żyd Władysław Szpilman i ratujący go niemiecki oficer Wilm Hosenfeld stali się postaciami znanymi na całym świecie..Dla nas mieszkańców podlaskich i mazowieckich miast i wsi interesujące są zawarte w dziennikach i listach niemieckiego oficera opisy tradycyjnych świąt kościelnych , rodzinnych obyczajów i stosunków społecznych w latach 1939 – 1944 ,w tym godnej postawy Polaków wobec okupanta. Kapitan Wilm Hosenfeld- wzór prawdziwego chrześcijanina i antyfaszysty pisał niemal codziennie listy do żony i dzieci z miejsc swojego zakwaterowania i dzięki temu możemy jego oczami zobaczyć tragiczne losy przesiedlanych w grudniu 1939 roku roku polskich rodzin z poznańskiego m.inn. do Sokołowa.Oto fragment z listu do żony z 13 grudnia 1939 roku

Kochana Annemi !

.Byłem dzisiaj w Sokołowie .Przyjechał tam pociąg z uchodźcami. Zacząłem obserwować. Ze szczelnie wypełnionego pociągu wypadli biedni ludzie, wlokąc za sobą swój nędzny dobytek, chwiejący się na nogach starcy i staruszki ,mężczyźni ,kobiety i mnóstwo dzieci. W dziecięcym wózku siedziała mała dziewczynka zgnieciona prawie przez paczki i koce ale to było takie słodkie, rozkoszne dzieciątko o takich błyszczących, radosnych dziecięcych oczach, że wcale nie chciałem odchodzić. A czarnowłosa dziewczyna, która musiała pchać ciężki wózek przez śnieg i zimno, trzymając go kurczowo zaciśniętymi palcami wcale nie była smutna i zmartwiona Uśmiechała się do mnie i chciała coś powiedzieć ale ja nie rozumiałem. I nagle łzy napłynęły mi do oczu. Dziewczynka zauważyła to i powiedziała do swojej matki.”Panie puakai” -/Ten pan płacze/Kobieta nie mogła tego widzieć ,bo się od niej odwróciłem. ale wstała z paczki i spojrzała mi w oczy. Ach, to głupie współczucie. Odszedłem i kazałem ludziom zejść z ulicy ,bo nadjeżdżały nasze ciężarówki. Wyczułem w kieszeni rolkę cukierków na kaszel ,które Sebald przysłał mi kilka dni temu .W kotłującym się, krzyczącym, nawołującym tłumie odnalazłem obie moje dziewczynki i położyłem małej na kocu cukierki. Jak szybko to stworzątko wyjęło rączki z pod koca i sięgnęło po prezent. Z wielka zręcznością rozerwało zębami papierek i wyjęło cukierki. Starsza dziewczyna stała uśmiechając się obok i cieszyła ze swoją siostrzyczką, która teraz, wydając radosne okrzyki częstowała matkę i ojca. Powiedz „danke schen”, powiedz „danke schen”, ale dziecko miało już tyle cukierków w buzi, że nie mogła powiedzieć. Ciemność połknęła bezdomnych a ja poszedłem w stronę dworca gdzie czekali urlopowicze. I zapis z dziennika kapitana Hosenfelda z dnia 14 grudnia 1939 roku… W Sokołowie na dworcu. 10 rano, stoi pociąg, z przodu kilka wagonów osobowych, z tyłu dużo wagonów bydlęcych. We wszystkich ciasno upchani Polacy, wypędzeni z byłych polskich terenów, które teraz stały się częścią Niemiec. Jakaś kobieta pyta mnie, gdzie może dostać ciepłą wodę dla swojego dziecka Wartownicy nie wpuszczają jej na dworzec. Pokazuje jej wyjście. Ludzie siedzą już trzeci dzień stłoczeni w pociągu. Po południu, koło trzeciej wracam tam. Deportowani są właśnie wyładowywani. Stoją przed dworcem i nie wiedzą dokąd mają iść. Obraz nędzy i rozpaczy. Wśród wielu innych, moją szczególną uwagę zwrócił starszy mężczyzna. Zgaduję go. Mówi to samo, co wszyscy inni ;Co mamy robić ?Dokąd mamy iść? Ma miłą, starczą ,twarz ,jest 76 letnim chłopem. Wpędzono go z jego gospodarstwa razem ze wszystkimi innymi.-Mężczyzni i kobiety otaczają mnie, wszyscy pytają o to samo, jeden z mężczyzn pokazuje małe dzieciątko ,które leży przemarznięte w rozpadającym się wózku. Nie ma już siły żeby krzyczeć .Snieg wiruje i pokrywa ludzi białym puchem.Stoją bezbronni, opuszczeni. Jeden z mężczyzn podchodzi do policjanta, który konwojował pociąg „ Mój panie, co mamy robić ?” Ma na sobie stare futro, za nim stoi jego żona Mężczyzna płacze. „Wróciłem z lasu z moimi końmi i moim wozem, od razu powiedzieli mi wynoś się stąd natychmiast, wszyscy maja się wynosić, twoja żona i dzieci, za dziesięć minut ma cię tu nie być. Moi starzy rodzice mają już po 80 lat, mam 6 dzieci Od trzech dni nie dostaliśmy nic do jedzenia.. Moje dzieci umierają z głodu. Nie mogłem ze sobą nic zabrać ,nie mam pieniędzy. Wyciera sobie twarz spracowanym dłońmi. stoi przede mną bezradny. A ja nie mogę im pomóc. To nieszczęście chwyta mnie za serce. Tak wyglądają te przesiedlenia, o których mówi się tak podniosłym tonem. Jedną z takich rodzin deportowanych z Poznania zaopiekowali się mieszkańcy ulicy siedleckiej, wśród nich i moja mama. W oborze pana Bałkowca mieliśmy krowę-żywicielkę. Moja 7 letnia Siostra Janka po każdym udoju nosiła do domu gdzie zamieszkali państwo Kwiatowie ciepłe jeszcze mleko. Raz wróciła niezadowolona ze swojej misji, bo nie wiedziała skąd weźmie dla podopiecznych oczekiwane przez nich „pyry”. Kartofli mieliśmy całą piwnicę ale pyry ani jednej. Sprawa się wyjaśniła następnego dnia gdy zaniosła kosz ziemniaków. Po wojnie państwo Kwiatowie pisali do mojej mamy listy z Poznania zapraszając o odwiedzin. Mieszkali na ulicy Kwiatowej. Kiedy siostra odbywała praktykę dziennikarską w zakładach Cegielskiego w Poznaniu bodaj w 1957 roku odwiedziła naszych sokołowskich poznaniaków. Było o czym rozmawiać. Wielka szkoda że w Uniwersytecie Warszawskim nie zadano jej takiego tematu na zaliczenie dziennikarskich studiów. Pamiętająca tamte czasy pani Jadwiga Bałkowcowa też z ulicy siedleckiej mówiła mi ,że poznański naukowiec badający deportacje mieszkańców woj. poznańskiego po wcieleniu połowy ziem polskich do Wielkiej Rzeszy Niemieckiej na podstawie dekretu Hitlera z 8 pażdziernika 1939 roku przesłał domowi kultury obszerny pamiętnik jednej z rodzin która znalazła się w Sokołowie. Jak dotąd nie udało się go odnaleźć ale warto szukać..

środa, 22 kwietnia 2026

 

Wspomnienia z czasów

PRL - Europa! Europa?

Ostry dzwonek bezpośredniego telefonu od wojewody poderwał cały wydział. Telefon ten w najlepszym razie zwiastował pilną naradę dyrektorów wydziałów ówczesnego Urzędu Wojewódzkiego. Wojewoda siedlecki płk pilot Janusz Kowalski, nawykły do wojskowego trybu życia, organizował odprawy, kiedy tylko miał ku temu powody - a miał je nadal często. Po pewnym czasie nabrałem przekonania, że lubił się z nami spotykać, by poopowiadać o swoich lotach, skomentować wizyty u I sekretarza i ks. biskupa. Ten telefon dotyczył wizyty autentycznego księcia w Mauzoleum Treblince ... Na jutro, panie Wacławie, przygotuje pan były obóz zagłady w Treblince na wysoki połysk, bo około 1100 będzie go zwiedzał książę Bernard Holenderski, mąż Julianny - królowej Holandii.” Zrobi się - rzekłem - wiedząc, że Tadzio Kiryluk, nawykły do nagłych wizyt VIP-ów, jak zawsze zadba o wszystko, by potwierdzić swoją pozycje doskonałego opiekuna 16 hektarów, na których ustawiono 17 tys. granitowych pomników. Całe szczęście, że w ceremonii powitania księcia miał wziąć udział tylko wojewoda. Ominęło mnie pisanie scenariusza, oprawa artystyczna itp., w czym gustowali luminarze z wydziału propagandy. Wojewoda swoje obowiązki reprezentacyjne traktował z naturalną swobodą - ciepło i życzliwie, bez wszechogarniającej elity władzy - sztampy i napuszonej powagi.

W dniu wizyty, na godzinę przed zapowiedzianym przyjazdem dostojnego gościa, sprawdziliśmy stan przygotowań, przygotowaliśmy suweniry z wydawnictw i albumów o martyrologiiydów. Pan Kiryluk sprawdził megafony, nastawił taśmę Treblinki w jezyku niemieckim, który - jak się okazało - był językiem ojczystym dostojnego gościa. Bowiem, ks. Bernard był ksieciem niemieckim, zanim w 1937 r. zaślubił ówczesną następczynię tronu, późniejszą królowę Holandii - Juliannę I. Książę podróżował po Polsce w asyście wysokich oficerów każdego rodzaju wojsk. Naszego pułkownika, który wśród cywilów prezentował sie nadzwyczajnie, świta ta przyćmiła, ale nie stracił fasonu. Powitał gościa serdecznie, tym bardziej, że Książę Bernard w czasie II wojny światowej walczył po stronie aliantów.

Po części oficjalnej goście zaproponowali poczęstunek. W towarzyszącym orszakowi samochodzie-chłodni mieli wszystko: od serwetek i kieliszków po przekąski, napoje i trunki. Stewardzi w białych rękawiczkach roznosili wśród zebranych tace z rzadkimi, w tamtych czasach, przysmakami. Podczas tej już bardziej swobodnej części spotkania, dostojny gość zapragnął pójść tam, gdzie nawet król piechotą chodzi. I tu nastąpiła konsternacja. Toaleta przy wiacie została przez nadgorliwców z Sanepidu tak zachlorowana,że gdyby książę z niej skorzystał - mógłby przerwać podróż, jak wielu wcześniej przywożonych tu w transportach, m.in. z Holandii. Zrobiło się zamieszanie. Ktoś zaproponował pobliskie krzaki, ale spotkało się to z odmową mistrza ceremonii. W pobliskiej leśniczówce była, co prawda, łazienka, ale robiło się w niej wielkie pranie i dla mieszkańców wizyta ważnego gościa byłaby krępująca. Mistrz ceremonii był zrozpaczony, powtarzał cały czas: A nie mówiłem, żeby zabrać ze sobą toaletę na kółkach.” Nie było rady - pranie musi ustąpić przed potrzebami natury. W asyście swoich oficerów ks. Bernard Holenderski ruszył dziarskim krokiem do leśniczówki.

Przeżyliśmy ten incydent wszyscy, a mnie się tak utrwalił, że kiedy jestem w Treblince, zaglądam do jedynej tam toalety i muszę Państwu powiedzieć, że nic się nie zmieniło. A miało być lepiej w każdej dziedzinie.

Wacław Kruszewski



PRL – wdzięczność

Rok 1966. Do Sokołowa przyjeżdża towarzyszka Skoczylasowa z KC PZPR. Niecodzienną wizytę składa sekretarzowi Komitetu Powiatowego - Kazimierzowi Wittowi. Celem wizyty jest odnalezienie ludzi, którzy w czasach okupacji przeprawili ją przez Bug do ZSRR. W komitecie wiedzieli, że klub fotograficzny ośrodka kultury dokumentuje wszystko, co ciekawego zdarzyło się w powiecie: od budowy drogi, otwarcia remizy, po akademię, występy artystyczne i dewizowy odłów zajęcy. Zostałem poproszony o towarzyszenie pani Skoczylasowej i wykonanie serwisu fotograficznego z ewentualnych spotkań ze swoimi wybawcami, których nazwiska zachowała we wdzięcznej pamięci. Trzeba ich tylko odnaleźć, jeśli żyją.

Żyli. W Kosowie pan Wojdyga, a w Rytelach pan Żebrowski. Zajechaliśmy do nich, a z nimi do miejsc, gdzie w nocy dokonywano przepraw przez Bug. Przerzucano tych, którzy byli szczególnie zagrożeni - Żydów, uciekinierów z obozu jeńców wojennych w Suchożebrach, działaczy komunistycznych i tych wszystkich, dla których ZSRR był ocaleniem. Organizacją przerzutów zajmował się pan Wojdyga, do którego w 1940 roku dotarła z Warszawy i pani Skoczylasowa. Grupa wtajemniczonych rolników znających doskonale rzekę a nawet radzieckich pograniczników, wydobywałazatapiane za dnia łodzie i w każdą chmurną

noc przeprawiał dziesiąki uciekinierów. Ryzykowali życie,a często za swoje trudy i poświęcenia, zamiast zapłaty otrzymywali listy dziękczynne oraz zapewnienia gratyfikacji, gdy się wszystko powiedzie. Taki dokument, zapisany na kartce kratkowanego papieru kopiowym ołówkiem, wzięła pani Skoczylasowa do muzeum. Jego autorem był oficer - jeniec z obozu w Suchożebrach, zaś za przewóz, opiekę i żywność miał zapłacić towarzysz Stalin. Jak dziś wiadomo, Stalin wszystkich plennych” potraktował jak zdrajców i zesłał do łagrów.

Tak więc panowie Wojdyga i Żebrowski nie doczekali się podziękowania. Ale pani Skoczylasowa pamiętała, kto jej życie uratował, przyjechała do Kosowa, odnalazła swoich wybawców, by im po latach podziękować, a Wojdydze pomóc w odzyskaniu koncesji na rzeźnię i wyrób wędlin, z czego słynął nie tylko w Kosowie Lackim.

Wspomnienia te piszę z pamięci, a inspiracją do nich były odnalezione zdjęcia. Więcej tych zdjęć, między innymi na łódkach, którymi dokonywano przepraw, pozostało we wspomnianych negatywach w archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Co się z nimi stał

 



PRL – wdzięczność

Rok 1966. Do Sokołowa przyjeżdża towarzyszka Skoczylasowa z KC PZPR. Niecodzienną wizytę składa sekretarzowi Komitetu Powiatowego - Kazimierzowi Wittowi. Celem wizyty jest odnalezienie ludzi, którzy w czasach okupacji przeprawili ją przez Bug do ZSRR. W komitecie wiedzieli, że klub fotograficzny ośrodka kultury dokumentuje wszystko, co ciekawego zdarzyło się w powiecie: od budowy drogi, otwarcia remizy, po akademię, występy artystyczne i dewizowy odłów zajęcy. Zostałem poproszony o towarzyszenie pani Skoczylasowej i wykonanie serwisu fotograficznego z ewentualnych spotkań ze swoimi wybawcami, których nazwiska zachowała we wdzięcznej pamięci. Trzeba ich tylko odnaleźć, jeśli żyją.

Żyli. W Kosowie pan Wojdyga, a w Rytelach pan Żebrowski. Zajechaliśmy do nich, a z nimi do miejsc, gdzie w nocy dokonywano przepraw przez Bug. Przerzucano tych, którzy byli szczególnie zagrożeni - Żydów, uciekinierów z obozu jeńców wojennych w Suchożebrach, działaczy komunistycznych i tych wszystkich, dla których ZSRR był ocaleniem. Organizacją przerzutów zajmował się pan Wojdyga, do którego w 1940 roku dotarła z Warszawy i pani Skoczylasowa. Grupa wtajemniczonych rolników znających doskonale rzekę a nawet radzieckich pograniczników, wydobywałazatapiane za dnia łodzie i w każdą chmurną

noc przeprawiał dziesiąki uciekinierów. Ryzykowali życie,a często za swoje trudy i poświęcenia, zamiast zapłaty otrzymywali listy dziękczynne oraz zapewnienia gratyfikacji, gdy się wszystko powiedzie. Taki dokument, zapisany na kartce kratkowanego papieru kopiowym ołówkiem, wzięła pani Skoczylasowa do muzeum. Jego autorem był oficer - jeniec z obozu w Suchożebrach, zaś za przewóz, opiekę i żywność miał zapłacić towarzysz Stalin. Jak dziś wiadomo, Stalin wszystkich plennych” potraktował jak zdrajców i zesłał do łagrów.

Tak więc panowie Wojdyga i Żebrowski nie doczekali się podziękowania. Ale pani Skoczylasowa pamiętała, kto jej życie uratował, przyjechała do Kosowa, odnalazła swoich wybawców, by im po latach podziękować, a Wojdydze pomóc w odzyskaniu koncesji na rzeźnię i wyrób wędlin, z czego słynął nie tylko w Kosowie Lackim.

Wspomnienia te piszę z pamięci, a inspiracją do nich były odnalezione zdjęcia. Więcej tych zdjęć, między innymi na łódkach, którymi dokonywano przepraw, pozostało we wspomnianych negatywach w archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Co się z nimi stał

  Od pani Urszuli Trochimiuk – uczącej historii mojego wnuczka Kacpra w 6 klasie szkoły podstawowej w „ruskich dołach” gdzie tuż po wojn...