środa, 18 lutego 2026

 (brak tematu)

Odebrane

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

pon., 9 lut, 12:52 (23 godziny temu)
do sercepolski


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi  kultury przez  dr Edwarda PERŁOWSKIEGO,  wielce zasłużonego lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe, do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu  RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.

wtorek, 10 lutego 2026


 (brak tematu)

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

13:07 (17 minut temu)
do annakozak7


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
https://waclawkruszewski.blogspot.com/Edukacja w czasach  zamierzchłych  

Inspiracją do napisania tego artykułu, była kolejna reforma edukacji i prośba mojego  wnuka, bym opowiedział, jak się uczyłem w szkole, która go niebawem czeka, jeśli  reforma pana Czarnka się spełni. Kacperka, co rozumiem, nie interesuje codzienne  wkuwanie, ale prawdziwe życie szkoły; jakie były w moich czasach zabawy i różne  atrakcje. 

Nie było ich wiele, jak na potrzeby młodych, ciekawych życia licealistów. Nasi  nauczyciele starali się jak mogli, by w tych siermiężnych czasach stworzyć nam w  miarę dobre warunki do nauki i wychowania. Nie było telewizji, nie było komputerów.  Raz w miesiącu przyjeżdżało do Sokołowa kino ruchome z filmem najczęściej  radzieckim. Jak był to film wojenny, szło wytrzymać, ale przeważnie stolicę  rolniczego powiatu uszczęśliwiano tematyką kołchozową. I z tym były problemy  natury wychowawczej; jakieś śmiechy, głośne komentarze. Gdy tylko zgasła żarówka  nad projektorem ustawionym pośrodku sali widowiskowej księży salezjanów,  zaczynały na sali buzować hormony. Chłopaki przesiadali się do sektora żeńskiego,  by korzystając z chwilowego zaciemnienia potrzymać swoją sympatię za rączkę, a co  bardziej odważni nawet za kolanko. Piski dziewcząt, głośne komentarze  zazdrośników, zagłuszały propagandę sielskiego kołchozowego życia w Związku  Radzieckim. Z trudem przychodziło nam później streszczanie sukcesów Miczurinajego genialnego ucznia Łysenki – tego, który opóźnił rozwój radzieckiej  genetyki o 20  lat, jak na fali „pierestrojki” podały wiele lat później gazety. Pani prof. Wiśniewolska  okazywała jednak duże zrozumienie i tolerancję dla naszej skromnej wiedzy po tych  seansach, podobnie jak prof. Wojtkowski, który uczył nas geografii. Obowiązującym  wtedy podręcznikiem była „Geografia gospodarcza świataIwana Witwera (z 1953  roku), a w niej wszystko co najlepsze, to oczywiście w Związku Radzieckim. Trzeba  było wtedy dużej odwagi, by takie tezy kwestionować w totalnie indoktrynowanej  szkole. A ja pamiętam z lekcji geografii w naszym Liceum, że ropa naftowa była i na  Półwyspie Arabskim i (o zgrozo!) w Teksasie oraz w Wenezueli, oczywiście i w  Związku Radzieckim.  

Zimnowojenne lata pięćdziesiąte  

Atrakcją były wówczas niedzielne wyjazdy aktywu szkolnego na wieś. Polegało to na  udziale młodzieży w grupach agitatorów mających przekonać opornych rolników do  zakładania kołchozów, na gruncie polskim tzw. spółdzielni produkcyjnych. Innym  razem była to pomoc w przeprowadzaniu remanentów w sklepach „Samopomocy  Chłopskiej”, szczególnie przy zmianach cen. Dostałem wtedy dobrą, bo praktyczną  lekcję ekonomii. Na wiejskim zebraniu w Wyrozębach, rolnik domagał się odpowiedzi  na proste pytanie: dlaczego tanieją statki i lokomotywy a drożeją brony i lemiesze

Żaden z agitatorów nie potrafił tego wytłumaczyć. Jakby na to nie patrzeć były to  dobre lekcje „wychowania obywatelskiego”, z elementami ekonomii socjalistycznej,  które do dziś pamiętamy. Wspominaliśmy te czasy z Heńkiem Puchalskim w jego  rodzinnych Białobrzegach nad Bugiem. Heniek zanim przeszedł na emeryturę chronił  życie i mienie mieszkańców Białostocczyzny, pracując na kierowniczych  stanowiskach w Zawodowej Straży Pożarnej. To zdarzenie z wiejskiego zebrania w  Wyrozębach, każdy z nas pamiętał inaczej, ale jedno wrażenie było wspólne i  zakiełkowało nieufnością do władzy w głowach młodych ZMP-owców. Ja na przykład,  już mniej żarliwie przekonywałem swojego dziadka do podpisania listy kandydatów  do rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, mającej powstać w Bachorzy. Ze wszystkich  moich argumentów o wyższości kolektywnego gospodarowania nad indywidualnym,  dziadek Paweł robił sieczkę, jeśli mam zostać przy rolniczej terminologii. A ja  dostałem właśnie bojowe zadanie przekonać dziadka – nonkonformistę do  podpisania listy założycieli Spółdzielni w Bachorzy. Wtedy niewiele wiedziałem o  zasługach dla Ojczyzny właścicieli majątku w Bachorzy – Z


 (brak tematu)

Odebrane

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

pon., 9 lut, 12:52 (23 godziny temu)
do sercepolski


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi  kultury przez  dr Edwarda PERŁOWSKIEGO,  wielce zasłużonego lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe, do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu  RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.

piątek, 6 lutego 2026

 

Rak telewizyjny, czyli dlaczego kultura choruje? Brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydujące znaczenie dla jakości życia i dla rozumienia problemów świata Czytelnicy zainteresowani sprawami kultury pamiętają, że 29 maja, na kolejnym, szóstym już spotkaniu animatorów kultury w Domu Pracy Twórczej” Reymontówka” w Chlewiskach ogłoszono apel o zmianę systemu finansowania kultury zagrożonej dziś przez zanikający mecenat państwa nad strefą twórczości i upowszechniania kultury. W najtrudniejszej sytuacji dziś znalazły się biblioteki i domy kultury na wsi i małych miastach. Nasz apel kierowaliśmy do liderów partii politycznych, mając nadzieję, że wzbogacą swoje programy wyborcze o tak potrzebną dzisiaj – kulturę. Jej braku doświadczamy na każdym kroku, szczególnie wśród zacietrzewionych polityków, nawet tych z tytułami profesorskimi. Widać to w programach telewizyjnych, w transmisjach z obrad Sejmu. Nie umiemy ze sobą rozmawiać bez agresji, pomówień i kłamstw. Nie umiemy pięknie się różnić w sprawach, co do których mamy różne poglądy. Moim zdaniem przyczyną jest zanik kultury przede wszystkim wśród tych, którzy za nią odpowiadają. A odpowiedzialność ta należy do elity społecznej, do liderów środowisk w których żyją i działają. Zasłużenie czy nie, uchodzę za takiego lokalnego lidera w środowisku pracowników kultury, z którymi pracowałem w Sokołowie i Siedlcach przez 42 lata mojej aktywności zawodowej. Dlatego ,w miarę swoich skromnych możliwości, staram się by doceniano pracę bibliotek, domów kultury, świetlic i klubów szczególnie tych najmniejszych działających na wsi. W latach sześćdziesiątych założyliśmy ich ze Zdzisławem Lechem – przewodniczącym Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Wiejskiej 46 w powiecie sokołowskim. Po połowie – Klubów Rolnika, utrzymywanych przez Gminne Spółdzielnie i Klubów Ruch – koncernu RSW Prasa Książka „Ruch” Nie ostał się żaden. Zmarła niedawno śp. Lucyna Maksimiak doprowadziła Wiejski Klub Rolnika w Hołowienkach do pierwszego miejsca w Polsce. Do dziś mieszkańcy wsi i aktorzy Teatru Ziemi Mazowieckiej z sentymentem wspominają wzajemne przyjacielskie kontakty zapoczątkowane realizacją konkursu „Wieś bliżej teatru” Brak takich bezpośrednich ludzkich kontaktów mieszkańców wsi z artystami, pisarzami, dziennikarzami dodatkowo zubaża intelektualną kondycje wiejskiego elektoratu, ulegającego wszelkiej demagogicznej manipulacji przed wyborami. Kto pamięta pobyty w sokołowsko-podlaskich wsiach pisarzy: Jana Gerharda, Wojciecha Żukrowskiego, Cezarego Chlebowskiego, Edwarda Redlińskiego; aktorów: Stanisława Mikulskiego, Wacława Kowalskiego, Leonarda Pietraszaka, Ryszarda Pietruskiego, Ryszarda Filipskiego i wielu, wielu innych w organizowanych przez biblioteki i kluby kultury spotkaniach literackich pod nazwą „Niedziel na wsi”, ten wie, jaka była przyjazna atmosfera tych spotkań, jaka wzajemnie wartościowa wymiana poglądów. Z nastaniem nowego modelu upowszechniania kultury zmieniły się metody kontaktów społecznych. Pamiętam, jak na jednej z narad w sprawie braku pieniędzy na kontynuację budowy domu kultury w Sokołowie, przewodniczący Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej inż. Mierzwiński, wyraźnie rozeźlony moimi wypowiedziami oświadczył: „jeśli chcecie mieć dostęp do kultury w Sokołowie, to zaprenumerujcie każdemu mieszkańcowi miasta „Trybunę Ludu”. Będzie taniej i skuteczniej”. Z propozycji nie skorzystaliśmy i dom kultury, chociaż po 14 latach, został zbudowany. Mam nieodparte wrażenie, że koncepcja inż. Mierzwińskiego znalazła naśladowców. Wielu samorządowców myśli podobnie. Po co utrzymywać domy kultury na wsi, skoro każdy prawie mieszkaniec ma telewizor, a nawet komputer z dostępem do Internetu. Przecież to nic nie kosztuje naszej gminy. Dostęp do kultury jest bardzo bogaty. Kto ma taka potrzebę, może dowolnie wybierać pomiędzy serialami, filmami, poradnikami gotowania, debatami polityków, itp. itd. Pomińmy tu jakość programów telewizyjnych, na które widzowie nie mają żadnego wpływu. O wszystkim dziś decydują politycy. To jednak nikt nie zaprzeczy, że brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydujące znaczenie dla jakości życia i dla rozumienia problemów świata. W 1975 roku studenci Uniwersytetu Warszawskiego prowadzili badania naukowe na temat potrzeb kulturalnych młodzieży w gminie Jabłonna Lacka. Z badań tych wynikało, że młodzież chodzi do kina przede wszystkim dlatego, by spotkać się ze swoimi rówieśnikami, porozmawiać, a przy tej okazji obejrzeć film w kinie, które jeszcze funkcjonowało we wsi zanim zlikwidował je wszechogarniający rak telewizyjny. Teraz wystarczy browarek ,kanapa i pilot do telewizora. Na rozmowę z drugim człowiekiem ,na przeczytanie książki szkoda czasu.

środa, 28 stycznia 2026

 

 Zmarł Janusz Nowicki były dyrektor Departamentu Domów Kultury i Bibliotek  Ministerstwa Kultury i Sztuki
21:14 (3 minuty temu)
Znałem Go gdyż całe lata  pracowałem razem nad cywilizacyjnym rozwojem mieszkańców Podlasia i wschodniego Mazowsza . On w  Warszawie w Ministerstwie Kultury i Sztuki ja 100 kilometrów   od stolicy na wschodnich kresach Rzeczpospolitej Razem walczyliśmy z cenzurą  i biurokracją ograniczającą ludzkie inicjatywy.  Janusz jak niewielu ówczesnych urzędników szczebla centralnego rozumiał i wspierał kulturę na polskiej prowincji, na wsi i w małych miasteczkach.. Tam gdzie była uboga i bardzo potrzebna.. Potrafił wprowadzić do planów gospodarczych Polski budowę nowego kina w  Minsku Mazowieckim i Szkołę Muzyczną w Siedlcach. Szczególną troską otaczał  program remontów  zabytkowych dworów ,i pałaców a  w  nich organizację bibliotek ,muzeów i domów kultury Pomnikowymi dziełami Dyrektora Janusza Nowickiego pozostaną na wieki zabytkowy ratusz w Maciejowicach ocalony i zaadaptowany na muzeum T Kościuszki, biblioteka w    Węgrowie w  zabytkowym domu kupców Gdańskich i Dom Pracy Twórczej Reymontówka w Chlewiskach.  Jako nauczyciel z zawodu  dbał o rozwój ciągłe doskonalenie kadry animatorów kultury stwarzając im szansę studiowania na uczelniach artystycznych i uniwersytetach. Przy tym wszystkim był  niezwykle  życzliwy  na ludzkie potrzeby. W tamtych czasach w których zbyt dużą rolę widziano w propagandzie  kultury  wielkomiejskiej Janusz dostrzegał wartości  jakie wnoszą do kultury narodowej  twórcy ludowi,, muzycy orkiestr OSP, członkowie amatorskich  zespołów artystycznych  .Takich działaczy kultury dziś nie zobaczysz i dlatego to wielka strata dla nas wszystkich ludzi myślących i  społecznie wrażliwych  jak śp. Janusz Nowicki. Pozostanie w naszej pamięci.


i
--

  (brak tematu) Odebrane Wacław Kruszewski   < waclawkruszewski37@gmail.com > pon., 9 lut, 12:52 (23 godziny temu) do  sercepolski -- ...