Jak
ratowałem pałac w Patrykozach
W
kwietniu 1960 roku, powróciłem do Sokołowa po odbyciu – jak się
kiedyś mówiło – zaszczytnej służby wojskowej. Za sprawą
artykułu zamieszczonego w tygodniku „Nowa Wieś”, w którym
broniłem godności chłopaków krytykowanych publicznie za
chuligaństwo, przez zawiedzione panienki, zyskałem uznanie
partyjnych i administracyjnych władz miasta, wyczulonych na każde
krytyczne opinie prasy. Zostałem zaproszony do I sekretarza KP PZPR.
Zaproponowano mi pracę w sporcie lub kulturze. Wybrałem kulturę.
Złożyłem papiery w kadrach kierowanych przez Henryka Grzymałę i
za miesiąc p. Stanisław Zambroń – Przewodniczący Prezydium
Powiatowej Rady Narodowej, wręczył mi angaż na kierownika Wydziału
Kultury i Sztuki. Tak zaczęła się moja przygoda z kulturą,
znaczona pasmami klęsk i sukcesów. Jak pokazują ostanie lata tych
sukcesów było jednak więcej. Coraz częściej bowiem, spotykam się
ze słowami uznania, za pozostawienie po sobie trwałych śladów
pamięci, w postaci uratowanych przed zniszczeniem zabytkowych
pałaców i dworów ziemiańskich, zbudowanych i zorganizowanych
domów kultury, bibliotek, muzeów, kin i szkól muzycznych. Pan
Zbigniew Wielogórski – starosta siedlecki, dziękował mi
publicznie za uratowanie dworku Aurelii Reymontowej w Chlewiskach
i zorganizowanie tam Domu Pracy Twórczej. Ale największą radość,
przyniosła mi możliwość zwiedzenia po zakończeniu remontu,
zabytkowego pałacu gen. Teodora Szydłowskiego w Patrykozach. Kunszt
mistrzów z Pracowni Konserwacji Zabytków, troska o każdy
detal bogatego wystroju pałacu, a przede wszystkim stanowisko
właściciela, nie szczędzącego pracy i pieniędzy, by przywrócić
rezydencji Szydłowskiego dawny urok i piękno, nie mającą sobie
równych wśród neogotyckich pałaców w Polsce. Pan Maurycy Zając
żyje sprawami pałacu, gromadzi wiedzę i dokumenty dotyczące
jego historii. Wiedząc, że i ja mam swój skromny udział w
ratowaniu tego cennego zabytku, zaprosił mnie do odwiedzin. W zamian
obiecałem, że prześlę zdjęcia z okresu odbudowy pałacu
w latach 1979-1983 wykonane przez Michała Kurca – instruktora
fotografii Centrum Kultury i Sztuki woj. siedleckiego oraz
notatkę o pracach, jakie wykonaliśmy, by pałac nie podzielił losu
klasy ziemiańskiej, skazanej na zniszczenie przez
robotniczo-chłopskie władze. Dzielę się tą wiedzą z
czytelnikami, by zachęcić ich do odwiedzin Patrykoz i podziwiania
pięknej architektury i wnętrz rezydencji generała Szydłowskiego.
Ratowanie
przed ostatecznym zniszczeniem pałacu w Patrykozach, rozpoczęliśmy
organizując tzw. czyny społeczne, przy odgruzowaniu oranżerii. Ala
Simanowicz, do dziś pamięta burchle na dłoniach od machania łopatą
w jedynej dostępnej i bezpiecznej dla ludzi części ruiny pałacu,
pozbawionego dachu i stropów. Dziełu dewastacji, opierały się
jeszcze zewnętrzne mury okradane z okien i warstwy wykładziny
korkowej, stosowanej teraz do palenia w kuchniach i ściółkowania w
oborach. Ściany wewnętrzne były podziurawione jak w powojennym
filmie pt. Skarb
(1948).
Tu też kuto wszędzie, gdzie odzywało się echo szukając skarbów
generała, bądź broni z alianckiego zrzutu we Włodkach, przejętego
przez oddział „Dzika” ppor. Mariana Solnickiego i złożonego
gdzieś w piwnicach pałacu. W ścianach wewnętrznych rozprowadzono
kanały ogrzewające pokoje, stąd intrygujące echo przy każdym
uderzeniu młotkiem. Na parterze p. Więsak trzymał krowy i by
ludzie nie przeszkadzali mu w „gospodarowaniu”, popodcinał pale
mostku, likwidując przejście obok pałacu. Teraz, mógł swobodnie
wycinać co większe modrzewia z zabytkowej alei, sypiąc sól w
korzenie, by przyspieszyć ich uschnięcie. Piękny park w stylu
angielskim przegrał z burakami.
W
tamtym czasie nie było siły na rolnika. Buraki były ważniejsze.
Po kilku dniach społecznej pracy animatorów kultury z Powiatowego
Ośrodka Kultury w Sokołowie, zrobiliśmy sobie majówkę pod
pałacem, na którą zaprosiliśmy wiceprzewodniczącego PPRN W
Sokołowie p. Lucjana Maraska, licząc na jego pomoc i wsparcie.
Dyrektorka GOK-u w Bielanach Alina Pietrzak upichciła słynną babkę
ziemniaczaną, ktoś przywiózł ogórki, ktoś ruski szampan, a ja
plany odbudowy pałacu i deklarację, że za dwa lata będzie tu
Uniwersytet Ludowy, kształcący kadry dla wiejskich klubów kultury.
Lucjan Marasek znający mizerię budżetową rady powiatowej,
możliwości wykonawcze i materiałowe, a także opinie
decydentów o ratowaniu zabytków, sprowadził mnie na ziemię
słowami: cenię twój upór ale ostrzegam, jeśli ci się uda będzie
medal ale jeśli nie, to cię wsadzą za wydawanie państwowych
pieniędzy w błoto. I nie spodziewaj się, że dostaniesz
jakikolwiek przydział na deficytowe materiały budowlane albo limity
na zlecenie robót firmie prywatnej. Nikt się nie podpisze pod taką
decyzją. Na zebraniu wiejskim padały już głosy, by pałac zrównać
z ziemią, bo stanowi zagrożenie dla bawiących się tam dzieci, a
cegłę wykorzystać na budowę remizy w Patrykozach. W 1976 roku
wraz z reformą administracji, powołano mnie na stanowisko dyrektora
Wydziału Kultury i Sztuki nowego województwa siedleckiego. Po
okresie „porywania się z motyką na słońce”, miałem wreszcie
prawne i finansowe możliwości poważnego zajęcia się pałacem w
Patrykozach. Najpierw były problemy własnościowe, gdyż naczelnik
gminy Bielany uwłaszczyła na 1/3 pałacu, rolnika, który latami go
dewastował. Z tym uporał się dopiero obecny właściciel.
Następnie problem z wykonawstwem. Mieliśmy już kompletną
dokumentację historyczną i techniczno-budowlaną, zapewnione
finansowanie z Wojewódzkiego Funduszu Rozwoju Kultury, ale
Pracownie Konserwacji Zabytków nie chciały przyjąć naszego
zlecenia na remont tak małego obiektu, a do tego trudnego do
realizacji, ze względu na stopień zniszczenia i bogaty wystrój
architektoniczny w odległych od Warszawy i Lublina- Patrykozach. Nie
pomogły ani szynki z Zakładów Mięsnych w Sokołowie, ani
interwencje wojewodów i sekretarzy, PKZ-ety miały priorytetowe
zadanie – odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. Ponadto
obowiązywały przepisy, że remont zabytku, może prowadzić tylko
firma mająca uprawnienia do robót na zabytkach. Jednak fachowcy z
PKZ-etów doradzili, by konieczne dla zachowania pałacu prace
zabezpieczające, wykonać rzemieślnikami. Rada dobra, ale żeby ją
wykonać, trzeba uzyskać z Wydziału Finansowego limit na zlecenie
robót zakładom gospodarki nieuspołecznionej. O takie limity bili
się dyrektorzy Wydziału Zdrowia, Kuratorium i Rolnictwa. Oni mieli
pierwszeństwo, gdyż Zdrowie, Oświata i Rolnictwo było przez
władze, uznawane słusznie, za najważniejsze dla rozwoju
społeczno-gospodarczego nowego województwa, mającego ambicję
zlikwidowania wiekowych opóźnień w cywilizacyjnym rozwoju
Podlasia i Wschodniego Mazowsza. Tak więc braliśmy, co zostawało
dyrektorowi Zbigniewowi Wiedeńskiemu, a zostawało mu więcej,
jak zatrudniłem jego żonę na księgową w Wojewódzkiej Bibliotece
Publicznej, bardzo dobrego i fachowego pracownika. Dzięki tej
decyzji, mogłem teraz podejmować i realizować różne pomysły,
nie mieszczące się w biurokratycznych przepisach, a często będące
z nimi w sprzeczności. Najważniejszą z nich, była decyzja
o utworzeniu przy Wydziale Kultury i Sztuki, Zakładu
Remontowo-Budowlanego Obiektów Kultury, co rozwiązało problemy
wykonawcze. Na początku nikt nie chciał o tym słyszeć, by
organ administracji państwowej prowadził firmę budowlaną. Ale był
to czas reform zapoczątkowany przez premiera Mieczysława
Rakowskiego ujęty w haśle „Co nie jest zabronione – jest
dozwolone”. Dostałem mocny argument i natychmiastową pomoc ze
strony wojewody siedleckiej pani Zofii Grzebisz-Nowickiej. Żeby nie
podpaść rożnym komisjom i kontrolerom, przewodniczący komisji
Kultury WRN w Siedlcach, docent Leopold Grzegorek przeforsował
odpowiednią uchwałę, zobowiązującą mnie do zorganizowania w
oparciu o przepisy, gospodarstw pomocniczych Zakładu
Remontowo-Budowlanego Obiektów Kultury na działce przy ulicy
Chejły, przekazanej przez Prezydenta Siedlec Pawła Turkowskiego.
Okazało się, że w każdych warunkach można zrobić coś
pożytecznego, gdy jest chęć do działań i trochę odwagi.
W
6 miesięcy, na nieuzbrojonej działce, zbudowaliśmy pawilon
mieszczący garaże, magazyny i pomieszczenia socjalne dla
pracowników. Ktoś doradził, żeby na tak solidnych murach i
stropie zmontować trzy domki mieszkalne, reklamowane jako tanie domy
dla nauczycieli, montowane z płyt trzcinowych produkowanych w
Mikołajkach. Niebawem kultura mogła dać swoim pracownikom skromne
mieszkania. Chociaż ich standard, odzwierciedlał umiejętności
muratorów i jakość materiałów – radość była wielka. Pani
Wojewoda postarała się o asygnaty na zakup maszyn i materiałów
budowlanych, co było nie lada problemem w planowej gospodarce
socjalistycznej. Ukoronowaniem jej starań był talon na zakup
traktora URSUS C- 360 i dwóch przyczep wywrotnych. Tak zorganizowani
i wyposażeni, przystąpiliśmy do remontu zabezpieczającego pałac
w Patrykozach. Najpierw trzeba było wzmocnić fundamenty ściany
nośnej od południa, następnie wykonać żelbetowe stropy, które
powiążą i wzmocnią całą konstrukcję budynku, dalej konstrukcję
dachu i jego przykrycie blachą miedzianą. Wcześniej zapewnić
dojazd, doprowadzić energię elektryczną z własnym
transformatorem, wywiercić studnię głębinową w miejscu wskazanym
przez różdżkarza. Do tego całe segregatory różnych uzgodnień,
zezwoleń, ekspertyz i badań po to, by nie doszło do wypadku, by
nie podpaść inspekcji i nadzorowi. Na szczęście nic złego
się nie stało, bo pilnowali mojej skóry i Zygfryd Czapski –
Wojewódzki Konserwator Zabytków i Wojtek Kamiński – inspektor
nadzoru i Grażyna Krawczun – inspektor nadzoru branży sanitarnej.
Przede wszystkim miałem zrozumienie i pomoc u swojej szefowej pani
Zofii Grzebisz-Nowickiej i parasol ochronny u kolegi z „białego
domu” Henia Brzazińskiego. Mogłem realizować swoje, nie zawsze
zgodne z przepisami pomysły, których efekty są dziś widoczne
jak pałac w Patrykozach, Ratusz i Hala Targowa w Siedlcach, Kino,
Szkoła Muzyczna i Pałac Dernałowiczów w Mińsku Mazowieckim,
Muzeum Tadeusza Kościuszki w Maciejowicach, Dom Kultury i Biblioteka
w Węgrowie, Muzeum Regionalne w Łukowie, Muzeum i pomnik Henryka
Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej. W tamtych czasach, w których
wszystkiego brakowało oprócz pieniędzy, bardzo łatwo można było
„podpaść pod paragraf”, bo też paragrafów było co niemiara.
Chroniły one szczególnie własność państwową. Bardzo chętnie
korzystano z nich na styku gospodarki uspołecznionej i budżetu z
prywaciarzami, jak pogardliwie wyrażano się o rzemieślnikach,
pomimo, że co roku publicznie zapalano dla nich tzw. zielone
światło. Największe problemy przysparzały braki materiałowe.
Trudno
było o legalny zakup desek, gwoździ, cementu, czerwonej cegły,
stalowych belek, nie wspominając o tak potrzebnych do robót na
zabytkach materiałów uznanych za luksusowe, jak blacha miedziana,
dębowa klepka, marmurowe płyty, nietypowe okna i drzwi. Bez pomocy
i kontaktów z prywatnymi przedsiębiorcami to niemożliwe. To zaś
rodziło podejrzenia licznych i nie zawsze kompetentnych organów
kontrolnych. Na pokrycie dachu pałacu w Patrykozach, potrzebna była
blacha miedziana. Jej zakup przez państwową jednostkę graniczył
z cudem. I o taki cud postarał się ksiądz proboszcz z
Garwolina. Przyjechał do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków po
pieczątkę potwierdzającą, że kościół w Garwolinie jest w
rejestrze zabytków, co dawało szansę na zdobycie asygnaty
umożliwiającej zakup blachy miedzianej. Po taką asygnatę właśnie
wybiera się ksiądz proboszcz z dokumentami i parafialną kasą
do Centrali materiałów nieżelaznych w Gliwicach. Zygfryd Czapski
był lojalnym urzędnikiem i poinformował mnie o celu wizyty
proboszcza. Razem uprosiliśmy księdza, by swój wniosek poprawił o
10 ton blachy potrzebnej nam na Patrykozy, Suchożebry i Chlewiska.
Ksiądz proboszcz uznał, że ratowanie zabytków to zadanie, które
jego szefowi się podoba i sprawę załatwił. Całe szczęście, że
moi przełożeni ufali mi i doceniali efekty