środa, 20 maja 2026

 




Jak ratowałem pałac w Patrykozach




W kwietniu 1960 roku, powróciłem do Sokołowa po odbyciu – jak się kiedyś mówiło – zaszczytnej służby wojskowej. Za sprawą artykułu zamieszczonego w tygodniku „Nowa Wieś”, w którym broniłem godności chłopaków krytykowanych publicznie za chuligaństwo, przez zawiedzione panienki, zyskałem uznanie partyjnych i administracyjnych władz miasta, wyczulonych na każde krytyczne opinie prasy. Zostałem zaproszony do I sekretarza KP PZPR. Zaproponowano mi pracę w sporcie lub kulturze. Wybrałem kulturę. Złożyłem papiery w kadrach kierowanych przez Henryka Grzymałę i za miesiąc p. Stanisław Zambroń – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, wręczył mi angaż na kierownika Wydziału Kultury i Sztuki. Tak zaczęła się moja przygoda z kulturą, znaczona pasmami klęsk i sukcesów. Jak pokazują ostanie lata tych sukcesów było jednak więcej. Coraz częściej bowiem, spotykam się ze słowami uznania, za pozostawienie po sobie trwałych śladów pamięci, w postaci uratowanych przed zniszczeniem zabytkowych pałaców i dworów ziemiańskich, zbudowanych i zorganizowanych domów kultury, bibliotek, muzeów, kin i szkól muzycznych. Pan Zbigniew Wielogórski – starosta siedlecki, dziękował mi publicznie za uratowanie dworku Aurelii Reymontowej w Chlewiskach i zorganizowanie tam Domu Pracy Twórczej. Ale największą radość, przyniosła mi możliwość zwiedzenia po zakończeniu remontu, zabytkowego pałacu gen. Teodora Szydłowskiego w Patrykozach. Kunszt mistrzów z Pracowni Konserwacji Zabytków, troska o każdy detal bogatego wystroju pałacu, a przede wszystkim stanowisko właściciela, nie szczędzącego pracy i pieniędzy, by przywrócić rezydencji Szydłowskiego dawny urok i piękno, nie mającą sobie równych wśród neogotyckich pałaców w Polsce. Pan Maurycy Zając żyje sprawami pałacu, gromadzi wiedzę i dokumenty dotyczące jego historii. Wiedząc, że i ja mam swój skromny udział w ratowaniu tego cennego zabytku, zaprosił mnie do odwiedzin. W zamian obiecałem, że prześlę zdjęcia z okresu odbudowy pałacu w latach 1979-1983 wykonane przez Michała Kurca – instruktora fotografii Centrum Kultury i Sztuki woj. siedleckiego oraz notatkę o pracach, jakie wykonaliśmy, by pałac nie podzielił losu klasy ziemiańskiej, skazanej na zniszczenie przez robotniczo-chłopskie władze. Dzielę się tą wiedzą z czytelnikami, by zachęcić ich do odwiedzin Patrykoz i podziwiania pięknej architektury i wnętrz rezydencji generała Szydłowskiego.

Ratowanie przed ostatecznym zniszczeniem pałacu w Patrykozach, rozpoczęliśmy organizując tzw. czyny społeczne, przy odgruzowaniu oranżerii. Ala Simanowicz, do dziś pamięta burchle na dłoniach od machania łopatą w jedynej dostępnej i bezpiecznej dla ludzi części ruiny pałacu, pozbawionego dachu i stropów. Dziełu dewastacji, opierały się jeszcze zewnętrzne mury okradane z okien i warstwy wykładziny korkowej, stosowanej teraz do palenia w kuchniach i ściółkowania w oborach. Ściany wewnętrzne były podziurawione jak w powojennym filmie pt. Skarb (1948). Tu też kuto wszędzie, gdzie odzywało się echo szukając skarbów generała, bądź broni z alianckiego zrzutu we Włodkach, przejętego przez oddział „Dzika” ppor. Mariana Solnickiego i złożonego gdzieś w piwnicach pałacu. W ścianach wewnętrznych rozprowadzono kanały ogrzewające pokoje, stąd intrygujące echo przy każdym uderzeniu młotkiem. Na parterze p. Więsak trzymał krowy i by ludzie nie przeszkadzali mu w „gospodarowaniu”, popodcinał pale mostku, likwidując przejście obok pałacu. Teraz, mógł swobodnie wycinać co większe modrzewia z zabytkowej alei, sypiąc sól w korzenie, by przyspieszyć ich uschnięcie. Piękny park w stylu angielskim przegrał z burakami.

W tamtym czasie nie było siły na rolnika. Buraki były ważniejsze. Po kilku dniach społecznej pracy animatorów kultury z Powiatowego Ośrodka Kultury w Sokołowie, zrobiliśmy sobie majówkę pod pałacem, na którą zaprosiliśmy wiceprzewodniczącego PPRN W Sokołowie p. Lucjana Maraska, licząc na jego pomoc i wsparcie. Dyrektorka GOK-u w Bielanach Alina Pietrzak upichciła słynną babkę ziemniaczaną, ktoś przywiózł ogórki, ktoś ruski szampan, a ja plany odbudowy pałacu i deklarację, że za dwa lata będzie tu Uniwersytet Ludowy, kształcący kadry dla wiejskich klubów kultury. Lucjan Marasek znający mizerię budżetową rady powiatowej, możliwości wykonawcze i materiałowe, a także opinie decydentów o ratowaniu zabytków, sprowadził mnie na ziemię słowami: cenię twój upór ale ostrzegam, jeśli ci się uda będzie medal ale jeśli nie, to cię wsadzą za wydawanie państwowych pieniędzy w błoto. I nie spodziewaj się, że dostaniesz jakikolwiek przydział na deficytowe materiały budowlane albo limity na zlecenie robót firmie prywatnej. Nikt się nie podpisze pod taką decyzją. Na zebraniu wiejskim padały już głosy, by pałac zrównać z ziemią, bo stanowi zagrożenie dla bawiących się tam dzieci, a cegłę wykorzystać na budowę remizy w Patrykozach. W 1976 roku wraz z reformą administracji, powołano mnie na stanowisko dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki nowego województwa siedleckiego. Po okresie „porywania się z motyką na słońce”, miałem wreszcie prawne i finansowe możliwości poważnego zajęcia się pałacem w Patrykozach. Najpierw były problemy własnościowe, gdyż naczelnik gminy Bielany uwłaszczyła na 1/3 pałacu, rolnika, który latami go dewastował. Z tym uporał się dopiero obecny właściciel. Następnie problem z wykonawstwem. Mieliśmy już kompletną dokumentację historyczną i techniczno-budowlaną, zapewnione finansowanie z Wojewódzkiego Funduszu Rozwoju Kultury, ale Pracownie Konserwacji Zabytków nie chciały przyjąć naszego zlecenia na remont tak małego obiektu, a do tego trudnego do realizacji, ze względu na stopień zniszczenia i bogaty wystrój architektoniczny w odległych od Warszawy i Lublina- Patrykozach. Nie pomogły ani szynki z Zakładów Mięsnych w Sokołowie, ani interwencje wojewodów i sekretarzy, PKZ-ety miały priorytetowe zadanie – odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. Ponadto obowiązywały przepisy, że remont zabytku, może prowadzić tylko firma mająca uprawnienia do robót na zabytkach. Jednak fachowcy z PKZ-etów doradzili, by konieczne dla zachowania pałacu prace zabezpieczające, wykonać rzemieślnikami. Rada dobra, ale żeby ją wykonać, trzeba uzyskać z Wydziału Finansowego limit na zlecenie robót zakładom gospodarki nieuspołecznionej. O takie limity bili się dyrektorzy Wydziału Zdrowia, Kuratorium i Rolnictwa. Oni mieli pierwszeństwo, gdyż Zdrowie, Oświata i Rolnictwo było przez władze, uznawane słusznie, za najważniejsze dla rozwoju społeczno-gospodarczego nowego województwa, mającego ambicję zlikwidowania wiekowych opóźnień w cywilizacyjnym rozwoju Podlasia i Wschodniego Mazowsza. Tak więc braliśmy, co zostawało dyrektorowi Zbigniewowi Wiedeńskiemu, a zostawało mu więcej, jak zatrudniłem jego żonę na księgową w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej, bardzo dobrego i fachowego pracownika. Dzięki tej decyzji, mogłem teraz podejmować i realizować różne pomysły, nie mieszczące się w biurokratycznych przepisach, a często będące z nimi w sprzeczności. Najważniejszą z nich, była decyzja o utworzeniu przy Wydziale Kultury i Sztuki, Zakładu Remontowo-Budowlanego Obiektów Kultury, co rozwiązało problemy wykonawcze. Na początku nikt nie chciał o tym słyszeć, by organ administracji państwowej prowadził firmę budowlaną. Ale był to czas reform zapoczątkowany przez premiera Mieczysława Rakowskiego ujęty w haśle „Co nie jest zabronione – jest dozwolone”. Dostałem mocny argument i natychmiastową pomoc ze strony wojewody siedleckiej pani Zofii Grzebisz-Nowickiej. Żeby nie podpaść rożnym komisjom i kontrolerom, przewodniczący komisji Kultury WRN w Siedlcach, docent Leopold Grzegorek przeforsował odpowiednią uchwałę, zobowiązującą mnie do zorganizowania w oparciu o przepisy, gospodarstw pomocniczych Zakładu Remontowo-Budowlanego Obiektów Kultury na działce przy ulicy Chejły, przekazanej przez Prezydenta Siedlec Pawła Turkowskiego. Okazało się, że w każdych warunkach można zrobić coś pożytecznego, gdy jest chęć do działań i trochę odwagi.

W 6 miesięcy, na nieuzbrojonej działce, zbudowaliśmy pawilon mieszczący garaże, magazyny i pomieszczenia socjalne dla pracowników. Ktoś doradził, żeby na tak solidnych murach i stropie zmontować trzy domki mieszkalne, reklamowane jako tanie domy dla nauczycieli, montowane z płyt trzcinowych produkowanych w Mikołajkach. Niebawem kultura mogła dać swoim pracownikom skromne mieszkania. Chociaż ich standard, odzwierciedlał umiejętności muratorów i jakość materiałów – radość była wielka. Pani Wojewoda postarała się o asygnaty na zakup maszyn i materiałów budowlanych, co było nie lada problemem w planowej gospodarce socjalistycznej. Ukoronowaniem jej starań był talon na zakup traktora URSUS C- 360 i dwóch przyczep wywrotnych. Tak zorganizowani i wyposażeni, przystąpiliśmy do remontu zabezpieczającego pałac w Patrykozach. Najpierw trzeba było wzmocnić fundamenty ściany nośnej od południa, następnie wykonać żelbetowe stropy, które powiążą i wzmocnią całą konstrukcję budynku, dalej konstrukcję dachu i jego przykrycie blachą miedzianą. Wcześniej zapewnić dojazd, doprowadzić energię elektryczną z własnym transformatorem, wywiercić studnię głębinową w miejscu wskazanym przez różdżkarza. Do tego całe segregatory różnych uzgodnień, zezwoleń, ekspertyz i badań po to, by nie doszło do wypadku, by nie podpaść inspekcji i nadzorowi. Na szczęście nic złego się nie stało, bo pilnowali mojej skóry i Zygfryd Czapski – Wojewódzki Konserwator Zabytków i Wojtek Kamiński – inspektor nadzoru i Grażyna Krawczun – inspektor nadzoru branży sanitarnej. Przede wszystkim miałem zrozumienie i pomoc u swojej szefowej pani Zofii Grzebisz-Nowickiej i parasol ochronny u kolegi z „białego domu” Henia Brzazińskiego. Mogłem realizować swoje, nie zawsze zgodne z przepisami pomysły, których efekty są dziś widoczne jak pałac w Patrykozach, Ratusz i Hala Targowa w Siedlcach, Kino, Szkoła Muzyczna i Pałac Dernałowiczów w Mińsku Mazowieckim, Muzeum Tadeusza Kościuszki w Maciejowicach, Dom Kultury i Biblioteka w Węgrowie, Muzeum Regionalne w Łukowie, Muzeum i pomnik Henryka Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej. W tamtych czasach, w których wszystkiego brakowało oprócz pieniędzy, bardzo łatwo można było „podpaść pod paragraf”, bo też paragrafów było co niemiara. Chroniły one szczególnie własność państwową. Bardzo chętnie korzystano z nich na styku gospodarki uspołecznionej i budżetu z prywaciarzami, jak pogardliwie wyrażano się o rzemieślnikach, pomimo, że co roku publicznie zapalano dla nich tzw. zielone światło. Największe problemy przysparzały braki materiałowe. Trudno było o legalny zakup desek, gwoździ, cementu, czerwonej cegły, stalowych belek, nie wspominając o tak potrzebnych do robót na zabytkach materiałów uznanych za luksusowe, jak blacha miedziana, dębowa klepka, marmurowe płyty, nietypowe okna i drzwi. Bez pomocy i kontaktów z prywatnymi przedsiębiorcami to niemożliwe. To zaś rodziło podejrzenia licznych i nie zawsze kompetentnych organów kontrolnych. Na pokrycie dachu pałacu w Patrykozach, potrzebna była blacha miedziana. Jej zakup przez państwową jednostkę graniczył z cudem. I o taki cud postarał się ksiądz proboszcz z Garwolina. Przyjechał do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków po pieczątkę potwierdzającą, że kościół w Garwolinie jest w rejestrze zabytków, co dawało szansę na zdobycie asygnaty umożliwiającej zakup blachy miedzianej. Po taką asygnatę właśnie wybiera się ksiądz proboszcz z dokumentami i parafialną kasą do Centrali materiałów nieżelaznych w Gliwicach. Zygfryd Czapski był lojalnym urzędnikiem i poinformował mnie o celu wizyty proboszcza. Razem uprosiliśmy księdza, by swój wniosek poprawił o 10 ton blachy potrzebnej nam na Patrykozy, Suchożebry i Chlewiska. Ksiądz proboszcz uznał, że ratowanie zabytków to zadanie, które jego szefowi się podoba i sprawę załatwił. Całe szczęście, że moi przełożeni ufali mi i doceniali efekty

 

Historia Kina w Sokołowie.

Byłem od zawsze kinomanem Dokładniej od lat dziecięcych przypadających u mnie na mroczne lata okupacji. Mieszkaliśmy wówczas w rozległym drewnianym domu na rogu ulic Repkowskiej i Siedleckiej. Naprzeciw był budynek Magistratu a w nim na pierwszym piętrze kino ”Ostland” nad garażami Ochotniczej Straży Pożarnej. Wejście i kasa do tego niemieckiego kina były od ulicy Długiej .Kasa nie interesowała nas,bo skąd biedne dzieciaki mieliśmy brać marki lub fenigi na zakup biletów ,wejście owszem, ale nie to oficjalne od ulicy Długiej tylko tajne ,odkryte przez Michała Langowskiego ,mojego kolegę i syna p. Wiktora kapelmistrza orkiestry strażackiej. Michał mieszkał z rodzicami w służbowym mieszkaniu na zapleczu sceny sali kinowo-teatralnej z wejściem od ulicy Repkowskiej. Korzystając z tego sekretnego przejścia oglądaliśmy wszystkie niemal filmy i ulubione kroniki wojenne za darmo. Nie popieraliśmy bojkotu kina wyrażanego napisami „Tylko świnie siedzą w kinie” Grano bowiem dla zachęty polskie komedie filmowe z Adolfem Dymszą Nie rozumieliśmy akcji polskich patriotów zakazujących oglądania filmów w niemieckim kinie .Ratując frekwencję, wprowadzaliśmy znanym przejściem coraz więcej kolegów z pobliskich ulic. Wprawdzie kilka seansów przez ten bojkot nas ominęło .Za to później byliśmy świadkami popisów „jasnowidza NEMO” ,W przerwie między kroniką propagującą niemieckie zwycięstwa w Rosji, kiedy już było wiadomo ,że dostają tam tęgie baty zapalono światła i na scenę wyszedł jasnowidz. Asystentka zasłoniła mu oczy czarną przepaską a on wskazując ręką wybranego wcześniej widza bezbłędnie odgadywał jego imię, zawód i ulicę przy której mieszkał. Widz wstawał i potwierdzał prawdziwość danych. Szmer uznania zastąpiła groza, kiedy powiedział ,ze widzi na sali młodego mężczyznę ,który ma w kieszeni nabity pistolet i może z niego kogoś zastrzelić. Powstało zamieszanie i ucieczka kilku młodych ludzi wprost w ręce gestapowców obstawiających wszystkie wyjścia oprócz naszego z którego jeden z konspiratorów skorzystał. Zapewne uratował sobie życie ale też ujawnił nasza drogę do edukacji filmowej .Tak ja zapamiętałem ten incydent, zapewne zaplanowany i zorganizowany przez gestapo w sokołowskim kinie ,bo w tę zasadzkę wpadli synowie naszych sąsiadów .Może starsi mieszkańcy miasta pamiętaj więcej i zechcą się swoją wiedzą podzielić z redakcją. Zaraz po tym wydarzeniu nasze tajne przejście zostało zamknięte. Mieszkanie Langowskim odebrane a my aż do sierpnia 1944 roku mogliśmy tylko oglądać maszerujące przez Sokołów węgierskie i niemieckie dywizje atakowane przez radzieckie samoloty .i już nie na filmach ale w realu przeżywać nocne bombardowanie miasta jak te z 24 lipca1944 roku na stacjonującą w mieście dywizję Viking. Zginęło i zostało rannych w ciągu jednej nocy ponad 1500 sokołowian Na cmentarzu przy ulicy Bartoszowej są rodzinne nagrobki z wyrytymi w kamieniu napisami „ zginęli tragicznie 24 lipca 1944 roku”

W miesiąc po tych wydarzeniach- w sierpniu 1944 roku -mogliśmy już oglądać radzieckie filmy wyświetlane w plenerze na gruzach domostwa państwa Radżków przy ulicy Długiej. Za ekran służyła biała szczytowa ściana domu p. Salachów. Później kino przeniosło się do dawnej żydowskiej bożnicy na małym rynku, zwolnionej przez wojskową drukarnię. Z pozostawionych tam czcionek z bukwami odlewaliśmy ołowianych żołnierzy i było to zajęcie całkowicie absorbujące chłopaków z Siedleckiej ,Repkowskiej Rogowskiej, i Długiej, oczywiście ,po za szukaniem i znoszeniem do domów i komórek niewypałów, gaz masek ,hełmów i broni. Do maleńkiej sali trudno się było dostać szczególnie gdy grano film pt „Świat się śmieje” Grano więc go wielokrotnie, po kilka seansów dziennie .Zabawna filmowa komedia,po koszmarze wojny i okupacji bardzo się mieszkańcom miasta podobała . Dziewczęta śpiewały finałową pieśń Luby Orłowej o miłości i sercu - najpiękniejszym słowie świata. Chłopaki tresowali kozy i świnie chcąc dorównać filmowym obrazom. Muszę przyznać , że radzieckim propagandzistom dobór repertuaru filmowego udał się znakomicie. Później było już tylko gorzej. Mam tu na myśli argumenty p. Edwarda Dyla – kierownika kina ruchomego tłumaczącego się z niewykonania planu widzów na filmach radzieckich w latach sześćdziesiątych, Ludzie nie chcą kołchozów i nie chcą oglądać kołchozowych filmów gdzie karzą matkę więzieniem za wzięcie ogórka dla swojej głodnej córeczki . Mimo premii za rozpowszechnienie filmów kinematografii obozu socjalistycznego trudno było przekonać widzów do oglądania tych propagandowych gniotów. Chociaż radzieckie filmy wojenne cieszyły się dużym powodzeniem . Stałym bywalcem na nich był np. p Józef Borecki- Wiceprzewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie i poseł na Sejm z ramienia Stronnictwa Demokratycznego. Było to już nowym kinie,” Sokól”.oddanym do użytku w lutym 1964 roku z uroczysta premierą filmu Ewy i Czesława Petelskich pt. „Naganiacz „ kręcony na polach i obiektach zabytkowego dworu w Kurowicach. Po kinie „Zdobycz” mieszczącym się w budynku OSP przy ulicy lip[owej sokołowianie otrzymali bajeczne, panoramiczne kino z wygodnymi fotelami, nowoczesną aparaturą i pierwszym w Sokołowie neonem na frontonie budynku Powiatowego Ośrodka Kultury. Kiedy na jednym z produkcyjnych zebrań gdzie omawiano wyniki ekonomiczne kina włączonego w struktury Powiatowego Ośrodka Kultury p. Janek Godlewski zaproponował by nie grać filmu jeśli nie przyjdzie na niego minimum 10% widzów z 420 miejsc na Sali. Koszt zużycia energii elektrycznej i praca 10 osobowej załogi nie pokrywa wpływów za bilety – argumentował główny kinooperator. Niewątpliwie miał rację, ale jak nie grać kiedy na film przyszedł poseł i nasz przełożony. Trudna sprawa i musiałem znaleźć rozwiązanie .by nie podpaść szefowi a zarazem zachować właściwą postawę wobec słusznych postulatów załogi mobilizowanej do ciągłej poprawy wyników ekonomicznych pracy kina. Podszedłem do pana Boreckiego i wyłożyłem nasze racje oferując zarazem ,ze jak będzie frekwencja na radziecki film wojenny poślę na ZOR –y kinowóz i Gienio Burchard przywiezie pana przewodniczącego do kina. Pan Józef odniósł się do mojej propozycji sceptycznie .Wiedziałem , że z mojej misji nic nie wyjdzie wiec poprosiłem tylko o powody tak wielkiego zainteresowania filmami radzieckimi ze strony przewodniczącego ,by przekazać te informacje załodze. To co usłyszałem pozostało w mojej pamięci na całe życie.”Jak panu zapewne wiadomo. panie Wacławie przychodzę do kina tylko na radzieckie filmy wojenne. Bo .w 1939 roku zdałem małą maturę i ojciec kupił mi w prezencie zegarek na rękę- m-ki Omega – przedmiot moich marzeń i powód zazdrości kolegów Niebawem do Buczacza wkroczyły wojska radzieckie i jeden z oficerów zabrał mi ten zegarek .Przychodzę na filmy z nadzieją że rozpoznam tego oficera a następnie odbiorę pamiątkę po ojcu. ”Zbaraniałem. To przecież niemożliwe by jeden z niewielu wówczas inteligentnych i wykształconych pracowników powiatowej rady w Sokołowie nie odróżniał filmów fabularnych od dokumentu. Nie wiem czemu zacząłem przekonywać, zapewne przekonanego, że ten film to fikcja . Grają w nim aktorzy a nie autentyczni żołnierze. Taaak? Z niedowierzaniem i kamienną twarzą odpowiedział pan Józef .To szkoda mojego czasu na te filmy . A przy okazji- czy dziś w kinie i telewizji musimy oglądać tyle „chłamu” produkcji USA Czy wnukowie i wnuczki nas nie zapytają dlaczego w amerykańskich filmach tylko się biją i mordują” A bohaterami są gangsterzy, szpiedzy i mafiozi. Swoją drogą



wyprawa teraz do kina to też duże wyzwanie finansowe .Liczy się przecież tylko kasa a nie filmowa edukacja czy rozrywka Dobrze ,że prawdziwych miłośników kina przygarnia Dyskusyjny Klub Filmowy „Zbyszek” od z górą 40 lat organizujących projekcje najwybitniejszych filmów z całego świata i łącząc te pokazy z e spotkaniami wybitnych polskich twórców oraz krytyków kina .Czego dowodem jest chociażby pobyt Krzysztofa Zanussiego w Powiatowym Ośrodku Kultury w 1967 roku. Kwiaty wybitnemu reżyserowi wręczyła opiekunka DKF Halinka Kedziora.

poniedziałek, 18 maja 2026

 

Schadzka u Wacka/  Bis "czyli pogwarki  Sokołowian o kulturze  dawniej i dziś.  Spotkanie nawiązuję do tradycji imprez towarzyskich w Powiatowym domu kultury w latach siedemdziesiątych .Oprawę muzyczną i adekwatne do tematu schadzki piosenki tworzyli Roman  Brochocki  i Piotr Jankowski instruktorzy muzyki w POK. Czasy beztroskich zabaw i normalnych stosunków między ludzkich minęły, to podejmijmy  próbę oceny co w sokołowskiej kulturze było dobre i warte zapamiętania a co wspólnie odrzuciliśmy jako szkodliwe społecznie. Niech okazją do nieskrepowanej wymiany poglądów będzie jubileusz Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Instytucji ,która od ponad półwiecza dba o kulturę mieszkańców miasta i powiatu. Wymianę poglądów ułatwią  pierwszy /Wacław Kruszewski /  i   aktualny /Jacek Drążkiewicz/ dyrektorzy tej instytucji . oraz pokaz zdjęć i nagrań z historii działalności kulturalnej Ochotniczej   Straży Pożarnej, Zespołu Pieśni i Tańca PZGS ,   spektakli teatralnych  Zakonu Salezjanów   aż po czasy współczesne. Warto o tym opowiedzieć by  uświadomić niedowiarkom że na sukcesy kultury sokołowskiej pracowali od pokoleń tacy ludzie jak  Leokadia Tyburowa -organizatorka teatru OSP, Aleksander i Wiktor Langowscy, pierwszy  organista a drugi kapelmistrz orkiestry  dętej,    Michał Wożniak-organizator Zespołu Pieśni Tańca PZGS i lider „czwórki rewelersów, „ksiądz Walaszek twórca teatru  zakonu Salezjanów, Janina Tenderenda-choreograf i kierownik Zespołu Pieśni i Tańca Ligi Przyjaciół Żołnierza. T o dzięki  nim  warszawscy decydenci doszli do słusznego wniosku .,że  Sokołów zasługuje na budowę domu kultury jednej z dwóch  w 1955 r, państwowych inwestycji kulturalnych, w Polsce .Drugi o podobnej architekturze i  rozmiarze W Mrągowie .Pokażemy też fragment Polskiej Kroniki Filmowej z 1973 roku o działalności klubów i zespołów domu kultury. Filmowa taśma tej kroniki zaginęła ale zachował się fragment zapisu w internecie. Zainteresowani historia kultury sokołowskiej zapewne poznają siebie tańczących i recytujących w teatrzyku dziecięcym  Halinki Kędziory,filmowców Kuby Pietrzykowskiego i Leszka Piećki przedstawionych w kronice jako konkurencja ich roboty, czy   chłopaków z radio - klubu Andrzeja Sosnowskiego prowadzących rozmowybez ingerencji cenzury z podobnymi do siebie z całego świata

.                                                              

sobota, 16 maja 2026

 

Szanowni Państwo,

serdecznie zapraszam na premierę 39. numeru magazynu „Kraina Bugu” oraz otwarcie 5. sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu, które odbędą się 24 maja 2026 roku o godz. 15.00 w Skrzeszewie (hala-Skrzeszew 151A).

Spotkanie będzie okazją do rozmów o nowej ,,Krainie Bugu” ale także o kulturze, reportażu, fotografii i pograniczu, a także do wspólnego świętowania kolejnego sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu.

W programie wydarzenia znajdą się m.in.:
– spotkania z autorami i współtwórcami „Krainy Bugu”
– wystawy fotografii i ikon
– projekcja filmu „Abakamania. Magdalena Abakanowicz – artystka osobna”
– oprowadzenia po wystawach przy lampce wina

Będzie nam niezwykle miło spotkać się z Państwem tego dnia w Skrzeszewie (prawie nad Bugiem). A jeśli macie Państwo ochotę to także można zabrać ze sobą znajomych lub poinformować o naszym wydarzeniu :)

Z serdecznymi pozdrowieniami

 Wybieram się bo interesują mnie tematy historyczne z Krainy Bugu Spodziewam się nowej aktywności  i nowych pomysłów ulubionego kwartalnika

czwartek, 14 maja 2026

 

Pisałem niedawno o generale Zdzisławie Rozbickim - naszym rodaku z ulicy Lipowej i Krzywej dawniej Kasprowicza. Rodzinny dom generała sąsiaduje z domem innego sławnego Sokołowianina prof, Jana Izdebskiego- mojego kolegi z Liceum na Kupientyńskiej i rówieśnika. Jeszcze zdążyłem zorganizować z nimi spotkanie  mieszkańców  Sokołowa ,w Bibliotece z profesorem Izdebskim i w Domu Kultury z generałem Rozbickim. Dziś już odeszli z tego świata  i pozostawili  nam swoje wspomnienia. Generał w książkach o Sokołowie a profesor  w dokumentach z lat szkolnych. Oryginalne świadectwa jeszcze z czasów okupacji profesor  przekazał dyrektorce biblioteki natomiast książki o Sokołowie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przesłane mi kurierem z Wrocławia przekazałem pani Hannie Lecyk osobiście podczas z jednej z publicznych imprez w naszej bibliotece. Wczoraj chciałem przypomnieć sobie i czytelnikom powojenne lata w naszym mieście opisane przez generała jak np. pogrzeb  pod pomnikiem ks. Brzóski 17  milicjantów i żołnierzy LWP  zabitych w bratobójczej wojnie Polaków z Polakami. pod Mołomotkami 13 kwietnia 1945 roku.  Niestety w zbiorach  biblioteki  nie  ma żadnej książki autorstwa Józefa Rozbickiego. Pytam publicznie Czy dla tego .że zdobył tytuł doktora nauk humanistycznych i generalskie lampasy w Polsce Ludowej czy ,że ma odwagę pisać prawdę o czasach słusznie minionych.


tel: 516 134 365

Nie zawiera wirusów.www.avast.com


--


 

Posługując się słowami Onufrego Zagłoby

nie chwaląc się ,jam to uczynił” że Chodowiacy otwarli drogę do Rzymu. Tak było i warto to przypomnieć na Jubileusz tego zespołu,który z Alicją Siwkiewicz i Zbyszkiem Myrchą współorganizowałem w pod siedleckim Chodowie

Pewnego dnia 1982 r. do Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach przyszła pani Alicja Siwkiewicz _ twórca i kierownik artystyczny Zespołu Pieśni i Tañca „Chodowiacy_.

Z dumą i nieukrywaną satysfakcją okazała zaproszenie dla zespołu do złożenia wizyty w ... Rzymie.

Kto pamięta czasy stanu wojennego wie, że nawet podróże z miasta do miasta i ze wsi do wsi odbywały się wówczas za specjalnymi i nie każdemu wydawanymi przepustkami. Wyjazd 45 osobowej grupy z Siedlec do Watykanu mógł w tym czasie przyprawić o bóle głowy każdego decydenta. Ale pani Alicja udając, że nie zna się na procedurach i nie wie nic o ograniczeniach, drążyła z przekonaniem sprawę wyjazdu.

„Przecież się to należy zespołowi, który jest na każde pana zawołanie. Czy powitać bułgarską pieśnią i kwiatami towarzysza Todora Żiwkowa, czy wypełnić program artystyczny wojewódzkich dożynek. Dla mojego zespołu to sprawa prestiżowa i mam nadzieję, że ją pan załatwi. Trzeba tylko rozwiązać kilka drobnych problemów takich jak paszporty, dewizy na opłaty tranzytowe, autokar dla ludzi i dostawczy samochód na stroje i instrumenty. Dobrze by było każdemu członkowi zespołu dać skromne „kieszonkowe"_. Pan to załatwi, a ja dopilnuję, żeby zespół jak najlepiej reprezentował Siedlce i podlaską kulturę na koncertach w Rzymie._

Podział zadań dokonany przez panią Alicję był logiczny i zgodny z naszymi kompetencjami. Rzecz w tym, że w Polsce obowiązywały przepisy stanu wojennego, a i stosunek władz do papieża nie był skrystalizowany. Z drugiej strony trudno było odmówić racji kierownikowi zespołu, z którego dumne były społeczeństwo i władze województwa siedleckiego.

Wziąłem się do pracy, chociaż przyznaję, że nie wierzyłem w powodzenie naszych wspólnych działań.

Konsultacje z panem Wacławem Janasem _ sekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki dawały nadzieję. Dyrektor „Pagartu" pan Włodzimierz Sandecki znalazł rozwiązanie: wyjazd jest możliwy na zbiorowy paszport, pod warunkiem uzyskania pozytywnej opinii o poziomie artystycznym zespołu, zgodności etnograficznej strojów, repertuaru itp. Wszystkie wymogi zostały spełnione, pozostał problem najważniejszy: Jak przekonać do wyjazdu do papieża _ decydujących o wszystkim komisarzy wojskowych i kierownictwo polityczne województwa?

Zanim wykonałem jakiś ruch w tym kierunku, już otrzymałem
polecenie:

„Stroje i instrumenty muzyczne są własnością państwa, proszę je zabezpieczyć i nie wydawać zespołowi, wtedy bez nich zespół nie wyjedzie._

Dla pani Alicji Siwkiewicz nie było to żadną przeszkodą. Oświadczyła, że

„Instrumenty i stroje otrzymamy w Rzymie z Domu Pielgrzyma Polskiego, zaś takie utrudnianie nam wyjazdu kompromituje władzę i doprowadzi do rozwiązania zespołu_.

Dziś, po lekturze wywiadu Moniki Olejnik z ministrem Kuberskim _ ówczesnym ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej wiem na jakie kłopoty mogła nas narazić, dziś oczywista propozycja pani Alicji Siwkiewicz. Szczęśliwie zwyciężył zdrowy rozsądek politycznych i wojskowych decydentów. Zespół pojechał do Rzymu, gdzie godnie reprezentował województwo siedleckie i bogactwo podlaskiego folkloru.

Papież wyraźnie wzruszony zaprosił „Chodowiaków_ do Castel Gandolfo", a tam razem z nimi śpiewał ... podlaskie piosenki.

Władze wojewódzkie otrzymały gratulacje od swoich zwierzchników a ja podziękowania od zespołu ze zdjęciem i dedykacją. Można dziś spekulować, czy pobyt i podlaskie pieśni i tańce nie przyczyniły się do obrania właściwego kursu, określającego stosunek władz polskich do papieża Polaka, nad czym tak usilnie i w końcu z sukcesem pracował m.in. ambasador Kuberski.

Wacław Kruszewski   


Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365


niedziela, 3 maja 2026

 

Lubię „Majowe, dawne dni”. Pamiętam maje z pochodów 1 majowych – jak teraz mówią przymusowych. Pamiętam z zabaw ludowych na stadionie i wielu spotkań mieszkańców Sokołowa organizowanych przez Dom Kultury i Bibliotekę z literatami i dziennikarzami. W pamięci pozostało mi takie spotkanie z Janem Gerhardem – pisarzem i naczelnym redaktorem „Tygodnika Forum” w gminnej bibliotece w Bielanach kierowanej przez p. Alinę Pietrzakową.

Wchodzimy do skromnej salki Gminnej Spółdzielni, zatłoczonej po brzegi mieszkańcami wsi. Od progu wójt gminy wita pisarza takim tekstem: Panie pułkowniku. Sierżant Władysław Brodziak melduje mieszkańców wsi Bielany na spotkaniu w ramach Dni Oświaty, Książki i Prasy. Po chwili pisarz i wójt wykonują rytualnego niedźwiedzia co zebrani kwitują oklaskami na stojąco.

Okazało się, że pułkownik Jan Gerhard, autor powieści „Łuny w Bieszczadach”, na podstawie której powstał znany filmowy dramat wojenny „Ogniomistrz Kaleń” z Wiesławem Gołasem w roli głównej, był dowódcą 34 pułku, w którym służył sierżant Władysław Brodziak – wójt gminy. Krwawe bieszczadzkie drogi obu żołnierzy spotkały się po latach w małej podlaskiej wiosce.

Oczywiście zrobiłem serię zdjęć z tego spotkania, ale wszystkie zostały zabrane łącznie z negatywami z archiwum domu kultury przez funkcjonarjuszy prowadzących rozległe śledztwo w sprawie zabójstwa pisarza w sierpniu 1971 roku.

Tamte maje kojarzą mi się jeszcze z Bibliobusem – pierwszą w Polsce ruchomą biblioteką na kółkach. Pomysł przywiozłem z Danii, gdzie posłał mnie Minister Kultury i Sztuki prof. Aleksander Krawczuk, bym poznał organizację, finansowanie i działalność domów kultury. Gościnni gospodarze w mieście urodzin Andersena zaproponowali wycieczkę po duńskich wioskach autobusem zabudowanym regałami pełnymi książek, zmyślnie zabezpieczonych przed wypadaniem na też wyboistych i krętych drogach okolic Odense.

Półki regałów ustawiono pod katem i dodatkowo zamontowano regulowane ściskacze. Taki patent zastosował Wiesiek Olszewski – wykonawca adaptacji naszego autobusu marki Robur na potrzeby ruchomej biblioteki. 1 maja 1983 roku – czy mogło być inaczej? – sokołowska biblioteka na kółkach ruszyła w teren.

Niebawem Polska Kronika Filmowa sfilmowała pracę Barbary Wielogórskiej – kierowniczki i Jana Gęsiny, kierowcy Biblibusa, docierającego o stałych dniach i godzinach do najodleglejszych wsi nadbużańskich z dobrą i oczekiwaną książką.

Zrobiona po kilku miesiącach analiza ekonomiczna działalności ruchomej biblioteki wykazała duże oszczędności w kosztach wypożyczeń książek z bibliobusu w porównaniu do tych samych z punktów bibliotecznych nie mówiąc o jakości obsługi czytelników i zasobów księgozbioru. Później drugi taki bibliobus „podarowaliśmy Wojewódzkiej Bibliotece w Siedlcach.

Uroczystą wstęgę, w majowych Dniach Oświaty Książki i Prasy przecinał Wojewoda Siedlecki Marian Woźniak. Tym miłym gestem staraliśmy się przekonać bibliotekarzy do pożytków jakie przynosi integracja instytucji kultury.



  Jak ratowałem pałac w Patrykozach W kwietniu 1960 roku, powróciłem do Sokołowa po odbyciu – jak się kiedyś mówił...