| Zmarł Janusz Nowicki były dyrektor Departamentu Domów Kultury i Bibliotek Ministerstwa Kultury i Sztuki | 21:14 (3 minuty temu) | ||
i
| Zmarł Janusz Nowicki były dyrektor Departamentu Domów Kultury i Bibliotek Ministerstwa Kultury i Sztuki | 21:14 (3 minuty temu) | ||
W grudniowym numerze tygodnika Angora ukazał się mój tekst o leśniku z Holenderni panu Jankowskim ,którego druku odmówiły lokalne gazety i portale internetowe .którym posłałem go na zasadzie pro publico bono by zapoznały swoich czytelników z ciekawymi historiami naszych rodaków Tak wygląda misja edukacyjna prawicowych komunikatorów. Cieszy mnie że moje teksty drukują centralne i zagraniczne pisma chociaż piszę o sprawach lokalnych. jak ostatnio Wspomnienia dyrektora domu kultury w Angorze. i o "Paniczu" Heleny Mniszek w Kurierze Galicyjskim na Ukrainie
brak tematu)
| niedz., 21 gru 2025, 18:27 | |||
| ||||
Pierwsze amerykańskie filmy w Sokołowie Tak było !
Początek lat sześćdziesiątych. Dom Kultury ciągle w
budowie, ale już są chętni do jego adaptacji na Centrum Handlowe MHD, bowiem
budowa się ślimaczy, a kultura, jak zawsze, nie ma pieniędzy. Co robić? Jak
uratować obiekt dla kultury? Wpadam na pomysł, by w jako tako już wykończonych
pomieszczeniach, bez budżetu, etatów i wyposażenia
coś robić, by zaistnieć. Wprowadzamy się do 2 pokoi. Zaczynamy od remontu
jednego z nich – narożnej sali na
I piętrze. Trzeba przełożyć „parkiet” spuchnięty po ostatnich deszczach. Bo trzeba
wiedzieć, że w planowej gospodarce, zgodnie z harmonogramem dostarczono
parkiet, ale nie dostarczono na czas dachówki. Ułożono
więc parkiety, ba - nawet wykonano gipsowe sztukaterie, ale nie dokończono
pokrycia dachowego. Za zdobyte gdzieś pieniądze, przełożyliśmy parkiet i
pomalowaliśmy pokój.
Mamy więc
ponad 60-metrową salę. Przeznaczamy ją na młodzieżowy klub. Związku Młodzieży Wiejskiej” Amigo”
Zaczynamy! Od Andrzeja Sałajczyka (kadrowca w Wojewódzkim Zarządzie Kin w Warszawie), dostałem
16 mm projektor a od Wojtka
Paczuskiego z Klubu studentów
Stodoła dowiedziałem się o
możliwościach bezpłatnych wypożyczeń filmów dokumentalnych z
Ambasady USA. Wysłałem więc
do 6 ambasad krajów
socjalistycznych i dwóch kapitalistycznych (USA i Finlandii), listy z prośbą o wypożyczenie
tych filmów
. Bowiem chcieliśmy
rozpocząć cykl imprez pt. „Wędrujemy bez wiz i paszportów”. Pokazy miały chociaż
w ten sposób,
spełnić marzenia wielu
sokołowian o wyjazdach za „żelazną kurtynę” – w tamtych czasach nierealne, bo
wiz ani paszportów
nie było.
Po
2 tygodniach z ambasady amerykańskiej
przyszedł spory katalog, zawierający ponad 100 tytułów filmów z różnych dziedzin, oferowanych do
wypożyczenia bez żadnych opłat i problemów. Wystarczy wybrać tytuły i odebrać je z ambasady. Poczułem się kimś
ważnym. Wsiadam na Junaka z koszem, nasz służbowy pojazd, i wyruszam do
Warszawy w Aleje Ujazdowskie. Parkuję przed budką strażnika ,pilnującego
by pracownikom ambasady nie stała się żadna krzywda w Warszawie,i bez
specjalnych przeszkód
dostaję się
do budynku. Odbieram pudła z krążkami taśm, ładuję do Junaka i uskrzydlony
wracam do Sokołowa. Wieczorem puszczam kontrolną projekcję dla towarzysza K. z
Wydziału Propagandy oraz Michała Woźniaka, który w tym czasie był I sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR. Film był o
Parku Narodowym w Yellowstone. Wszystko w porządku – grizzli nie nosi uszatki z
czerwoną gwiazdą, wiewiórki
nie są agentkami wywiadu, a
szop-pracz pierze tylko własne jedzenie, a nie nasze brudy. Nie ma śladu imperialistycznej
propagandy ani nawet drobnych aluzji.
Werdykt
– film nadaje się do
publicznej projekcji. Następnego dnia film wyświetlany jest przy pełnej
widowni. Nabieram wiatru w żagle, cieszę się, że pomysł chwycił i taką samą
drogą i tym samym środkiem transportu przywożę jeszcze kilka filmów. I tu zaczynają się schody. Zostaję wezwany na
dywanik do towarzysza Feliksa Ch., ówczesnego szefa służby
bezpieczeństwa. Dostali właśnie meldunek z Warszawy, że motocykl marki Junak z
sokołowską rejestracją parkowany bywa przed ambasadą USA, a kierowca
bezczelnie, w biały dzień, wynosi z obiektu tajemnicze pudła. Trzeba sprawdzić,
co to za „szpion”, jaki materiał jest wynoszony i gdzie jest skrzynka
kontaktowa. Po skrupulatnym śledztwie okazuje się, że skrzynką jest Powiatowy
Dom Kultury, a „szpionem” jej dyrektor. Bezpieka jest bardzo czujna. Zarzucają
mi, że za promocję filmów
amerykańskich
dostaję dolary. Jestem więc płatnym agentem amerykańskiej ambasady. Zarzut jest
bardzo poważny i brzemienny w skutkach. Wystraszony relacjonuję wszystko
bardzo dokładnie i dochodzi do wstępnych pokazów. Mówię,
że filmy były komisyjnie oglądane i powołuję się na towarzysza K. oraz na pana
Michała W. Wzywają na przesłuchanie szefa Wydziału Propagandy KP PZPR, ale on,
ku memu zdziwieniu oświadcza, że nigdy nie brał udziału w pokazach i nie są mu
znane filmy z wrogiego obozu. Robi mi się gorąco, bo cóż znaczą zapewnienia
dwudziestoparoletniego młokosa przeciwko słowom wypróbowanego działacza. Czekam już tylko na zeznania
drugiego „jurora”. Pan Michał mężnie jednak przyznaje się do oglądania
„wrażych” filmów
i zapewnia, że były
one naprawdę apolityczne. To mi ratuje skórę, ale
też rozkłada popularną w Sokołowie imprezę.
A reperkusje są szersze. Po pierwszym sokołowskim eksperymencie,
kierownik Wydziału Kultury WRN w Warszawie, Aleksandra Forbert-Koftowa, wydaje
zarządzenie, zabraniające kierownikom placówek kultury, bezpośredniego kontaktu z ambasadami. Tak, że ani z wizami, ani bez nich, społeczeństwo nie ma
prawa wyściubiać nosa poza szczelną kurtynę.
PS. Pozostałe ambasady, oprócz fińskiej, nigdy nie odpowiedziały na
moje pisma.
W cyklu ,,Patroni naszych ulic” proponuję naszym czytelnikom mały
spacerek po jednej z najstarszych ulic Sokołowa Sokołowa
Rozpoczynamy od pomnika księdza Brzóski
i Franciszka Wilczyńskiego, straconych w tym miejscu 23 maja 1865 roku. Pomnik
wzniesiono ze składek społecznych. Komitet budowy, na czele z burmistrzem Janem
Pędzichem, przedstawiamy w kąciku ,,Urok starych fotografii”. Odsłonięcie
pomnika odbyło się w 60 rocznicę stracenia bohaterskich synów podlaskiej ziemi,
najdłuższej walczących o niepodległą Polskę w powstaniu styczniowym 1863 roku.
Naprzeciwko pomnika, przy ulicy
Franciszka Wilczyńskiego, stoi czteropiętrowy blok nr 1, tzw. rotacyjny,
zbudowany w latach siedemdziesiątych według projektu Zdzisława Laksa - architekta powiatowego w Sokołowie.
Zaraz po wyzwoleniu były tu kasy biletowe i poczekalnia PKS oraz liczne kioski
i stragany wciśnięte między wypalon e mury zburzonych kamienic. Dalej idąc w
kierunku wschodnim mijamy Dom Rzemiosła, zajmowany obecnie przez różne sklepy i
zakłady usługowe, biura Cechu i biuro parlamentarne chłopskiej Samoobrony.
Uważny przechodzień zobaczy zapewne płaską płaskorzeźbę Jana Pendzicha w
wianuszku taśmy filmowej. Burmistrz Sokołowa był bowiem z zawodu i zamiłowania
fotografem. Sokołów zawdzięcza mu wiele. Przewodniczył on komitetowi budowy
pomnika ks. Brzóski i Franciszka Wilczyńskiego, ale przede wszystkim
dokumentował obiektywem wszystkie ważne uroczystości i wydarzenia. Zdjęcia Jana
Pendzicha wykonane w starej technice bromowej są dzisiaj najpiękniejszym
dowodem historii naszego miasta. Szkoda, że zachowały się one jedynie w
prywatnych zbiorach. Część z nich udostępnił naszej redakcji Kazimierz Miłobędzki
i będziemy je sukcesywnie pokazywać w każdym kolejnym numerze naszej gazety, przypominając
ludzi i wydarzenia z Sokołowa lat 1915 - 1945. Następna posesja była posiadłością
Ufnalów, gdzie w głębi naprawiał buty nestor sokołowskich szewców, pan Antolik.
Dalej mijamy dawną piekarnię i sklep ze znakomitymi niegdyś wyrobami
piekarniczymi. Kiedy, przed paroma laty, spotkałem się ze swoim przyjacielem z
dzieciństwa. dziś pułkownikiem WP, Jurkiem Maksajdowskim. Przypomniał on, że
jedyne, co zapamiętał na całe życie z pobytu w Sokołowie, to zapach i smak
ciepłych bułeczek pana Wyganowskiego. I kolejny dom - kolejna historia ulicy
Wilczyńskiego. To jeden z pierwszych, nowych budynków wyciśniętych pomiędzy
żydowskie kamienice - dom państwa Benedykciuków. To tu zrodziła się zapewne
jedna z wielu sokołowskich anegdot, świadcząca o wielkim poczuciu humoru
sokołowiaków.
,,Pan z ptakiem, to proszę na górę, do
żony” - miał mawiać pan Benedykciuk do klienta taszczącego sowę Specjalnością
Benedykciuka były bowiem rowery i ich naprawa, a żony - wypychanie ptaków. Po
przekroczeniu ulicy Krótkiej, kolejne sklepy i zakłady usługowe, a pośród nich
od niepamiętnych czasów mieściło się w tej samej siedzibie do niedawna sklep
owocowo-warzywniczy pana Głąbikowskiego. Firma Głąbikowskich przetrwała
wszystkie powojenne reformy i pseudoreformy, wszystkie „bitwy o handel”
prowadzone przez Ministra Hilarego Minca - (był taki, kto o nim teraz pamięta).
A o Głąbikowskim, jak Sokołów długi i szeroki, wie każdy mieszkaniec. I jeśli
teraz tak dużo się mówi o zdrowej żywności, to po nauki producenci i handlowcy
powinni przyjechać właśnie do Sokołowa, do pana Jerzego Głąbikowskiego.
Naprzeciw pierzei zamykającej tzw. Szewski Rynek, frontem do ulicy Długiej,
dawniej Bohaterów Chodakowa, a jeszcze dawniej gen. Bolesława Pierackiego, stoi
dawna żydowska bożnica, dziś sklep z odzieża damską i męską. Idąc dalej, ku
wschodowi, mijamy drewniany budynek hotelu pani Ireny Kucewiczowej, gdzie w
saloniku spotykali się przy brydżu żołnierze AK obwodu ,,Proso”, majora
Franciszka Świtalskiego. Dalej się nie zapuszczałem, stąd moja niewiedza, kto
mieszkał i pracował na tej ulicy od skrzyżowania w Nieciecką do jej końca.
Ulica Wilczyńskiego jest bezspornie jedną z najstarszych ulic Sokołowa, jej nazwa nie podlega koniunkturalnym modom
politycznym i na pewno nie zostanie zmieniona. Mieszkańcy tej ulicy, jak żadnej
innej, mogą być tego pewni. Na koniec kilka zdań o tym, którego imię nadano tej
ulicy i z którego jej mieszkańcy mogą
być i są dumni.
Franciszek Wilczyński z zawodu kowal,
pochodził z Węgrowa. Do powstania przyłączył się w Łukowie. Walczył w ośmiu
bitwach, początkowo w partii Lewandowskiego, później cały czas z księdzem
Stanisławem Brzóską, aż do pamiętnego 23 maja 1865 roku, dnia egzekucji na
sokołowskim rynku. Nie opuścił swego dowódcy do ostatniej chwili. Tę ostatnią
drogę wybrał sam, dając dowód wierności i oddania. Był już bezpieczny, w lesie, który dawał szanse
ukrycia przed ścigającymi ich kozakami. Pojmawszy bowiem rannego ks. Brzóskę,
stracili zainteresowanie drugim uciekinierem. Jednak Franciszek Wilczyński,
wierny przysiędze, widząc swojego dowódcę, krępowanego przez kozaków, wyszedł i
dołączył do niego ze słowami: „Razem znosiliśmy dole i niedole, razem zginiemy
za Polskę”. Tak też się stało 23 maja 1865 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim.
Wacław Kruszewski
Helikopter...
|
|
Na jednej z licznych udanych imprez
Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki
wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa
wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem
helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków
towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych
wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu
Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą
i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam
organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii
naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu
kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów
maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i
tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę
przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm.
Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej
i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do
pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury
i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego
lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
„Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.
Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.
Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 60-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze
Zmarł Janusz Nowicki były dyrektor Departamentu Domów Kultury i Bibliotek Ministerstwa Kultury i Sztuki 21:14 (3 minuty temu) Znałem Go ...