wtorek, 4 sierpnia 2026

 

pomnienia z czasów PRL: Europa! Europa?

Ostry dzwonek bezpośredniego telefonu od wojewody poderwał cały wydział. Telefon ten w najlepszym razie zwiastował pilną naradę dyrektorów wydziałów ówczesnego Urzędu Wojewódzkiego. Wojewoda siedlecki płk pilot Janusz Kowalski, nawykły do wojskowego trybu życia, organizował odprawy, kiedy tylko miał ku temu powody, a miał je nader często. Po pewnym czasie nabrałem jednak przekonania, że po prostu lubił się z nami spotykać, by poopowiadać o swoich lotach, skomentować wizyty u I sekretarza i u ks. biskupa. Ten telefon dotyczył jednak wizyty autentycznego księcia w Mauzoleum Treblince: „Na jutro, panie Wacławie, przygotuje pan były obóz zagłady w Treblince na wysoki połysk, bo około 1100 będzie go zwiedzał książę Bernard Holenderski, mąż Julianny, królowej Holandii”. „Zrobi się”, rzekłem wiedząc, że Tadzio Kiryluk, nawykły do nagłych wizyt VIP-ów, jak zawsze zadba o wszystko, by potwierdzić swoje kompetencje doskonałego opiekuna 16 hektarów terenu muzeum, na którym ustawiono 17 tysięcy granitowych pomników. Całe szczęście, że w ceremonii powitania księcia miał wziąć udział tylko wojewoda. Ominęło mnie dzięki temu pisanie scenariusza, oprawa artystyczna itp., w czym gustowali luminarze z wydziału propagandy. Wojewoda swoje obowiązki reprezentacyjne traktował z naturalną swobodą: ciepło i życzliwie, bez wszechogarniającej elity władzy sztampy i napuszonej powagi.

W dniu wizyty, na godzinę przed zapowiedzianym przyjazdem dostojnego gościa, sprawdziliśmy stan przygotowań, przygotowaliśmy suweniry z wydawnictw i albumów o martyrologii Żydów. Pan Kiryluk sprawdził megafony, nastawił taśmę z historią Treblinki w języku niemieckim który, jak się okazało, był językiem ojczystym dostojnego gościa. Książę Bernard był bowiem księciem niemieckim, zanim w 1937 r. zaślubił ówczesną następczynię tronu, późniejszą królową Holandii Juliannę I. Książę podróżował po Polsce w asyście wysokich oficerów każdego rodzaju wojsk. Naszego pułkownika, który wśród cywilów prezentował się nadzwyczajnie, świta ta przyćmiła, ale nie stracił fasonu. Powitał gościa serdecznie, tym bardziej, że książę Bernard w czasie II wojny światowej walczył po stronie aliantów.

Po części oficjalnej goście zaproponowali poczęstunek. W towarzyszącym orszakowi samochodzie-chłodni mieli wszystko: od serwetek i kieliszków po przekąski, napoje i trunki. Stewardzi w białych rękawiczkach roznosili wśród zebranych tace z rzadkimi w tamtych czasach przysmakami. Podczas tej już bardziej swobodnej części spotkania, dostojny gość zapragnął pójść tam, gdzie nawet król piechotą chodzi. I tu nastąpiła konsternacja. Toaleta przy wiacie została przez nadgorliwców z Sanepidu tak zachlorowana, że gdyby książę z niej skorzystał mógłby udusić się. Zrobiło się zamieszanie, ktoś zaproponował pobliskie krzaki, ale spotkało się to z odmową mistrza ceremonii. W pobliskiej leśniczówce była, co prawda, łazienka, ale robiło się w niej wielkie pranie i dla mieszkańców wizyta ważnego gościa byłaby krępująca. Mistrz ceremonii był zrozpaczony, powtarzał cały czas: „A nie mówiłem, żeby zabrać ze sobą toaletę na kółkach”. Nie było rady, pranie musiało więc ustąpić przed potrzebami natury. W asyście swoich oficerów książę Bernard Holenderski ruszył dziarskim krokiem do leśniczówki. Przeżyliśmy ten incydent wszyscy, a mnie utrwalił się tak mocno, że kiedy tylko jestem w Treblince, zaglądam do jedynej tam toalety i muszę Państwu powiedzieć, że nic się nie zmieniło. A miało być lepiej w każdej dziedzinie.

 

Rok 1974. Kończy się budowa Zakładów Mięsnych w Sokołowie; sztandarowej inwestycji okresu Edwarda Gierka. Jej lokalizację zawdzięcza Sokołów najwyższemu wskaźnikowi „zaświnienia powiatu”: 100 sztuk trzody na 100 ha użytków rolnych. Było to koronny argument w przetargach na lokalizację kombinatu właśnie u nas. Argument ten skutecznie i przekonywująco przedstawiał Lucjan Marasek, ówczesny wiceprzewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Wspierał go w tym usilnie sokołowianin Zdzisław Żałobka jako przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Planowania Gospodarczego w Warszawie. Od pana Kempy, kierującego inwestycją w imieniu firmy Epstein z USA, dostałem zlecenie na zorganizowanie uroczystego koncertu i balu dla budowniczych kombinatu oraz zaproszonych oficjeli. Asystentce Kempy, pani Lilien Frankowski, uroczej damie w balzakowskim wieku podobał się będący wtedy na topie doskonały zespół jazzu tradycyjnego Vistula River Brass Band. Zamówienie to przyjąłem z radością, wiedząc, że pan Kempa hojnie wynagrodzi artystów i nasz dom kultury. Z warszawską Estradą uzgodniłem termin koncertu, solistów i konferansjera.

Na dzień przed imprezą zostałem jednak niespodziewanie wezwany na dywanik do I sekretarza KP PZPR, gdzie otrzymałem pierwsze poważne ostrzeżenie: za podział miejsc w pierwszym rzędzie. Okazało się, że pan Kempa zaprosił i chciał posadzić na honorowych miejscach po swojej lewej stronie I sekretarza PZPR, a po prawej księdza proboszcza Stanisława Pielasę, gdyż z oboma przywódcami, jak sam często podkreślał, doskonale mu się w Sokołowie współpracowało. Oficjalny udział w koncercie księdza proboszcza, znanego w Sokołowie budowniczego kościoła był tak niecodzienny, że spowodował nerwowość w „białym domu”. Pan Kempa bawił się doskonale i powtarzał, że chce tym koncertem podziękować władzom Sokołowa, a   szczególnie panu sekretarzowi i księdzu proboszczowi za doskonałą współpracę w całym dziele budowy. Czy to źle? - pytał. Dobrze; pewnie, że dobrze, ale dotąd nie było to praktykowane. No to czas wprowadzić nowe obyczaje, z przekonaniem odpowiedział pan Kempa. Teraz,  gdy obserwuję pojednanie pomiędzy przywódcami Państwa i Kościoła jestem dumny, że byliśmy pierwsi, którzy dokonali tego w Sokołowie w 1974 roku.



poniedziałek, 3 sierpnia 2026

 


Oddział Feliksa Jaworskiego. Zdjęcie ze zbiorów Sławomira Kordaczuka, dyrektora Muzeum w Siedlcach

Obchodzimy kolejną rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości, a w niej Święto Wojska Polskiego. Z tej okazji chciałbym czytelnikom przybliżyć postać bohatera wojny z bolszewikami z 1920 roku, walczącego m.in. o Skrzeszew, uchwycenie mostu na Bugu we Frankopolu i odcięcie dywizjom sowieckim drogi odwrotu. W serialu telewizyjnym „Wojna i miłość” (2010 r.) jest fragment ukazujący działania tzw. „szwadronów śmierci”, do których przyłączyli się młodzi ziemianie z kresowych majątków - brat i siostra, aby zemścić się na komisarzach, za śmierć ojca i pohańbienie jego córki. Tym oddziałem dowodził major Feliks Jaworski. Major, zanim znalazł się na Podlasiu, wsławił się walkami na Wołyniu, gdzie zdobywał pociągi z zaopatrzeniem dla Armii Czerwonej, a nawet radiostacje, z których prowadził dezinformujące wroga rozmowy. Jak wiadomo, już we wrześniu 1919 roku szyfry Armii Czerwonej zostały złamane przez por. Jana Kowalewskiego z biura szyfrów WP i miało to olbrzymie znaczenie w całej zwycięskiej wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku. Więcej o tej ciekawej sprawie pisze w swej książce Grzegorz Nowik. Wyczyny bojowe majora Jaworskiego, jako żywo przypominają bohaterów sienkiewiczowskich powieści. Gdyby Sienkiewicz żył, zapewne nasza literatura, a później i filmy, wzbogaciłyby się o fascynujące dzieła „ku pokrzepieniu serc”, z bohaterskim majorem w roli głównej. Kim zatem był major Feliks Jaworski? Był wielkim patriotą i odważnym do szaleństwa żołnierzem. Zofia Kossak - Szczucka w powieści „Pożoga” (1922) tak opisuje majora:

Miał w sobie jakąś charyzmę. Musiano go słuchać i podporządkować się. Cechowała go niesamowita ambicja i dzika odwaga, pogarda dla codzienne,j powszechnej etyki, a przede wszystkim tajemnicza siła prowadzenia ludzi, wzbudzania w nich entuzjastycznego szału i fantastycznego przywiązania. Siła ujarzmiająca. Kochał swych żołnierzy miłością dziką i czułą zarazem. A żołnierze ubóstwiali go bez pamięci”.

Zaś Zdzisław Niemen, w artykule „Zagończycy”, tak go charakteryzuje:

Na polu walk Jaworski jest przykładem męstwa i nieustraszonej odwagi. Nie ma dlań prawie sytuacji, w której by się cofnął. Nie ma ognia nieprzyjacielskiego, w który by nie skoczył. W najstraszliwszym gwiździe kul wrażych idzie spokojnie rzucając słowa komend, torując sobie drogę szablą, rewolwerem, ręcznym granatem. Żołnierz zawsze go widzi w pierwszym szeregu.”



Major Feliks Jaworski

Doceniając te przymioty charakteru majora, Marszałek Piłsudski powierzył mu zorganizowanie ochotniczej jazdy składającej się z trzech pułków: Lubelskiego, Wołyńskiego i Siedleckiego. Na Sztab Dywizji zwanej Ochotniczą Jazdą majora Jaworskiego wybrano Lublin. Biedna Ojczyzna mogła zapewnić ochotnikom tylko broń i amunicję. Reszta, aby z ochotników zrobić bitnych żołnierzy, zależała od talentów organizacyjnych i determinacji majora Jaworskiego. A czas naglił, bolszewicy stali pod Warszawą. Do ofensywy znad Wieprza, uważanej przez historyków wojskowości za manewr strategiczny, przesądzający losy wojny 1920 roku, zdołano przeszkolić i wyposażyć tylko pięć szwadronów Jazdy Ochotniczej. A mimo to Naczelny Wódz w rozkazie do generała Rydza - Śmigłego ujawnił, że pod względem operacyjnym, bezpośrednio podlegać mu będą: dowódca 3 armii frontu środkowego, gen. Władysław Sikorski; dowódca 4 armii oraz major Jaworski ze swą grupą Jazdy. Było to niebywałe wyróżnienie dla majora Jaworskiego, potwierdzone bezpośrednimi rozkazami Naczelnego Wodza. Marszałek kładł nacisk na działania, „aby były piorunujące”. I takie właśnie były, bo wykonywał je major Feliks Jaworski ze swoimi ułanami. W składzie 21 dywizji Piechoty Górskiej gen. Andrzeja Galicy, po sforsowaniu rzeki Wieprz, toczy zwycięskie boje o Kock, Radzyń, Łuków i Siedlce. W kilka dni od rozpoczęcia kontrofensywy, major Jaworski po zajęciu Mordów, wysyła patrole w kierunku Drohiczyna i Sokołowa, od których dowiaduje się, że w Sokołowie są znaczne siły bolszewickie - kilka baterii dział i liczne tabory. Podejmuje decyzję odcięcia im odwrotu przez Bug w okolicach Skrzeszewa i Frankopola. Nie mógł wziąć całej jazdy do szybkiego przemarszu i błyskawicznego uderzenia. Ze wszystkich szwadronów wybrano ludzi posiadających najmniej wyczerpane konie i utworzono szwadron zbiorowy o liczebności 99 szabel. Na jego czele major Jaworski ruszył w kierunku Frankopola. Brzegiem rzeki pod osłoną nocy grupa ułanów prowadzona przez syna właściciela folwarku Frankopol - ułana Jana Gościckiego, zniosła rosyjską obronę mostu otwierając drogę ułanom Jaworskiego, którzy wypad

sobota, 1 sierpnia 2026

 

 

Kiedy słyszę o ciągłym bałaganie w Polskich Kolejach Państwowych,kiedy czytam o grożbach strajków i bezpardonowej walce o zachowanie peerelowskich przywilejów moje sympatie do kolejarzy i dziecięco- młodzieżowy podziw dla ich pracy i wspaniałych parowozów zaczyna odchodzić w dal jak wspomnienia z podróżowania koleją z Sokołowa przez Siedlce do Warszawy i z Warszawy przez Małkinie do Sokołowa.Pierwsze podróże zaliczyłem kiedy dworzec kolejowy był ruiną wysadzoną przez uciekających Niemców i zapisaną na ich konto Bilety kupowałem w drewnianym budynku w którym jedno z mieszkań kolejarskich przeznaczono na kasę i poczekalnie.Woziłem do Rembertowa surowe ,obficie zasolone skórki cielęce do nielegalnej garbarni.To była frajda i niezły zarobek 20 zł.i koszty podróży.Pózniej już jako maturzysta woziłem wałówki siostrze i jej koleżankom studentkom zakwaterowanym w Nowej Dziekance na Krakowskim Przedmieściu.Radość była wielka. Kaszanka i kiełbasy z Sokołowa miały swoją zasłużoną sławę a mnie bardzo smakował kisiel –podstawowe danie przyszłych dziennikarek i aktorek,którym mnie zawsze częstowano.Raz miałem pecha .Jakiś koleś wywołał mnie z przedziału by pokazać w drugim przedziale słuchawkowe radio.Gdy wróciłem na swoje miejsce walizka z wędlinami zniknęła. Koledzy z sąsiedztwa także.Odnalazłem konduktora i ze łzami w oczach opowiedziałem mu całe zdarzenie. Obiecał odnaleźć moją walizkę i słowa dotrzymał.Kaszanka dotarła do Warszawy chociaż już nie cała bo poczęstować wypadało konduktora.

Dostałem kiedyś od pani Milikowej z Seroczyna ,żony przedwojennego posła piękny album zatytułowany Dziesięciolecie Polski Odrodzonej.Były w nim zdjęcia i opisy osiągnięć Polski po pierwszej wojnie światowej W pamięci utkwiły mi zdjęcia wspaniałych lokomotyw bijących rekordy prędkości ,.Produkowanych w Polsce i z powodzenie eksportowanych do wielu krajów Europy.Nasłuchałem się opowieści o punktualności PKP z których wynikało że można było kiedyś regulować zegarki wg ruchu pociągów. Naczytałem się artykułów i książek o bohaterskiej postawie kolejarzy w czasach wojny i okupacji. Przywołam tu tylko jedenego kolejarza którego miałem zaszczyt poznać podczas spotkania żołnierzy AK jakie w 1975 zorganizował w szkolnej Izbie Pamięci w Kosowie Lackim kierownik szkoły p. Zdzisław Nowak,Wojskowa Wytwórnia Filmowa Czołówka nakręciła film o kolejarzu Franciszku Ząbeckim i ten film wyświetliłem uczestnikom spotkania.Były tam fragmenty zeznań składanych w procesach komendanta obozu zagłady w Treblince Franca Stangla.Ponadto p.por Zabecki PS.”. Dawny” napisał ciekawą książkę o konspiracji kolejarzy z 8 brygady kolejowej AK obejmującej odcinek kolejowy od Siedlec do Małkini.Jest w niej opis życia naszych rodaków w czasach hitlerowskiej okupacji ,są fragmenty akcji sabotażowych organizowanych przez kolejarzy przeciwko okupacyjnym władzom powiatu .szczególnie niebezpiecznym bo na kolei pieczołowicie nadzorowanej przez Niemców. W końcu opis wyniesienia zabezpieczenia i przekazania przedstawicielowi Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich - prokuratorowi z podminowanej stacji kolejowej w Treblince- dokumentów przewozowych.Dokumenty te były niepodważalnym dowodem zbrodni hitlerowców na narodzie żydowskim.Prawnikom pozwoliły na uzyskanie sprawiedliwych wyroków w sądach RFN. Historykom pozwoliły na ustalenie z jakich państw Europy i z jakich miast w Polsce przychodziły transporty do Treblinki. Dzisiaj po sokołowskiej kolei”pozostały wspomnienia i część nierozebranych torów. do Treblinki W dawnym dworcu funkcjonuje biblioteka. Tylko pamiątkowa tablica przed nią przypomina, że był tu dworzec kolejowy z którego na Sybir wywieziono w 1945 roku blisko 3000 młodych mężczyzn z powiatu sokołowskiego Gdyby wśród obecnych kolejarzy byli ludzie tacy jak Ząbecki może pomyśleli by jak uratować od zapomnienia kolejarską walkę z okupantem w okolicach Treblinki. Miast rozbierać historyczne tory uruchomić szynobus dowożący turystów do Mauzolem Walki i Męczeństwa w Treblince.Te niespełnione marzenia dedykuje następcom por Ząbeckiego by tak jak On zostawili trwały ślad na torach swojego kolejarskiego żywota

Wacław Kruszewski



czwartek, 30 lipca 2026

 

Artykuł o losach Poznaniaków deportowanych czasie okupacji do Sokołowa spotkał się z dużym zainteresowaniem naszych czytelników. Pan Janusz Czarnocki pamięta przedstawienia teatralne organizowane dla dzieci w mieszkaniu przesiedleńców na rogu ulic Pięknej i Kupientyńskiej, Pamięta że ojciec zawsze prowadzał go do strzyżenia na ulicę Kilińskiego gdzie pracował w salonie fryzjerskim p.Dzieciątka deportowany z Poznania pan Papajewski. Rodzice Janka Czarnockiego ,dopóki żyli jeszcze wiele lat po wojnie utrzymywali kontakty z rodziną Papajewskich W budynku Szkoły na ulicy Polnej jeszcze wiele lat pracował na stanowisku wożnego pan Kowalczyk zanim powrócił do Gośliny Murowanej gdzie prowadził ciastkarnie. Mało znane są losy pana Betańskiego, który w Sokołowie prowadził skup skór surowych. poza tym ,ze Rosjanie w latach czterdziestych nie dowieżli go na Sybir gdyż zmarł w transporcie.. Przez 5 lat żyła wśród nas pani Maryla Hałaszkiewicz. mieszkała przy ulicy Ogrodowej. Z wywiadów i rozmów ze starszymi mieszkańcami miasta wynika ,ze w tak ciężkich ,okupacyjnych czasach, Sokołowianie zdali egzamin z człowieczeństwa. Przyjmowali pod swój dach całe rodziny przesiedleńców i dzielili się z nimi tym co mieli. Dlatego nie mogą zrozumieć, stanowiska generującego strach przed uciekinierami z państw objętych wojnami. ,Sokołowianie nie boją się ani pierwotniaków ani terrorystów i deklarują ,ze tak jak kiedyś ich rodzice przyjmą każdego człowieka potrzebującego pomocy. Taki jest nasz kodeks moralny kształtowany przez wieki i nikt nie jest w stanie go zmienić. Warto jednak dbać o niego i dlatego prosimy naszych czytelników o zachowanie w pamięci informacji o pobycie w Sokołowie deportowanych mieszkańców Wielkopolski. Historyków prosimy o podjęcie badań a siedleckie uczelnie o inspirację prac magisterskich dla studentów. Nie może być tak ,by młodzi mieszkańcy Siedlec, Węgrowa i Sokołowa czerpali swoją wiedzę na temat życia w czasach okupacji z pamiętników kapitana W. Hofenfelda chociaż był to dobry Niemiec.

Dziś dostałem odpowiedz na wysłany wcześniej do Gośliny Murowanej tekst artykułu. Kustosz Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej pan Marian Pflanz przysłał mi kopie artykułów lokalnej gazety . W niej wspomnienia z przed 60 laty pana Władysława Prussa z pierwszych dni pobytu jego rodziny w Sokołowie w grudniu 1939 roku. W artykule wspólne zdjęcia z sokołowskimi rodzinami Szulców i Langowskich , Bałkowców które przyjęły pod swój dach” poznaniaków”. Jest też zdjęcie drewnianego kościoła św. Rocha w którym pan Pruss dzięki protekcji Aleksandra Langowskiego u księdza proboszcza ,pełnił funkcję organisty w tym kościele. Niestety nie da się na tych zdjęciach rozpoznać sokołowiaków ale warto poszukać ich oryginałów w redakcji gazety lub Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej. Od zdjęć jednak ważniejsze są opisane wspomnienia, które przytaczam tu w całości uznając ,że dobrze oddają charakter naszych rodaków.”Stacja kolejowa w Sokołowie jest usytułowana na przedmieściu, tak ze do centrum jest 2 km. Więc starsi panowie z naszego transportu zostali wydelegowani do miasta by powiadomić burmistrza o naszej tragedii i prosić o pomoc. Burmistrz pan Staniszewski, zacna figura miasta Sokołowa, bardzo serdecznie iz wielkim współczuciem oraz zrozumieniem sytuacji,bo przecież było zimno,a tylu ludzi pod gołym niebem, natychmiast wydał rozkaz swoim podwładnym ,aby nikt na noc nie został na dworze. Zrobił się wielki ruch w całym mieście, ludzie ze łzami w oczach gdzie kto mógł i miał jakiś wolny kąt przyjmował biednych wysiedleńców i częstował ciepłą strawą. Nasza furmanka z trzema rodzinami zatrzymała się przy mostku drewnianym na rzece zwanej Cetynja ,przy starej zabytkowej drewnianej figurze św. Jana na ulicy Siedleckiej pod nr 25/27 na której były małe drewniane domki jednorodzinne. Jedyny murowany, piętrowy dom na Siedleckiej pod numerem 16 , pana Józefa Bałkowca był już zajęty więc pojechaliśmy dalej do mostku pod figurkę..Przed domem stali już gospodarze i każdy który miał wolny kąt to zabierał do swojej posesji. W głębi podwórka był mały drewniany dom nr 25 Jego właścicielami byli państwo Szulcowie- Stanisław i Apolonia oraz dwoje dzieci. Druga połowa należała do pani Adeli Głowackiej Nr. 27 należał do państwa Bołbotowskich. Mieszkanie było wolne ,bo Żydzi ,którzy je zajmowali uciekli do ZSRR więc p. Szulc przyjął nas na to mieszkanie. Poobmiataliśmy pajęczyny i podłogę ,położyliśmy nasze toboły. Postarałem się od sąsiadów dwa snopy słomy pszennej ,rozłożyliśmy pod ścianą. Było na czym spać. Po drugiej stronie sieni na prawo było takie samo mieszkanie i pani Adela przyjęła rodzinę Marszałów z Murowanej Gośliny czyli matkę z synem Wincentym i córkę .Państwo Bołbotowscy z pod nr27 tez przyjęli dwie rodziny p. Nenemanów-mąż, żona i dwóch synów Juljan i Maciej oraz brata, który był w Goślinie Murowanej właścicielem nowoczesnego młyna i tartaku. U Bołbotowskich znalazła też schronienie rodzina Soroków ze Swarzędza .Stolarz Hilary Soroka i córka Stefania. Państwo Szulcowie mieli swoje mieszkanie od tyłu domu do którego wchodziło się przez przybudówkę ,tak ze ich mieszkanie było[powiększone. Opisuję to wszystko dokładnie, bo taki był pierwszy dzień pobytu w Sokołowie.

Dzień miał się ku końcowi. Wyszedłem przed dom na podwórze opodal figurki św. Jana i w myśli: odmówiłem skromną modlitwę: św. Janie miej nas w swojej opiece, pozwól nam szczęśliwie przeżyć wojnę i z Bożą pomocą i Twoim stawiennictwem szczęśliwie powrócić do swojego domu połączyć się z rodziną, która został rozproszona, Amen.

Jak już wspomniałem dzień się miał ku końcowi, ale to była Generalna Gubernia utworzona z łaski okupanta. Godzina policyjna obowiązywała od godziny 22. Wiec po uszykowaniu noclegu dla całej rodziny na podwórzu znalazł się nasz sąsiad pan Neneman. Chcąc jasno przedstawić obraz, muszę objaśnić, że p. Neneman był co najmniej o 30 lat starszy ode mnie, bo najstarsza ich córka Renia była w moim wieku ,ale jako sąsiedzi zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Więc sąsiad mówi :panie Władysławie teraz nam nic nie pozostało ,jak tylko wypuścić do miasta i zobaczyć jak zacny Sokołów wygląda z bliska i jak tętni życiem. Tak idąc Siedlecką, która wznosi się pod górę, doszliśmy do ul. Długiej, którą W lewo szło się do Rynku., a na prawo, na narożniku Siedleckiej i Długiej, stał duży budynek straży pożarnej. Z frontu dwa wjazdy ,wysokie wierzeje na dwa samochody pożarnicze. Na piętrze, nad garażami- wejście z ulicy Długiej – była sala kinowa ze sceną i z zapleczem. Kino było czynne. My udaliśmy się do ul. Długą w stronę Rynku, obeszliśmy Rynek, z którego wchodziło się na skwer.Klomby,ławki i alejki zasypane śniegiem. W głębi stał kościół murowany opasany murem i dzwonnicą ,podobnie jak w owym czasie w Murowanej Goślinie. Z lewj strony była Restauracja, z której unosiły się wesołe wrzaski i dym. Pan Neneman mówi p. Władziu wejdźmy, może coś zjemy, dla rodziny coś kupimy. Jak zdecydowaliśmy ,to i weszliśmy… a tu chłopów pełna knajpa. Od razu nas poznali, że my poznaniacy i wysiedleni, zrobił się od razu taki ruch i głośno. Chłopi nas ściskali, całowali, płakali nad nami. Nasze biedaki wysiedlone. Pytają się nas: za co was wysiedlili? A my odpowiadamy…Pan Neneman mówi, ja miałem młyn i tartak wspólnie z bratem, tutaj jestem z zoną i dwoma synami. Ja mówię: myśmy mieli dom, warsztat, , był kołodziejem zmarł w 1934 roku ojciec a mnie wysiedlili z mamą . ,siostrą i bratem .Pytają? To za co was wysiedlili? Odpowiadamy z podniesionym czołem .,za to żeśmy Polakami byli. Rozkaz był taki… ubrać się, bagaż do ręki i za pół godziny załadować się na furmankę która stała na ulicy przed domem. Transport, bydlęce wagony i jesteśmy w Sokołowie. To było 4 grudnia a dziś jest 11 grudnia 1939 roku. Więc jesteśmy razem z Wami. Wtem potężny głos się odzywa: p. Stasiaowo…prosimy o kolejkę i na zdrowie, ugościmy naszych rodaków z Poznania. I zaczęła się biesiada. Wypiliśmy sporo i pojedli. Ja to za bardzo nie mogłem pić ,byłem młody, nie miałem styczności z alkoholem. Mój sąsiad, starszy pan, więc przyzwyczajony do trunków .Po serdecznym pożegnaniu szczęśliwie wróciliśmy do naszych mieszkań na ulicy Siedleckiej ,pod opiekę św. Jana. To był pierwszy dzień naszego pobytu w Sokołowie

Drugi Dzień i następne

Po przespanej nocy na słomie ,na podłodze, rano wybrałem się do kościoła na mszę św. I zapoznać się z panem organistą. Poszedłem więc na chór i przedstawiliśmy się sobie. Pan organista nazywał się Aleksander Langowski. Starszy pan, bardzo sympatyczny. Bardzo się ucieszył z mojego przyjscia. Serdecznie pana zapraszam do mojego mieszkania…. W domu pan Aleksander zwraca się do żony: Franiu- przyprowadziłem gościa, to jest pan Władysław Pruss kolega organista wysiedlony wczoraj z mamą i rodzeństwem z Poznania do Sokołowa. Więc zapoznałem panią Franciszkę, dwóch synów i starszą panią czyli mamę p. Aleksandra. Pani Franciszka z uśmiechem i serdecznością zaprasza do wspólnego śniadania, p. Oleś mówi- mam wspaniałą nalewkę, więc uczcijmy nasze zapoznanie. Chyba Pan Bóg nam pana do mnie przysłał, bo ja mam bardzo dużo pracy, to już prawie połowa grudnia a ja mam jeszcze dużo opłatków do rozwiezienia po okolicznych wsiach, które należą do tutejszej parafii. Żona z chłopcami w nocy i przez dzień pieką je nad ogniem w takiej szczypcowej żeliwnej formie a ja w dzień rozwożę . Tu na Podlasiu organista prócz gry w kościele prowadzi też Kancelarię parafialną oraz spełnia obowiązki przy ślubach i pogrzebach. Więc jak pan widzi –urwanie głowy. Mam do pana serdeczną prośbę ,żeby już od jutra, za wynagrodzeniem grał pan codziennie trzy msze św. no i ewentualnie pogrzeb jak jaki będzie ,a w Swięta Bożego Narodzenia wszystkie śluby. Więc się zgodziłem. Itak w pierwsze święto /24 grudnia 1939 roku/ cztery śluby na mszach i 20 co 15 minut. Razem 24 śluby.W drugie święto tak samo 23 śluby, trzy na mszach i 20 co 15 minut. To były pierwsze święta Bożego Narodzenia w czasie wojny. Więc znalazło się tyle chętnych par małżeńskich. Po śniadaniu, pełen radości, po kielichu i z paczką żywnościową w ręku, z uśmiechem na ustach, wróciłem do domu i rodzinki. Opowiadania było co nie miara. Na razie mam zajęcie i może biedy nie będzie. Codziennie po odegranych mszach miałem przykazane przychodzić na śniadanie do państwa Langowskich. W następnych dniach zapoznałem się z księdzem Kanonikiem Stanisławem Josztem-proboszczem i oraz pozostałymi księżmi. Następnego dnia ks. Kanonik zaprosił mnie na śniadanie do siebie, był ciekaw opowiadań „Wysiedleńca” Rozmowa była bardzo interesująca, poznaliśmy nasze obopólne zapatrywania na temat polskości, narodowo –patriotycznej,której przewodnikiem naszych myśli był Roman Dmowski. Ja nakreśliłem księdzu ogólny zarys o naszej wielkopolskiej organizacji O. W, P. a ksiądz Kanonik o „Falandze”podlaskiej… Szefem Falangi sokołowskiej był Oficer W.P .pan Gradzki.,z którym póżniej nawiązałem kontakt Był też w Sokołowie wysiedlony ,a raczej uciekinier z Gniezna, profesor Seminarium Duchownego ks. Witold Gronkowski również z nim zaprzyjaźniłem się w obecności ks,Kan. Joszta. Wszyscy byliśmy jednych poglądów….. Po niedługim czasie nawiązałem kontakt ze swoją siostrą Jadwigą i szwagrem Franciszkiem Wilczyńskim,którzy zostali na starym miejscu w Smiglu. Poprosiłem szwagra by przesłał mi do Sokołowa nuty utworów kościelnych na chór mieszany. Po otrzymani przesyłki zorganizowałem chór kościelny tylko z braci wysiedleńczej. Ć wiczenia odbywały się w moim skromnym mieszkaniu. Instrumentu nie było,wiec poszczególne głosy uczyłem własnym śpiewem. Nieraz patrol „ Feldpolizel z tymi tarczami na piersiach, słysząc nasz śpiew wszedł zobaczyć co się dzieje. Ale nasza mama nad wszystkim czuwała. Dobrze mówiła po niemiecku,więc wytłumaczyła- to jest mój syn organista,który przygotowuje chór na niedziele do śpiewania w kościele. Więc posłuchali- musieliśmy im zaśpiewać i powiedzieli- no gut, gut, singen weiter,gul,gul. Nasze msze św. niedzielne dla wysiedlonych spodobały się Sokołowiakom tak ,że przychodziło dużo miejscowych obywateli. Tak wyglądały początki naszego pobytu na ziemi podlaskiej A przecież życie toczy dalej i trzeba pomyśleć o jakiejś pracy,aby utrzymać rodzinę ,bo obowiązek spadł na moje barki.

c.d.n. Władysław Pruss



Tyle wspomnień od pana Władysława. Może uda się zdobyć dalsze co zapowiadali w lokalnej gazecie Gośliniacy. Interesujące jest co w tym temacie maja do powiedzenia miejscowi historycy. A przede wszystkim starsi mieszkańcy miasta dzielący swój los z wysiedleńcami w czasach okupacji.

Wacław Kruszewski

czwartek, 23 lipca 2026




 

Bardzo często spotykamy się z ciekawymi historiami dotyczącymi przeszłości naszego miasta i powiatu. Wiele wydarzeń obrosło już legendami. Wiele uzyskało różne interpretacje. Zbyt wiele ważnych wydarzeń z życia mieszkańców ziemi sokołowskiej uległo i nadal ulega zapomnieniu. Zwracam się do czytelników o wspólne zachowanie i utrwalenie naszej najnowszej historii o historyczną prawdę o ludziach ich działaniach czasie okupacji ,w tragicznych latach powojennych ,o czasach odbudowy kraju ,o walce o suwerenność i niezależność Polski podarowanej przez sojuszników Stalinowi w Jałcie, aż do współczesności. Razem opiszemy naszą historię by żadni polityczni kuglarze jej nie fałszowali i nie zmieniali według swoich potrzeb.

Zapraszamy do współpracy młodzież i nauczycieli, zapraszamy środowiska Sybiraków i Akowców ,zapraszamy świadków historii-weteranów walki i pracy. Wszystkich ,którym nie są obojętne nasze i naszych przyjaciół losy .Ocalmy od zapomnienia ludzi i wydarzenia z przed lat. Spełniając postulat czytelników - internautów oddaje im miejsce na stronie z nadzieją ,że nasi czytelnicy dowiedzą się niebawem o tym jak sokołowski lekarz dr Edward Perłowski uratował życie Pawłowi Jasienicy autorowi pomnikowych dzieł literackich” Polska Piastów” i „Polska Jagiellonów”i o tym jak por AK. Franciszek Ząbecki zdobył dokumenty przewozowe niemieckich transportów kolejowych do Treblinki i jak zeznawał w procesie Franca Stangla- komendanta Treblinki .czy o kapitanie Władysławie Praweckim –organizatorze struktur Związku Walki Zbrojnej –kierowniku szkoły powszechnej na ulicy Repkowskiej w Sokołowie.O pani Marii Wolańskiej i Wacławie Ilczukównej nauczycielkach tajnego nauczania , o Panu Jachu organizatorze pierwszego po wojnie publicznego transportu na trasie Drohiczyn -Warszawa o wielu naszych rodakach których życie i praca zasługują na wdzięczną pamięć. Do współredagowania mojej strony na fb zapraszam p Jacka Odziemczyka nauczyciela mającego bogatą wiedzę o naszej najnowszej historii popartą solidnym warsztatem naukowym i , i p.Darka Kosieradzkiego- historyka amatora zamiłowanego w naszych dziejach i p. Mariana Pietrzaka autora 8 książek o Sokołowie, twórcy Muzeum Regionalnego przy ulicy Lipowej- Zasłużonego Działacza Kultury i wszystkich ,którzy cenią prawdę i mają odwagę ją przywoływać.

Tematów jest bez liku a każdy z nich wart jest zachowania i utrwalenia w zbiorowej pamięci. Zatem chwytajmy za długopisy i zapisujmy tak jak je zapamiętaliśmy fakty i wydarzenia z naszej najnowszej historii. Jesteśmy to winni naszym następcom. Swoje osobiste wspomnienia i opinie o wydarzeniach historycznych proszę przesyłać Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta Biblioteki Miejskiej lub na stronę fb „ Łączy nas Kultura i Sokołów”Przed kilkoma dniami przekazałem Bibliotece 2400 wycinków prasowych z lat 1964-1967 opisujących ważne dla tamtych czasów wydarzenia w mieście i powiecie sokołowskim .Komputerowcy z Pracowni Dziejów Miasta zrobili scany tych wycinków i każdy zainteresowany historią może z nich teraz korzystać.



  pomnienia z czasów PRL: Europa! Europa? Ostry dzwonek bezpośredniego telefonu od wojewody poderwał cały wydział. Telefon ten w najlepsz...