etnia
1976 r.
lekarza
i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów.
Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone
w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację.
Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław
Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka
dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna
zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie
odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił,
że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do
opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów
muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów
projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań,
radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku
Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata.
Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja
wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że
uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z
mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki
kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono
bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków
ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że
nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
Nie
muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród
mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy
obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu
kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach
i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz
przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał
Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i
jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał
niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono
konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy
i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze.
Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży
pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej
z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400
kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową
dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach
sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych,
tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi
elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez
licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i
sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni,
sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy
uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców
naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor
Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek
Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po
Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego
węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując
się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki
co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie
inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych
wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu
Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej
krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i
bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się
odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie
nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom
wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to
oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans
na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem.
Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono
5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości
około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec
miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie
we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały
narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje
założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku
budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło,
że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku.
Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w
kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to
pieniądze.
Sokołowianin,
pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w
Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu
z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym
bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda
waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego
rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je
ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi
zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba
od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał
przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej.
Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię
dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał
wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów
budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja
stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było
końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy
jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim
Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie,
kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu.
Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny.
Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący
ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po
chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy
rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na
opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię
Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się
coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak
spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w
Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług
Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy,
akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu.
Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa
w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie
wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna”
Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach
domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie
mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy
pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego
komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym,
że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka”
odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu
Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z
obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć,
że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na
projekcji filmu Krzyżacy
na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt
nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku,
zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie
książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a
nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto
wie, niech napisze.
Na
jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury,
były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje
pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia
związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z
udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą
przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”.
Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te,
które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka
Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i
mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba
brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem
bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji
dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali
robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę.
Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił
się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko.
Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok
sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już
przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do
opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do
pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich
wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie
wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda
PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego
„Pożar
wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia
1976 r.
lekarza
i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów.
Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone
w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację.
Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław
Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka
dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna
zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie
odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił,
że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do
opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów
muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów
projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań,
radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku
Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata.
Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja
wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że
uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z
mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki
kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono
bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków
ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że
nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
Nie
muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród
mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy
obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu
kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach
i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz
przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał
Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i
jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał
niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono
konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy
i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze.
Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży
pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej
z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400
kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową
dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach
sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych,
tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi
elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez
licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i
sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni,
sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy
uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców
naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor
Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek
Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po
Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego
węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując
się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki
co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie
inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych
wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu
Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej
krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i
bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się
odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie
nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom
wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to
oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans
na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem.
Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono
5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości
około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec
miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie
we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały
narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje
założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku
budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło,
że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku.
Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w
kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to
pieniądze.
Sokołowianin,
pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w
Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu
z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym
bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda
waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego
rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je
ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi
zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba
od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał
przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej.
Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię
dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał
wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów
budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja
stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było
końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy
jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim
Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie,
kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu.
Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny.
Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący
ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po
chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy
rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na
opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię
Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się
coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak
spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w
Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług
Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy,
akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu.
Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa
w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie
wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna”
Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach
domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie
mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy
pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego
komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym,
że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka”
odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu
Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z
obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć,
że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na
projekcji filmu Krzyżacy
na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt
nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku,
zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie
książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a
nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto
wie, niech napisze.