poniedziałek, 6 lipca 2026

 

Posługując się słowami Onufrego Zagłoby

nie chwaląc się ,jam to uczynił” że Chodowiacy otwarli drogę do Rzymu. Tak było i warto to przypomnieć na Jubileusz tego zespołu,który z Alicją Siwkiewicz i Zbyszkiem Myrchą współorganizowałem w pod siedleckim Chodowie

Pewnego dnia 1982 r. do Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach przyszła pani Alicja Siwkiewicz _ twórca i kierownik artystyczny Zespołu Pieśni i Tañca „Chodowiacy_.

Z dumą i nieukrywaną satysfakcją okazała zaproszenie dla zespołu do złożenia wizyty w ... Rzymie.

Kto pamięta czasy stanu wojennego wie, że nawet podróże z miasta do miasta i ze wsi do wsi odbywały się wówczas za specjalnymi i nie każdemu wydawanymi przepustkami. Wyjazd 45 osobowej grupy z Siedlec do Watykanu mógł w tym czasie przyprawić o bóle głowy każdego decydenta. Ale pani Alicja udając, że nie zna się na procedurach i nie wie nic o ograniczeniach, drążyła z przekonaniem sprawę wyjazdu.

„Przecież się to należy zespołowi, który jest na każde pana zawołanie. Czy powitać bułgarską pieśnią i kwiatami towarzysza Todora Żiwkowa, czy wypełnić program artystyczny wojewódzkich dożynek. Dla mojego zespołu to sprawa prestiżowa i mam nadzieję, że ją pan załatwi. Trzeba tylko rozwiązać kilka drobnych problemów takich jak paszporty, dewizy na opłaty tranzytowe, autokar dla ludzi i dostawczy samochód na stroje i instrumenty. Dobrze by było każdemu członkowi zespołu dać skromne „kieszonkowe"_. Pan to załatwi, a ja dopilnuję, żeby zespół jak najlepiej reprezentował Siedlce i podlaską kulturę na koncertach w Rzymie._

Podział zadań dokonany przez panią Alicję był logiczny i zgodny z naszymi kompetencjami. Rzecz w tym, że w Polsce obowiązywały przepisy stanu wojennego, a i stosunek władz do papieża nie był skrystalizowany. Z drugiej strony trudno było odmówić racji kierownikowi zespołu, z którego dumne były społeczeństwo i władze województwa siedleckiego.

Wziąłem się do pracy, chociaż przyznaję, że nie wierzyłem w powodzenie naszych wspólnych działań.

Konsultacje z panem Wacławem Janasem _ sekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki dawały nadzieję. Dyrektor „Pagartu" pan Włodzimierz Sandecki znalazł rozwiązanie: wyjazd jest możliwy na zbiorowy paszport, pod warunkiem uzyskania pozytywnej opinii o poziomie artystycznym zespołu, zgodności etnograficznej strojów, repertuaru itp. Wszystkie wymogi zostały spełnione, pozostał problem najważniejszy: Jak przekonać do wyjazdu do papieża _ decydujących o wszystkim komisarzy wojskowych i kierownictwo polityczne województwa?

Zanim wykonałem jakiś ruch w tym kierunku, już otrzymałem
polecenie:

„Stroje i instrumenty muzyczne są własnością państwa, proszę je zabezpieczyć i nie wydawać zespołowi, wtedy bez nich zespół nie wyjedzie._

Dla pani Alicji Siwkiewicz nie było to żadną przeszkodą. Oświadczyła, że

„Instrumenty i stroje otrzymamy w Rzymie z Domu Pielgrzyma Polskiego, zaś takie utrudnianie nam wyjazdu kompromituje władzę i doprowadzi do rozwiązania zespołu_.

Dziś, po lekturze wywiadu Moniki Olejnik z ministrem Kuberskim _ ówczesnym ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej wiem na jakie kłopoty mogła nas narazić, dziś oczywista propozycja pani Alicji Siwkiewicz. Szczęśliwie zwyciężył zdrowy rozsądek politycznych i wojskowych decydentów. Zespół pojechał do Rzymu, gdzie godnie reprezentował województwo siedleckie i bogactwo podlaskiego folkloru.

Papież wyraźnie wzruszony zaprosił „Chodowiaków_ do Castel Gandolfo", a tam razem z nimi śpiewał ... podlaskie piosenki.

Władze wojewódzkie otrzymały gratulacje od swoich zwierzchników a ja podziękowania od zespołu ze zdjęciem i dedykacją. Można dziś spekulować, czy pobyt i podlaskie pieśni i tańce nie przyczyniły się do obrania właściwego kursu, określającego stosunek władz polskich do papieża Polaka, nad czym tak usilnie i w końcu z sukcesem pracował m.in. ambasador Kuberski.

Wacław Kruszewski



 

Skwer im. Franciszka Ząbeckiego




Inspiracją do napisania tych wspomnień był wiersz pana Zygmunta Kusiaka Pociąg do Treblinki, zasłyszany w jego sklepiku na rogu ulic Marii Skłodowskiej-Curie i Krzysztofa Baczyńskiego. Wstąpiłem tam, by podziękować mu za inny wiersz napisany dla mnie.





kiedy rozmawialiśmy o problemach z wydaniem tomiku poezji „Z nadbużańskiej
ziemi”,poprosiłem au

Skwer im. Franciszka Ząbeckiego




Inspiracją do napisania tych wspomnień był wiersz pana Zygmunta Kusiaka Pociąg do Treblinki, zasłyszany w jego sklepiku na rogu ulic Marii Skłodowskiej-Curie i Krzysztofa Baczyńskiego. Wstąpiłem tam, by podziękować mu za inny wiersz napisany dla mnie.

K




iedy rozmawialiśmy o problemach z wydaniem tomiku poezji „Z nadbużańskiej
ziemi”,poprosiłem autora o kilka wybranych utworów, by poznać bliżej jego twórczość i wówczas usłyszałem ten utwór, który wywarł na mnie wielkie wrażenie. Jestem przekonany, że i moim Czytelnikom nie będzie on obojętny. W prostych, przejmujących słowach zawarł Kusiak całą perfidię hitlerowskiej polityki wobec narodu żydowskiego w czasach okupacji. „Jedziemy tam, gdzie lepiej będzie…” – tak tłumaczy swojemu synkowi matka, przechowująca zapewne adres i zdjęcie domu, gdzie miała zamieszkać z rodziną, wierząc niemieckiej propagandzie. Zanim przejdę do wspomnień, zacytuję tutaj ten poruszający wiersz.


Pamięci pomordowanym Żydom, naszym starszym braciom w wierze:


Zygmunt Kusiak

Pociąg do Treblinki


Śródleśną ciszę przerywa gwizd…

Pociąg bydlęce wagony toczy…

Mame, no nie płacz! Powiedz mi,

gdzie jedziemy?! Otrzyj oczy!


Mosze! Mój synku, powiem Ci:

Jedziemy tam, gdzie lepiej będzie…

Spójrz! Jak pięknie słońce w szparze lśni,

jaka na dworze zieleń wszędzie!


Twój tate będzie miał tam duży sklep,

nie będzie chodził już z walizką.

A w nim koszerne mięso, chleb…

Teraz stać będzie nas na wszystko.


Pociąg zakończył już swój bieg…

Otwarto wrota przeznaczenia…

Twarzyczka Mosze jak ten śnieg…

Słychać rozkazy zniewolenia….


Mame! A co te Niemce od nas chcą!?

Czemu tak na nas psy szczekają!?

Dlaczego wszystkich „Schneller” zwą!?

Czemu nas rozdzielają!?


Tate już poszedł sklep zobaczyć.

A my… musimy zdjąć ubranie!

Kapo Treblinki nam zaznaczył,

że mamy umyć się przed spaniem!


Synku! Bóg Jahwe jest tu z nami.

Na pewno wszystko dobrze będzie.

Jest babcia, nie jesteśmy sami.

O popatrz!… Tu naszych pełno wszędzie.


Zamknięto wkrótce łaźni drzwi!

Słychać w natryskach wody szum?!

Lecz to nie woda, gaz w nich tkwi

i spada na bezbronny tłum!…


Dzień po dniu, na stację kolejową w obozie zagłady Żydów w Treblince przyjeżdżały pociągi z tysiącami ludzi. Ocenia się, że od pierwszego transportu Żydów z warszawskiego getta z 22 lipca 1942 roku do pamiętnego buntu więźniów i spalenia obozu 2 sierpnia 1943 roku, w Treblince zamordowano około 920 tysięcy Żydów z Austrii, Belgii, Bułgarii, Czechosłowacji, Francji, Grecji, Jugosławii, Niemiec, Polski i ZSRR. Wśród nich znajdował się także Janusz Korczak, jego współpracownicy i podopieczni. W trzynastu komorach gazowych uśmiercano dziennie około siedemnastu tysięcy osób: tyle, ilu mieszkańców jeszcze do niedawna liczył sobie Sokołów.

Te szacunki przyjęli badacze zbrodni hitlerowskich na podstawie ukrytych i ujawnionych po wojnie kolejowych dokumentów przewozowych. Zostały one ocalone dla przyszłości z narażeniem życia przez por. Franciszka Ząbeckiego ps. „Dawny” zakonspirowanemu na stacji kolejowej Treblinka, żołnierzowi VIII kompanii kolejowej AK, działającej na odcinku od Siedlec do Małkini.

Film o Ząbeckim nakręciła Wytwórnia Filmowa Wojska Polskiego „Czołówka” i pewnie leży on nadal w magazynach na Chełmskiej w Warszawie. Pamiętam kadry z tego filmu, przedstawiające proces przed sądami RFN przeciwko komendantowi Treblinki Franzowi Stanglowi i presję jaką wywierały jego „papugi” na świadku oskarżenia, kolejarzu z Treblinki Franciszku Ząbeckim, z obietnicami dostatniego życia na Zachodzie włącznie. Na nic jednak zdały się sztuczki niemieckich adwokatów, komendant obozu kierujący zagładą Żydów zwany „Białą Śmiercią” poniósł zasłużoną karę.

Z filmem tym i jego bohaterem wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. Kierownik szkoły w Kosowie Lackim pan Zdzisław Nowak podpadł władzom partyjnym powiatu za gloryfikowanie działalności AK-owskiej, polegającą m.in. na organizowaniu spotkań z byłymi żołnierzami AK: Franciszkiem Ząbeckim i Marianem Jakubikiem ps. „Jaśmin”, zakonspirowanym na posterunku żandarmerii niemieckiej w Kosowie Lackim.

Spotkania te odbywały się w szkolnej Izbie Pamięci. Im większym cieszyły się uznaniem mieszkańców miasteczka, tym większą frustrację powodowały w Komitecie Powiatowym PZPR. Kiedy sprawa zaczynała być dla losów kierownika groźna, razem z Gieniem Łukasiukiem, nowym sekretarzem ds. propagandy postanowiliśmy zgłosić Izbę Pamięci w Kosowie do nagrody w wojewódzkim konkursie szkolnych izb pamięci. W ślad za tym poszły prace nad nową aranżacją plastyczną izby, bogatszą dokumentacją uwzględniającą pobliską Treblinkę i starania o zwiększenie ilości eksponatów. Zabiegi te i kilka pozytywnych informacji zamieszczonych w „Trybunie Mazowieckiej” spowodowały, że Izba Pamięci w Kosowie wygrała konkurs. Kierownika szkoły słusznie nagrodzono a powiatowi stróże jedynie słusznej linii musieli uznać swoją porażkę.

rsz.


Pamięci pomordowanym Żydom, naszym starszym braciom w wierze:


Zygmunt Kusiak

Pociąg do Treblinki


Śródleśną ciszę przerywa gwizd…

Pociąg bydlęce wagony toczy…

Mame, no nie płacz! Powiedz mi,

gdzie jedziemy?! Otrzyj oczy!


Mosze! Mój synku, powiem Ci:

Jedziemy tam, gdzie lepiej będzie…

Spójrz! Jak pięknie słońce w szparze lśni,

jaka na dworze zieleń wszędzie!


Twój tate będzie miał tam duży sklep,

nie będzie chodził już z walizką.

A w nim koszerne mięso, chleb…

Teraz stać będzie nas na wszystko.


Pociąg zakończył już swój bieg…

Otwarto wrota przeznaczenia…

Twarzyczka Mosze jak ten śnieg…

Słychać rozkazy zniewolenia….


Mame! A co te Niemce od nas chcą!?

Czemu tak na nas psy szczekają!?

Dlaczego wszystkich „Schneller” zwą!?

Czemu nas rozdzielają!?


Tate już poszedł sklep zobaczyć.

A my… musimy zdjąć ubranie!

Kapo Treblinki nam zaznaczył,

że mamy umyć się przed spaniem!


Synku! Bóg Jahwe jest tu z nami.

Na pewno wszystko dobrze będzie.

Jest babcia, nie jesteśmy sami.

O popatrz!… Tu naszych pełno wszędzie.


Zamknięto wkrótce łaźni drzwi!

Słychać w natryskach wody szum?!

Lecz to nie woda, gaz w nich tkwi

i spada na bezbronny tłum!…


Dzień po dniu, na stację kolejową w obozie zagłady Żydów w Treblince przyjeżdżały pociągi z tysiącami ludzi. Ocenia się, że od pierwszego transportu Żydów z warszawskiego getta z 22 lipca 1942 roku do pamiętnego buntu więźniów i spalenia obozu 2 sierpnia 1943 roku, w Treblince zamordowano około 920 tysięcy Żydów z Austrii, Belgii, Bułgarii, Czechosłowacji, Francji, Grecji, Jugosławii, Niemiec, Polski i ZSRR. Wśród nich znajdował się także Janusz Korczak, jego współpracownicy i podopieczni. W trzynastu komorach gazowych uśmiercano dziennie około siedemnastu tysięcy osób: tyle, ilu mieszkańców jeszcze do niedawna liczył sobie Sokołów.

Te szacunki przyjęli badacze zbrodni hitlerowskich na podstawie ukrytych i ujawnionych po wojnie kolejowych dokumentów przewozowych. Zostały one ocalone dla przyszłości z narażeniem życia przez por. Franciszka Ząbeckiego ps. „Dawny” zakonspirowanemu na stacji kolejowej Treblinka, żołnierzowi VIII kompanii kolejowej AK, działającej na odcinku od Siedlec do Małkini.

Film o Ząbeckim nakręciła Wytwórnia Filmowa Wojska Polskiego „Czołówka” i pewnie leży on nadal w magazynach na Chełmskiej w Warszawie. Pamiętam kadry z tego filmu, przedstawiające proces przed sądami RFN przeciwko komendantowi Treblinki Franzowi Stanglowi i presję jaką wywierały jego „papugi” na świadku oskarżenia, kolejarzu z Treblinki Franciszku Ząbeckim, z obietnicami dostatniego życia na Zachodzie włącznie. Na nic jednak zdały się sztuczki niemieckich adwokatów, komendant obozu kierujący zagładą Żydów zwany „Białą Śmiercią” poniósł zasłużoną karę.

Z filmem tym i jego bohaterem wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. Kierownik szkoły w Kosowie Lackim pan Zdzisław Nowak podpadł władzom partyjnym powiatu za gloryfikowanie działalności AK-owskiej, polegającą m.in. na organizowaniu spotkań z byłymi żołnierzami AK: Franciszkiem Ząbeckim i Marianem Jakubikiem ps. „Jaśmin”, zakonspirowanym na posterunku żandarmerii niemieckiej w Kosowie Lackim.

Spotkania te odbywały się w szkolnej Izbie Pamięci. Im większym cieszyły się uznaniem mieszkańców miasteczka, tym większą frustrację powodowały w Komitecie Powiatowym PZPR. Kiedy sprawa zaczynała być dla losów kierownika groźna, razem z Gieniem Łukasiukiem, nowym sekretarzem ds. propagandy postanowiliśmy zgłosić Izbę Pamięci w Kosowie do nagrody w wojewódzkim konkursie szkolnych izb pamięci. W ślad za tym poszły prace nad nową aranżacją plastyczną izby, bogatszą dokumentacją uwzględniającą pobliską Treblinkę i starania o zwiększenie ilości eksponatów. Zabiegi te i kilka pozytywnych informacji zamieszczonych w „Trybunie Mazowieckiej” spowodowały, że Izba Pamięci w Kosowie wygrała konkurs. Kierownika szkoły słusznie nagrodzono a powiatowi stróże jedynie słusznej linii musieli uznać swoją porażkę.

  Zdecydowałem upublicznić ten tekst dotyczący historii Domu Kultury i proszę internautów o poparcie starań w sprawie zasłużonego jubileuszu tej instytucji w naszym mieście.

.W 1964 roku Powiatowy Dom Kultury w całym okazałym budynku miał do swojej dyspozycji dwa pokoje biurowe i jedna salę klubową . Razem jakieś 80 m2 Tak zaczynaliśmy nasze boje o kulturę w Sokołowie .Żeby nie ciekło nam na głowy postanowiłem zmienić pokrycie dachowe z dachówki na eternit – jedyny w miarę dostępny materiał na dachy .Dopilnowaliśmy by wykonawca zdjął dachówkę starannie , bez uszkodzeń i odsprzedaliśmy ją rolnikowi na pokrycie obory..Za uzyskane pieniądze przełożono parkiet w sali klubowej i na zdobytym z Wojewódzkiego Zarządu Kin projektorze 16 M/M rozpoczęliśmy projekcje filmów krajoznawczych pod nazwą „Wędrujemy bez wiz i paszportów”Filmy te nieodpłatnie wypożyczaliśmy z ambasady USA co było powodem niezbyt przyjemnych wizyt w miejscowym Urzędzie Bezpieczeństwa .W IPN czytałem pracowite donosy szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego majora Feliksa CH. na siebie jako agenta ambasady amerykańskiej. Było tak. Wojtek Paczuski po krótkiej pracy w domu kultury dostał się na studia politechniczne w Warszawie. Tam działał w znanym klubie studentów „Stodoła „Od niego dowiedziałem się że studenci Politechniki dostają za darmo z ambasady USA ciekawe filmy dokumentalne przyrodnicze i muzyczne .Wystarczy napisać list a dostaniemy katalog z którego można wybrać dowolne filmy i je wyświetlać bez żadnych kosztów. Napisałem do 7 ambasad 3 zachodnich i 4 naszego obozu. Z naszych odpowiedzieli tylko Węgrzy .Z ambasady amerykańskiej przysłali katalog zawierający ponad 100 filmów od podboju kosmosu, festiwali jazzowych w New Port ,filmów przyrodniczych z Yellowstone Park po biografie słynnych muzyków Benny Goudmana ,Kida Ory i innych. Wystarczy wybrać sobie, przyjechać do ambasady i odebrać. Służbowym Junakiem z koszem ruszyłem w Aleje Ujazdowskie i z fasonem podjechałem pod budkę milicjanta pilnującego by nikomu z Jankesów nie zrobiono krzywdy w Warszawie. Załadowałem kilka pudeł z filmami i ile koni w „Junaku” pognałem do Sokołowa . Zanim jednak zdecydowałem się na publiczną projekcję czujnie postanowiłem obejrzeć filmy komisyjnie. Zaprosiłem do domu kultury przedstawicieli komitetu powiatowego PZPR i Prezydium Powiatowej Rady Narodowej .Po projekcji wszyscy stwierdzili ,ze są to filmy neutralne pod względem politycznym i można je publicznie pokazać Sokołowianom. Na drugi dzień wezwano mnie na komendę Milicji Obywatelskiej na przesłuchanie .Zarzuty współpracy z ambasadą amerykańską postawił mi ,dobroduszny o fizjonomii i posturze biskupa ,sam szef miejscowego urzędu bezpieczeństwa major Feliks CH. Najbardziej interesowało go ile dostaję dolarów za współprace. Oczywiście zaprzeczyłem i przyznałem się ,że poczęstowano mnie tylko jakimś ciemnym słodkim i gazowanym płynem ,który wypiłem bo był upał. Niedobrze, b niedobrze towarzyszu kierowniku. Nie powinniście tego amerykańskiego świństwa brać do ust. Nie wiadomo co tam amerykanie wsadzili .Wyjaśniłem ponad to, że przed publiczną projekcją. dokonaliśmy komisyjnego przeglądu amerykańskich filmów pod kątem zgodności z socjalistyczną polityką naszego państwa .Wprawdzie tej zgodności nie było ale też nie było żadnych elementów imperialistycznej propagandy, Komisja ,w której składzie był Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i kierownik Wydziału Propagandy KP. PZPR orzekła ,że filmy można pokazać na publicznej projekcji. Szefa sokołowskiej bezpieki te wyjaśnienia widać nie zadowoliły bo jeszcze przesłuchiwał członków komisji i interweniował w Wydziale Kultury i Sztuki w Warszawie,skąd niebawem wyszło zarządzenie zabraniające kierownikom domów kultury w woj. warszawskim kontaktów z ambasadami obcych państw. Tak wszechwładna wówczas bezpieka rozłożyła popularną i lubiana imprezę domu kultury. Sokołowianie nie mieli prawa nawet wirtualnie wścibiać nosa za żelazną kurtynę. Dziś takie zwyczaje wydają się nieprawdopodobne. Ale tak było zapewnia wk i wie co mówi bo był organizatorem tych projekcji.



piątek, 3 lipca 2026

 W uroczej scenerii „podlaskiego dworu” w Ostrówku k/Siedlec 17 czerwca 2026 roku z inspiracji
Wacława Kruszewskiego z Sokołowa Podl. i Zbyszka Piwońskiego z Siedlec „Spotkali się po latach”
liderzy z byłego woj.siedleckiego. Spotkanie zaszczyciły panie Zofia Grzebisz Nowicka i Stanisława
Prządka. Gościny udzielił nam wójt gminy p. Henryk Brodowski który dworek wyremontował i
zorganizował w nim Gminne Centrum Kultury i Sztuki. Na pierwsze od wielu lat takie wartościowe
spotkanie przybyło 46 liderów społecznych i gospodarczych z byłego woj. siedleckiego. Celem
spotkania było przywrócenie zagubionych kontaktów, osobiste wspomnienia o blaskach i cieniach
pracy którą wykonaliśmy by mieszkańcom Podlasia i Wschodniego Mazowsza żyło się lepiej w
czasach naszej aktywności zawodowej. Z rozmów i dyskusji wynikał jeden postulat
potrzeba sprawiedliwej oceny dokonań pokolenia pracowników i liderów czasów PRL-u. Nasi
następcy z pobudek politycznych fałszują dokonania poprzedników i przez dziesięciolecia niszczą i
rozkradają majątek narodowy, miast go wzbogacać dla dobra wspólnego. W Ostrówku podjęliśmy
zobowiązanie zebrania i zapisania wspomnień „liderów wyklętych”tych znanych nam
dyrektorów,prezesów i kierowników zakładów pracy w których panował ład i porządek a ci co tego
nie znosili szykowali dla swoich szefów taczki. Nie chcemy wzmacniać istniejących podziałów
społecznych, Chcemy dać świadectwo prawdzie, bo ona nas wyzwoli ,jak mawiał nasz papież.
Inspirujemy siedleckie uczelnie o podjęcie współpracy w tym zakresie.

środa, 3 czerwca 2026

 



Zapoczątkowany przeze mnie cykl spotkań z Sokołowiakami ,którzy osiągnęli sukcesy w życiu zawodowym i społecznym przyniósł już pierwsze trwałe ślady. Jest nią niewątpliwie wydana aż we Wrocławiu kolejna książka gen. bryg. Dr Zdzisława Rozbickiego pt. „Trochę wspomnień o przeszłości mieszkańców Sokołowa Podlaskiego”Generał potwierdził swoje związki z Sokołowem i jego mieszkańcami miłym gestem.Przesłał uczestnikom wrześniowego spotkania w kawiarence „U Radka” tę właśnie książkę.Są w niej wspomnienia

dzieciństwa i lat młodzieńczych spędzonych w Sokołowie, nieznane szerzej fakty z czasów okupacji i trudnych nie rzadko tragicznych losów powojennej historii wielu sokołowskich rodzin.Dużo miejsca poświęca autor relacjom polsko- żydowskim.Znalazłem tam ciekawy opis działalności polskich kolejarzy sabotujących z narażeniem życia , .okupacyjne przepisy.Potwierdza te mało znane fakty por. Franciszek Ząbecki- kolejarz z posterunku kolejowego Treblinka w swojej książce pt „Wspomnienia dawne i nowe „ wydanej przez Instytut Wydawniczy Pax w 1977 roku Dla interesujących się historią informuję, że obie te książki są w zbiorach naszej biblioteki i warto je przeczytać by utrwalić w pamięci współczesnych kto w nieodległej przeszłości był katem a kto jego ofiarami i dlaczego tak emocjonalnie reagujemy na każdą krzywdzącą opinię o zachowaniach Polaków w czasach hitlerowskiej okupacji.Wprawdzie ta wiedza bardziej przydałaby się urzędnikom „białego domu” – piszących przemówienia prezydentowi Obamie,by ustrzec Go przed oczywistymi gafami- niż naszym rodakom.Póki jednak absolwenci Harwardu będą popisywać się publicznie taką „wiedzą”o najnowszej historii Polski trzeba pisać i wydawać takie książki jak Rozbickiego i Zabeckiego a przde wszystkim Edwarda Kopówki i ks .Pawła Rytel-Andranika: „Dam im imię na wieki”o Polakach z okolic Treblinki ratujących Żydów i przesłać je w upominku by poznali prawdę.

Kolejne spotkanie odbyło się w Bibliotece Miejskiej z prof. Janem Izdebskim –wybitnym polskim biochemikiem pracującym do niedawna w zespole zdobywcy nagrody Nobla w dziedzinie nauk medycznych w 1977 roku prof. Andrew V. Schallego Polaka urodzonego w Wilnie w 1926 roku.Ze spotkania tego ukazała się krótka notatka autorstwa Katarzyny Markusz z której nic nie wynika ponad to że takie spotkanie się odbyło.Znający publikacje redaktorki Wieści Sokołowskich byli rozczarowani.Oto do Sokołowa przyjeżdża mało znany Sokołowiakom nasz rodak z ulicy Lipowej-mający liczący się w świecie dorobek naukowy, wynalazca leku łagodzącego bóle porodowe kobiet, autor haseł do Encykloppedii,i kilkunastu artykułów zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych USA Niemiec Anglii i Japonii.W kraju ,promotor licznych doktorantów.Jeden z 4 polskich naukowców – profesorów zwyczajnych ,mających związek z ziemią sokołowską a obsługująca spotkanie redaktorka Wieści nie znajduje powodu by opisać to czytelnikom gazety pomimo, że miała dostęp do materiałów żródłowych W piśmie do profesora wyraziłem swoją delikatnie negatywną opinię o profesjonalizmie i kompetencjach redaktorki.W odpowiedzi dostałem uprzejmy list z którym warto czytelników Życia Siedleckiego zapoznać, W moim przekonaniu list ten jest potwierdzeniem ,że ciągle nie umiemy docenić i wykorzystać własnego dorobku w myśl hasła „Cudze chwalicie ,swego nie znacie ,sami nie wiecie co posiadacie” Redakcja Życia Siedleckiego daje takie możliwości więc w następnym numerze ukaże się artykuł o prof. Janie Izdebskim i Jego pracy naukowej w Stanach Zjednoczonych i w Polsce.

i

Kolejne spotkanie odbyło się w Bibliotece Miejskiej z prof. Janem Izdebskim –wybitnym polskim biochemikiem pracującym do niedawna w zespole zdobywcy nagrody Nobla w dziedzinie nauk medycznych w 1977 roku prof. Andrew V. Schallego Polaka urodzonego w Wilnie w 1926 roku.Ze spotkania tego ukazała się krótka notatka autorstwa Katarzyny Markusz z której nic nie wynika ponad to że takie spotkanie się odbyło.Znający publikacje redaktorki Wieści Sokołowskich byli rozczarowani.Oto do Sokołowa przyjeżdża mało znany Sokołowiakom nasz rodak z ulicy Lipowej-mający liczący się w świecie dorobek naukowy, wynalazca leku łagodzącego bóle porodowe kobiet, autor haseł do Encykloppedii,i kilkunastu artykułów zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych USA Niemiec Anglii i Japonii.W kraju ,promotor licznych doktorantów.Jeden z 4 polskich naukowców – profesorów zwyczajnych ,mających związek z ziemią sokołowską a obsługująca spotkanie redaktorka Wieści nie znajduje powodu by opisać to czytelnikom gazety pomimo, że miała dostęp do materiałów żródłowych W piśmie do profesora wyraziłem swoją delikatnie negatywną opinię o profesjonalizmie i kompetencjach redaktorki.W odpowiedzi dostałem uprzejmy list z którym warto czytelników Życia Siedleckiego zapoznać, W moim przekonaniu list ten jest potwierdzeniem ,że ciągle nie umiemy docenić i wykorzystać własnego dorobku w myśl hasła „Cudze chwalicie ,swego nie znacie ,sami nie wiecie co posiadacie” Redakcja Życia Siedleckiego daje takie możliwości więc w następnym numerze ukaże się artykuł o prof. Janie Izdebskim i Jego pracy naukowej w Stanach Zjednoczonych i w P

 

Rak telewizyjny, czyli dlaczego kultura choruje?  zagrożona  przez zanikający mecenat państwa nad strefą twórczości i upowszechniania kultury. W najtrudniejszej sytuacji dziś znalazły się biblioteki i domy kultury na wsi i małych miastach. Nasz apel kierowaliśmy do liderów partii politycznych, mając nadzieję, że wzbogacą swoje programy wyborcze o tak potrzebną dzisiaj – kulturę. Jej braku doświadczamy na każdym kroku, szczególnie wśród zacietrzewionych polityków, nawet tych z tytułami profesorskimi. Widać to w programach telewizyjnych, w transmisjach z obrad Sejmu. Nie umiemy ze sobą rozmawiać bez agresji, pomówień i kłamstw. Nie umiemy pięknie się różnić w sprawach, co do których mamy różne poglądy. Moim zdaniem przyczyną jest zanik kultury przede wszystkim wśród tych, którzy za nią odpowiadają. A odpowiedzialność ta należy do elity społecznej, do liderów środowisk w których żyją i działają. Zasłużenie czy nie, uchodzę za takiego lokalnego lidera w środowisku pracowników kultury, z którymi pracowałem w Sokołowie i Siedlcach przez 42 lata mojej aktywności zawodowej. Dlatego ,w miarę swoich skromnych możliwości, staram się by doceniano pracę bibliotek, domów kultury, świetlic i klubów szczególnie tych najmniejszych działających na wsi. W latach sześćdziesiątych założyliśmy ich ze Zdzisławem Lechem – przewodniczącym Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Wiejskiej 46 w powiecie sokołowskim. Po połowie – Klubów Rolnika, utrzymywanych przez Gminne Spółdzielnie i Klubów Ruch – koncernu RSW Prasa Książka „Ruch” Nie ostał się żaden. Zmarła niedawno śp. Lucyna Maksimiak doprowadziła Wiejski Klub Rolnika w Hołowienkach do pierwszego miejsca w Polsce. Do dziś mieszkańcy wsi i aktorzy Teatru Ziemi Mazowieckiej z sentymentem wspominają wzajemne przyjacielskie kontakty zapoczątkowane realizacją konkursu „Wieś bliżej teatru” Brak takich bezpośrednich ludzkich kontaktów mieszkańców wsi z artystami, pisarzami, dziennikarzami dodatkowo zubaża intelektualną kondycje wiejskiego elektoratu, ulegającego wszelkiej demagogicznej manipulacji przed wyborami. Kto pamięta pobyty w sokołowsko-podlaskich wsiach pisarzy: Jana Gerharda, Wojciecha Żukrowskiego, Cezarego Chlebowskiego, Edwarda Redlińskiego; aktorów: Stanisława Mikulskiego, Wacława Kowalskiego, Leonarda Pietraszaka, Ryszarda Pietruskiego, Ryszarda Filipskiego i wielu, wielu innych w organizowanych przez biblioteki i kluby kultury spotkaniach literackich pod nazwą „Niedziel na wsi”, ten wie, jaka była przyjazna atmosfera tych spotkań, jaka wzajemnie wartościowa wymiana poglądów. Z nastaniem nowego modelu upowszechniania kultury zmieniły się metody kontaktów społecznych. Pamiętam, jak na jednej z narad w sprawie braku pieniędzy na kontynuację budowy domu kultury w Sokołowie, przewodniczący Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej inż. Mierzwiński, wyraźnie rozeźlony moimi wypowiedziami oświadczył: „jeśli chcecie mieć dostęp do kultury w Sokołowie, to zaprenumerujcie każdemu mieszkańcowi miasta „Trybunę Ludu”. Będzie taniej i skuteczniej”. Z propozycji nie skorzystaliśmy i dom kultury, chociaż po 14 latach, został zbudowany. Mam nieodparte wrażenie, że koncepcja inż. Mierzwińskiego znalazła naśladowców. Wielu samorządowców myśli podobnie. Po co utrzymywać domy kultury na wsi, skoro każdy prawie mieszkaniec ma telewizor, a nawet komputer z dostępem do Internetu. Przecież to nic nie kosztuje naszej gminy. Dostęp do kultury jest bardzo bogaty. Kto ma taka potrzebę, może dowolnie wybierać pomiędzy serialami, filmami, poradnikami gotowania, debatami polityków, itp. itd. Pomińmy tu jakość programów telewizyjnych, na które widzowie nie mają żadnego wpływu. O wszystkim dziś decydują politycy. To jednak nikt nie zaprzeczy, że brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydujące znaczenie dla jakości życia i dla rozumienia problemów świata. W 1975 roku studenci Uniwersytetu Warszawskiego prowadzili badania naukowe na temat potrzeb kulturalnych młodzieży w gminie Jabłonna Lacka. Z badań tych wynikało, że młodzież chodzi do kina przede wszystkim dlatego, by spotkać się ze swoimi rówieśnikami, porozmawiać, a przy tej okazji obejrzeć film w kinie, które jeszcze funkcjonowało we wsi zanim zlikwidował je wszechogarniający rak telewizyjny. Teraz wystarczy browarek ,kanapa i pilot do telewizora. Na rozmowę z drugim człowiekiem ,na przeczytanie książki szkoda czasu.

Początek formularza













Dół formularza

Dół formularza






 

Ocalić od Zapomnienia

Niedawno w telewizji pokazali- już nie pierwszy raz -polsko-rumuński film pt” Złoty pociąg”Interesujący to film opisujący wojenne losy „polskiego złota” wywiezionego do Anglii we wrześniu 1939 roku.Twórcy filmu w sensacyjnej formie ukazali zmagania polskich i rumuńskich funkcjonariuszy służb specjalnych z niemiecką agenturą i dyplomacją mającą olbrzymią chęć zawłaszczenia skarbu polskiego banku narodowego.- 82 ton złota w sztabach Historia polskiego złota znana jest wszystkim interesującym się drugą wojną światową,ale nie wielu wie, że w tej historii znaczący udział miał nasz rodak Krystyn Ostrowski –syn dziedzica Korczewa.

Akcja ratowania polskiego złota rozpoczęła się 5 września 1939 roku w Warszawie.Ze skarbca banku na 12 wynajętych i zarekwirowanych samochodów cieżarowych i miejskich autobusów żołnierze i pracownicy banku przenieśli umieszczone w zapląbowanych skrzynkach sztabki złota .w workach pieniadze i papiery wartościowe i wyruszyli pod ochroną wojskową do Rumunii,która nie tylko zgodziła się przyjąć polskich uchodźców wojennych ale też polski skarb narodowy.Nie była to decyzją łatwa,skoro neutralna Szwecja odmówiła przyjęcia polskiego skarbu.Hitlerowscy dyplomaci uznali Skarb polskiego banku za zswoją wojenna zdobycz i starali się zastraszyć władze państw neutralnych przed podjeciem jakiej kolwiek formy pomocy ,nawet humanitarnej. Decyzję tę premier Rumunii przepłacił życiem zamordowany przez rodzimych faszystowskich bojówkarzy.Droga wiodła przez Lublin, Łuck, Dubno, Śniatyń aż do portu Konstancji ,gdzie czekał na cenny ale i niebezpieczny ładunek- francuski okręt Kolumna samochodów przemieszczała się bocznymi drogami, najczęściej nocą a i tak była ciągle bombardowana przez niemieckie samoloty.Jednym z szoferów okazał się niemiecki agent naprowadzający na nią samoloty z czarnymi krzyżami ,Mający zadanie ochrony transportu major Bobryk poradził sobie z niemieckim agentami .a jego kolega” po fachu” –rumuński policjant Munteanau zdekonspirował piękną polską pracowniczkę banku –będącą na służbie niemieckiego wywiadu.Nie będę jednak streszczał filmu Bohdana Poręby-ale zachęcam do jego obejrzenia na Yutubie, bowiem w ciekawej ,sensacyjnej formie ukazuje on kawałek naszej historii w którego „ złotym „epizodzie brał udział Krystyn Ostrowski syn właściciela Korczewa.Był bardzo przydatny w czasie podróży przez kilka krajów Europy ze względu na znajomość języków obcych i kontakty jakie miał w sferach dyplomatycznych i arystokratycznych krajów przez które trzeba było polski skarb bezpiecznie przetransportować.Opis tej podróży można znaleźć na stronie Pałacu w Korczewie skąd za zgodą uczestniczki tej eskapady hr.Beaty Ostrowskiej – Harris przytaczam czytelnikom interesującym się historią naszej małej i wielkiej Ojczyzny.

W dniu 4 września 1939 roku u premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego zameldowali się pułkownicy Ignacy Matuszewski i Adam Koc oraz minister handlu Henryk Floyar-Rajchman. Wszyscy zaliczali się do czołówki polityków obozu rządzącego. Oznajmili premierowi, iż z polecenia ministra skarbu i wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego podjęli się zadania ewakuacji złota Banku Polskiego z Warszawy. Jeszcze tego samego dnia autobusami należącymi do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych wywieziono z Warszawy pierwszą dużą partię złota. Skierowano ją do Brześcia n. Bugiem. Trasa wiodła przez Siedlce i to tam prawdopodobnie płk Matuszewski zboczył do Korczewa i namówił Krystyna Ostrowskiego, aby dołączył do „złotego” transportu. Czym kierował się pułkownik angażując hrabiego w akcję ewakuacji złota, nie wiemy. Można przyjąć, iż uznał, że Krystyn Ostrowski będzie osobą przydatną w pokonywaniu różnych przeszkód na zagranicznym etapie akcji ewakuacyjnej. Już wówczas prawdopodobnie zdawano sobie sprawę, że złoto trzeba będzie ewakuować przez Rumunię i kraje Bliskiego Wschodu do Francji. Ostrowski, który znał położone tam kraje, władał językami obcymi i miał rozliczne znajomości z racji swej pracy w agendach Ligi Narodów, mógł okazać się osobą niezastąpioną.

Do transportu polskiego złota dołączył Krystyn Ostrowski, jego żona Wanda, nieletnia córka Beata i matka Helena z Tyszkiewiczów Ostrowska. Poruszali się w kolumnie ewakuacyjnej własnym samochodem, który towarzyszyć im miał aż do Portugalii. Niestety, niewiele wiadomo o udziale Krystyna Ostrowskiego w „odysei” polskiego złota. Towarzyszył transportowi skarbu Banku Polskiego aż do Bejrutu, gdzie znalazł się on pod opieką sojuszników francuskich. Jego rola musiała być znaczna, skoro uczestniczył w naradach kierownictwa transportu, podczas których podejmowano ważne decyzje pozwalające ujść pogoni niemieckich agentów i skutecznie pokrzyżować plany przechwycenia skarbu przez władze niemieckie i sowieckie.

Po szczęśliwym wywiezieniu skarbu Rzeczypospolitej płk Matuszewski dotarł do Paryża, gdzie funkcjonował już rząd polski na uchodźstwie. Zamiast pochwał czekały go tam jednak zarzuty, m.in. za włączenie familii Ostrowskich do transportu i pokrywanie z kasy państwowej ich wydatków. Matuszewski w pisemnym wyjaśnieniu przyznał, iż Ostrowscy zostali włączeni do transportu, ale zarazem dodał, że: „Ponieważ osoby te dzieliły pracę, warunki niebezpieczeństwa transportu na równi z innymi, a kwoty, jakie posiadały ze sobą, nie odbiegały od zgłoszonych przez niektórych pracowników Banku, tedy potraktowałem ich na równi ze stałym personelem”.

Jak ustalił prof. Wojciech Rojek, zarzuty stawiane Matuszewskiemu nie miały istotnego uzasadnienia, skoro ogólne wydatki związane z przewiezieniem złota były mniejsze niż wyniosłyby koszty przewozu i asekuracji tak cennego ładunku w warunkach pokojowych.

Beata Ostrowska Harris, która jest obecnie jedynym żyjącym uczestnikiem tej niezwykłej eskapady, pamięta, iż podróżowali w ciągłej obawie przed bombardowaniami. Ich samochód wypełniony szklanymi zbiornikami benzyny był istną bombą, która mogła eksplodować i zabić wszystkich w razie zwykłego wypadku lub niemieckiego nalotu. Nie godzi się również z opinią, iż rodzice korzystali w jakiś szczególny sposób z pomocy finansowej kierowników transportu. Pamięta, iż matka, aby pokryć koszty pobytu w Bejrucie, musiała sprzedać cenną kolię.

Po wyjeździe Krystyna Ostrowskiego do Francji w Polsce przebywała tylko hrabianka Renata Ostrowska, która pracowała jako pielęgniarka w warszawskim Szpitalu Maltańskim. Niosła pomoc rannym żołnierzom i cywilom, których w dniach oblężenia stolicy było coraz więcej. W swoich wspomnieniach opisała dramatyczny epizod owych tragicznych dni, kiedy to tuż obok niej wybuchł niemiecki pocisk; cudem uniknęła wówczas śmierci.

Po zakończeniu kampanii wrześniowej i nastaniu niemieckiej okupacji dobra korczewskie zostały oddane w zarząd niemiecki. Ponieważ na pobliskim Bugu przebiegała granica pomiędzy strefą okupacji niemieckiej i sowieckiej, w pałacu ulokowali się niemieccy pogranicznicy. Żołdacy bezceremonialnie obchodzili się z pałacem, dewastując niedawno z tak wielkim trudem odremontowane wnętrza. Ku ich zaskoczeniu jesienią 1939 r. w pałacu pojawiła się Renata Ostrowska, żądając rozmowy z dowódcą. Gdy ten się zjawił, spokojnie oświadczyła, iż jest właścicielką i zamierza ponownie zamieszkać w swej rezydencji. O dziwo niemiecki oficer zgodził się spełnić jej życzenie i wkrótce wojsko zwolniło pokój ojca, w którym zamieszkała. Niestety, warunków do pobytu na stałe w pałacu nie było. Niemieccy żołdacy panoszyli się wszędzie, zachowywali się ordynarnie i hałaśliwie, niszczyli wyposażenie pałacu. Renata Ostrowska opuściła Korczew, a wkrótce i Polskę. Wyjechała do Włoch jako członek Zakonu Maltańskiego, aby złożyć sprawozdanie z jego działalności na terenie Polski. Z Włoch pojechała do Francji, gdzie po raz pierwszy od wielu miesięcy spotkała się z najbliższą rodziną.

Dla tysięcy polskich uchodźców Francja miała być ostatnim etapem ich wojennej ucieczki. Spodziewano się, że alianci zachodni szybko pokonają Niemcy i będą mogli wrócić do Polski. Niestety, losy wojny potoczyły się inaczej. 10 maja ruszyła wielka ofensywa niemiecka na Francję, Belgię i Holandię. Bardzo szybko siły alianckie zostały oskrzydlone i zmuszone do bezładnego odwrotu. Polscy uchodźcy cywilni raz jeszcze musieli uciekać przez pancernymi czołówkami Wehrmachtu.

Dzięki temu, iż Ostrowscy dysponowali własnym samochodem, mogli szybko wyjechać na zachód i dotrzeć do granicy hiszpańskiej i dalej do Portugalii, na samym krańcu Europy. Władze portugalskie umieściły ich w ośrodku dla uchodźców wojennych w Caldas da Rainha. Pobyt Ostrowskich w Portugalii przedłużył się do kilku lat. Jedynie losy Renaty potoczyły się inaczej. Z Francji w 1940 r. wyjechała do Casablanki w Maroku, skąd po pewnym czasie przedostała się do Wielkiej Brytanii.

O pobycie Ostrowskich w Portugalii znajdujemy kilka wzmianek w interesujących pamiętnikach Stanisława Schimitzka, przedwojennego szefa Departamentu Administracyjnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Portugalii kierującego z ramienia rządu polskiego Komitetem Opieki nad Uchodźcami oraz akcją pomocy humanitarnej dla rodaków pod okupacją niemiecką. Portugalia była krajem neutralnym i dzięki temu istniała możliwość wysyłania do kraju paczek z pomocą żywnościową i odzieżową.

Schimitzek pisze, iż w działalność charytatywną zaangażował się Krystyn Ostrowski. Dzięki swemu wykształceniu, obyciu towarzyskiemu i znajomości języków brał udział w pertraktacjach z władzami portugalskimi i uczestniczył w pracach polskiego komitetu i Komitetu Międzysojuszniczego, który koordynował działalność charytatywną dla obywateli państw koalicji antyniemieckiej przebywających na terenie Portugalii.

Schimitzek zadowolony był z pomocy Ostrowskiego, zaprzyjaźnił się z nim, samochodem Krystyna razem wyjeżdżali na niedzielne turystyczne wypady. Wanda Ostrowska również nie marnowała czasu. Oddała się swojej artystycznej pasji. Jej akwarele wystawiane były z powodzeniem w lizbońskiej galerii przy rua San Pedro de Alcántara. Obrazami hr. Ostrowskiej udekorowano pomieszczenia polskiej świetlicy w Lizbonie.

Dla postawy Ostrowskich w tym okresie znamienny jest fakt, iż w czasie, gdy obawiano się niemieckiej inwazji na Portugalię, zgodzili się odstąpić swe miejsce w transporcie ewakuacyjnym do Anglii osobom bardziej zagrożonym represjami nazistów. W tym trudnym okresie, kiedy wynik wojny był niepewny, Krystyn Ostrowski mógł mieć również powody do satysfakcji. Gdy przez Lizbonę przejeżdżał pewien Amerykanin wracający z okupowanej Polski, wręczył urzędnikom polskich placówek opiekuńczych w Lizbonie oryginalne pokwitowania odbioru odzieży wysłanej z Portugalii przez „hrabiego Ostrowskiego”. Był to dowód, że wysyłana z krańców Europy pomoc dla rodaków w kraju rzeczywiście dotarła.

Kres portugalskiego rozdziału w wojennej epopei Ostrowskich nastąpił w 1942 r., kiedy to samolotem odlecieli do Anglii. Hrabia Krystyn wypełnił z powodzeniem zleconą mu przez Schimitzka misję poinformowania władz polskich w Londynie o sytuacji polskich uchodźców w Portugalii. Przez pewien czas w kręgach polskiej dyplomacji krążyły jeszcze pogłoski, iż hr. Krystyn wkrótce wróci do Lizbony i obejmie stanowisko posła RP, ale jeśli nawet takie plany były, to nic z nich nie wyszło.

W Londynie Krystyn Ostrowski, a potem również jego starsza córka, która przybyła z Casablanki, aktywnie uczestniczyli w życiu publicznym. Hrabia Krystyn stał się jednym z czołowych działaczy utworzonej w połowie 1949 r. Niezależnej Grupy Społecznej – organizacji, która skupiała emigrantów o różnych światopoglądach zrażonych dotychczasową polityką działających na Zachodzie polskich partii politycznych. NGS stała na stanowisku kontynuowania na obczyźnie walki o niepodległość Polski w oparciu o zasadę legalizmu, czyli prawnej kontynuacji II Rzeczypospolitej w warunkach emigracyjnych. Członkowie tej organizacji dużą wagę przywiązywali do zapewnienia rządowi polskiemu na uchodźstwie własnych, niezależnych źródeł finansowania, dlatego też uczestniczyli w powołaniu i funkcjonowaniu tzw. Skarbu Narodowego, który zbierał fundusze wśród Polonii i emigracji polskiej na całym świecie. Krystyn Ostrowski był członkiem komisji Skarbu Narodowego w Wielkiej Brytanii.

Renata Ostrowska po wojnie rozpoczęła pracę w BBC, gdzie prowadziła nawet własną audycję radiową. W środowisku emigracji polskiej dużo plotkowano o jej romansie ze Stanisławem Cat-Mackiewiczem, przed wojną redaktorem wileńskiego Słowa, dużo publikującym również na emigracji. Mackiewicz był ważną personą jako członek uchodźczego parlamentu Rzeczypospolitej i błyskotliwym, a zarazem bardzo kontrowersyjnym publicystą. Zadedykował Renacie Ostrowskiej jedną ze swoich najważniejszych książek o królu Stanisławie Auguście Poniatowskim. Po wojnie Mackiewicz był krótko premierem rządu RP na uchodźstwie.

W 1956 r., ku zaskoczeniu polskich środowisk emigracyjnych Mackiewicz niespodziewanie wrócił do Polski, co komuniści wykorzystali w swej propagandzie przeciwko emigracji niepodległościowej. Jak pisze prof. Krzysztof Tarka: „W niemałej mierze na decyzję Mackiewicza o powrocie do kraju wpłynęła również »wielka tragedia osobista« (porzuciła go przyjaciółka – Renata Ostrowska)”. Mackiewicz często wspominał w listach do znajomych piękną hrabiankę, a wydaną w Warszawie książkę zatytułował „Zielone oczy”, bo – jak napisał do przyjaciela – „Renata ma oczy tego koloru”. Ku jego rozpaczy, Renata do Polski przyjechać nie chciała i ich drogi ostatecznie się rozeszły.

Ostrowscy do komunistycznej Polski nie wrócili, a ich majątkiem „zaopiekowały” się władze Polski Ludowej. Grunty orne rozparcelowano w ramach reformy rolnej, która miała pozyskać dla nowej władzy masy chłopskie. Pałac przejęło państwo, ale zamiast go zabezpieczyć i przeznaczyć na pożyteczne cele, dopuściło najpierw do rozgrabienia jego wyposażenia, a potem całkowitej dewastacji. Pod koniec rządów komunistycznych stan pałacu w Korczewie był tak zły, iż wydawało się, że wkrótce zniknie z powierzchni ziemi, a wraz z nim pamięć o Ostrowskich herbu Rawicz.

Na szczęście tak się nie stało. Mieszkające w Wielkiej Brytanii córki hr. Krystyna Ostrowskiego nie zapomniały o kraju swego pochodzenia i rodowych dobrach. W 1983 r. Beata Ostrowska przywiozła do Korczewa prochy ojca, zmarłego w Londynie trzy lata wcześniej, i pochowała w krypcie kościoła w Knychówku. W końcu lat osiemdziesiątych w Korczewie była również Renata Ostrowska. Wstrząsnęły nią rozmiary dewastacji pałacu, ale nie poddała się rozpaczy i wspólnie z siostrą postanowiły ratować rodzinną posiadłość.

Dzięki upadkowi komunizmu w Polsce możliwe stało się odzyskanie pałacu i części parku obejmującego 15,5 ha. W 1990 r. obie siostry wróciły do Polski i z ogromną energią wzięły się za ratowanie zabytkowej rezydencji swych przodków. Wymagało to wielu zachodów, ogromu pracy i niemałych pieniędzy. Pracy nad ratowaniem rezydencji w Korczewie poświęciły się nie tylko obie siostry, ale również mąż p. Beaty, rodowity Brytyjczyk Rodney Harris, oraz ich dzieci.

Dziś pałac w Korczewie, chociaż restauracja wnętrz daleka jest jeszcze od zakończenia, znowu cieszy oko piękną, klasycystyczną elewacją. Znając upór i zaangażowanie pani Beaty Ostrowskiej Harris i jej rodziny można być przekonanym, że Korczew już wkrótce będzie zaliczany do rzędu największych turystycznych atrakcji Podlasia. W Korczewie historia zatoczyła niezwykły krąg. Świat, który miał ulec zniszczeniu, odradza się na naszych oczach.

Wacław Kruszewski)

 

  Posługując się słowami Onufrego Zagłoby „ nie chwaląc się ,jam to uczynił” że Chodowiacy otwarli drogę do Rzymu. Tak było i warto to ...