piątek, 24 kwietnia 2026

 

Wczoraj odnalazłem w swoim archiwum dwa listy kierowane do mnie gdy pełniłem funkcję kierownika Powiatowego Domu Kultury w Sokołowie gdzieś w latach sześćdziesiątych i drugi Wacława Piekarskiego o dotację na wydanie książki o Armii Krajowej w pow. Sokołowskim gdy byłem dyrektorem Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach. Przekazałem postulowane pieniądze z Funduszu Rozwoju Kultury zwiększając budżet miasta a Waldek Iwaniak- Naczelnik Sokołowa dokończył dzieła i mamy opisane w dwóch tomach historię walki naszych rodaków z niemieckimi okupantami. Jeśli do niej dodać wydaną przez ISKRY w 1964 roku „Drogę przez las Witolda Retki to w moim przekonaniu za mało jak na zaangażowanie mieszkańców miasta i powiatu w walce o niepodległość, okupioną trzema publicznym egzekucjami naszych bohaterów, setkami , zesłanych do Treblinki rolników za sabotowanie kontyngentów , tysiącami aktów represji za nieposłuszeństwo wobec niemieckich przepisów okupacyjnych. Za mało wiemy o akcjach „Wichury” Oleksiaka na więzienie przy ulicy Magistrackiej ,nic nie wiemy o spaleniu magazynów benzyny na stadionie przy ulicy Lipowej po za udziałem w tej akcji bohaterskiej kobiety o adekwatnym do wydarzenia pseudonimie Etna. Niewiele wiemy o akcjach sabotażowych na kolejach ściśle nadzorowanych przez Niemców chociaż znamy nazwiska kolejarzy organizujących te akcje. Za późno zorganizowano Pracownie Dokumentacji Dziejów Miasta. Nie mamy Muzeum chociaż jesteśmy jednym z najstarszych miast na Podlasiu o 6 wiekowej tradycji. Odnotować należy pierwsze pozytywne zmiany w edukacji historycznej Sokołowian Jest nią, wydany przez Bibliotekę Album „Spacerkiem po starym Sokołowie.” Pierwszy tom poświęcony czasom przedwojennym zawiera setki zdjęć miasta i jego ówczesnych mieszkańców. Znalazłem w nim zdjęcie mojego kuzyna Romana Tyburę zamordowanego w Oświęcimiu za działalność konspiracyjną na rzecz wywiadu Armii Krajowej. Na uroczystej promocji albumu pani dyrektor zaapelowała o dostarczanie zdjęć i wspomnień z czasów okupacji i powojennej odbudowy potrzebnych do dwóch kolejnych albumów .Mnie do takiego pomysłu namawiać nie trzeba, Już szukam zdjęć i dokumentów by przekazać je autorom kolejnych tomów tak cennego wydawnictwa.

Wacław Kruszewski

  TAK Pisałem i warto to przypomnieć jeśli teraz znowu o polskim złocie tyle się opowiada.

Chociaż razi mnie polityka ekshumacyjna IPN-u, to sprowadzenie do kraju prochów tych dwóch zasłużonych dla Polski oficerów, odbieram jako akt historycznie słuszny i zasadny. Dzięki temu nasza wiedza wzbogaciła się o mało znane fakty związane z losem Funduszu Obrony Narodowej i Polskiego Skarbu w czasie II wojny światowej. Jego ocalenie zawdzięczamy tym dwóm oficerom. Nie bez znaczenia jest też udział w akcji naszego rodaka, por. Krystyna Ostrowskiego z Korczewa. Znający kilka języków obcych i mający dobre kontakty z kręgami dyplomatycznymi i europejską arystokracją, młody hrabia Ostrowski był na wagę złota, które trzeba było ratować, by mieć za co organizować polskie Siły Zbrojne na Zachodzie i utrzymać Rząd RP we Francji i w Anglii.

Wojenną historię Polskiego Skarbu Narodowego można poznać z interesującego filmu pt. „Złoty pociąg” produkcji polsko-rumuńskiej z 1986 roku. Ukazuje on epopeję Polskiego Skarbu Narodowego rozpoczętą 5 września 1939 roku w Warszawie i zakończoną w 1947 roku po podróży przez trzy kontynenty. Tomasz Zaliwski w roli pułkownika – ministra Górskiego przekonywująco realizował w tym filmie zadania, które we wrześniu 1939 roku zlecono pułkownikowi Ignacemu Matuszewskiemu. Miał do dyspozycji kilka autobusów z Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych z przypadkowymi kierowcami, a w ekipie kilku niemieckich szpiegów kierowanych przez oficera Abwehry Langa. Całą drogę od Warszawy, przez Siedlce, Lublin, Łuck, Dubno, Sniaty aż do granicy rumuńskiej, złota kolumna była atakowana przez niemieckie samoloty. W Rumunii, której rząd premiera Calinescu nie uległ presji Hitlera i zezwolił na tranzyt polskich skarbów narodowych, cały czas trwał pojedynek oficerów wywiadów: polskiego – Bobruka i rumuńskiego – Montenau z diabolicznym Langiem z niemieckiej Abwehry, wspomaganym przez rumuńskich faszystów. Brawurowe akcje szpiegowskie, gry i pułapki mylące przeciwnika, a w tle zabiegi dyplomatyczne polskiego rządu internowanego w Rumunii. Ambasador Niemiec w Rumunii Fabrycjus? Twierdził, że polski skarb to zdobycz wojenna Rzeszy, a Polacy chcą za to złoto odbudować swoją armię. Groził Rumunom za pomoc, jakiej udzielają Polakom. Calinescu odpierał te ataki, powołując się na traktaty o traktowaniu jeńców wojennych, które Niemcy podpisały. Przypłacił za to życiem, zastrzelony przez rumuńskich faszystów. Cały film B. Poręby w konwencji wojennego kryminału ukazuje trudne losy II Rzeczpospolitej, opuszczonej przez sojuszników w chwili największego zagrożenia. Nie mogliśmy w 1939 roku liczyć nawet na przyjęcie naszego skarbu narodowego przez neutralną Szwecję. Jak byłoby dziś warto się zastanowić, obserwując poczynania polskiej dyplomacji.

Czytelników zapewne zainteresuje udział naszego rodaka Krystyna Ostrowskiego z Korczewa w epopei ratowaniu Polskiego Skarbu Narodowego. Pierwsza duża partia cennego ładunku - 80 ton złota ze skarbca Narodowego Banku Polskiego, wyruszyła w nocy z 4 na 5 września 1939 roku z Warszawy, przez Siedlce do Brześcia nad Bugiem. W Siedlcach pułkownik Matuszewski zboczył do Korczewa, by pozyskać do ekipy Krystyna Ostrowskiego z uwagi na jego znajomość języków obcych, kontakty dyplomatyczne z okresu pracy w agendach Ligi Narodów oraz znajomości w sferach arystokratycznych krajów leżących na trasie wędrówki polskiego złota. Do transportu dołączyła także jego żona Wanda, nieletnia wówczas córka Beata i matka Helena z Tyszkiewiczów Ostrowska. Musieli zapewnić sobie własny transport z zapasem benzyny. Beata Ostrowska-Harris, która jest obecnie jedynym żyjącym uczestnikiem tej niezwykłej eskapady wspominała, jakim zagrożeniem był ich samochód całkowicie wypełniony szklanymi pojemnikami z benzyną, podczas częstych ataków niemieckich samolotów, naprowadzanych na transport przez ukrytych w ekipie agentów. Pamięta też, że jej matka musiała w Bejrucie sprzedać cenną rodzinną pamiątkę, by pokryć koszty pobytu, czego odmówił im pułkownik Matuszewski, chroniący każdy gram cennego ładunku. O dalszych losach Polskiego Skarbu można znaleźć wiele interesujących artykułów w Internecie. Więcej informacji i co najważniejsze, bo od pani Beaty Harris- Ostrowskiej bezpośredniego świadka epopei Polskiego Skarbu Narodowego – będziemy mogli usłyszeć gdyby kierownicy naszych placówek kultury zaprosili panią Beatę Ostrowską- Harris na spotkanie z Sokołowianami. Nie udało się przekonać do tego byłą dyrektor biblioteki to może jej następczyni zrealizuje moją propozycję. Naprawdę warto. Zaś panu dyrektorowi Marcinowi Celinskiemu nieśmiało sugeruje upowszechnienie filmu o pani Beacie przy okazji różnych imprez o charakterze patriotycznym i poznawczym. Wszystkich rodaków zachęcam do zwiedzania muzeum w Korczewie i zapoznanie się z historią rodu Ostrowskich w którym „ Do pani na Korczewie” pisał C. Norwid a Cat Mackiewicz zabiegał o łaskawe spojrzenia „zielonych oczu „’kolejnej damy z Korczewa.



Złoty pociąg – film produkcji polsko-rumuńskiej, 1986 r.


czwartek, 23 kwietnia 2026

 

Od pani Urszuli Trochimiuk – uczącej historii mojego wnuczka Kacpra w 6 klasie szkoły podstawowej w „ruskich dołach” gdzie tuż po wojnie i ja się uczyłem, dostałem interesującą książkę powstałą z listów i dzienników kapitana Wilma Hosenfelda pt.”Staram się ratować każdego” Na blisko 1 000 stronach dzieła niemieckiego oficera jest prawdziwy opis koszmaru wojny i okupacji w naszych miastach i wsiach. Wszędzie tam gdzie kazano mu strzec wojennych zdobyczy najpierw triumfującej a z czasem upadającej III Rzeszy. W listach do żony i dzieci kapitan Hosenfeld opisuje codzienne życie w okupowanej Polsce nie skrywając zmian jakich doznaje analizując skutki niemieckich represji wobec Polaków i Żydów. Te osobiste doświadczenia wyniesione z Siedlec, Węgrowa, Sokołowa a także z Kałuszyna i Jadowa doprowadzą do wewnętrznej przemiany .We wrześniu 1939 roku jako członek NSDAP wierzył ,że wyrusza na sprawiedliwą wojnę i nie krył zadowolenia z sukcesów Wehrmachtu . Jednakże obserwując z bliska zbrodnicze poczynania okupantów stał się prawdziwym człowiekiem i wzorem chrześcijanina ratującego ukrywającego się w ruinach Warszawy polskiego Żyda – Władysława Szpilmana. Mamy to w oskarowym filmie Romana Polańskiego pod tytułem „Pianista” Dzięki temu filmowi polski Żyd Władysław Szpilman i ratujący go niemiecki oficer Wilm Hosenfeld stali się postaciami znanymi na całym świecie..Dla nas mieszkańców podlaskich i mazowieckich miast i wsi interesujące są zawarte w dziennikach i listach niemieckiego oficera opisy tradycyjnych świąt kościelnych , rodzinnych obyczajów i stosunków społecznych w latach 1939 – 1944 ,w tym godnej postawy Polaków wobec okupanta. Kapitan Wilm Hosenfeld- wzór prawdziwego chrześcijanina i antyfaszysty pisał niemal codziennie listy do żony i dzieci z miejsc swojego zakwaterowania i dzięki temu możemy jego oczami zobaczyć tragiczne losy przesiedlanych w grudniu 1939 roku roku polskich rodzin z poznańskiego m.inn. do Sokołowa.Oto fragment z listu do żony z 13 grudnia 1939 roku

Kochana Annemi !

.Byłem dzisiaj w Sokołowie .Przyjechał tam pociąg z uchodźcami. Zacząłem obserwować. Ze szczelnie wypełnionego pociągu wypadli biedni ludzie, wlokąc za sobą swój nędzny dobytek, chwiejący się na nogach starcy i staruszki ,mężczyźni ,kobiety i mnóstwo dzieci. W dziecięcym wózku siedziała mała dziewczynka zgnieciona prawie przez paczki i koce ale to było takie słodkie, rozkoszne dzieciątko o takich błyszczących, radosnych dziecięcych oczach, że wcale nie chciałem odchodzić. A czarnowłosa dziewczyna, która musiała pchać ciężki wózek przez śnieg i zimno, trzymając go kurczowo zaciśniętymi palcami wcale nie była smutna i zmartwiona Uśmiechała się do mnie i chciała coś powiedzieć ale ja nie rozumiałem. I nagle łzy napłynęły mi do oczu. Dziewczynka zauważyła to i powiedziała do swojej matki.”Panie puakai” -/Ten pan płacze/Kobieta nie mogła tego widzieć ,bo się od niej odwróciłem. ale wstała z paczki i spojrzała mi w oczy. Ach, to głupie współczucie. Odszedłem i kazałem ludziom zejść z ulicy ,bo nadjeżdżały nasze ciężarówki. Wyczułem w kieszeni rolkę cukierków na kaszel ,które Sebald przysłał mi kilka dni temu .W kotłującym się, krzyczącym, nawołującym tłumie odnalazłem obie moje dziewczynki i położyłem małej na kocu cukierki. Jak szybko to stworzątko wyjęło rączki z pod koca i sięgnęło po prezent. Z wielka zręcznością rozerwało zębami papierek i wyjęło cukierki. Starsza dziewczyna stała uśmiechając się obok i cieszyła ze swoją siostrzyczką, która teraz, wydając radosne okrzyki częstowała matkę i ojca. Powiedz „danke schen”, powiedz „danke schen”, ale dziecko miało już tyle cukierków w buzi, że nie mogła powiedzieć. Ciemność połknęła bezdomnych a ja poszedłem w stronę dworca gdzie czekali urlopowicze. I zapis z dziennika kapitana Hosenfelda z dnia 14 grudnia 1939 roku… W Sokołowie na dworcu. 10 rano, stoi pociąg, z przodu kilka wagonów osobowych, z tyłu dużo wagonów bydlęcych. We wszystkich ciasno upchani Polacy, wypędzeni z byłych polskich terenów, które teraz stały się częścią Niemiec. Jakaś kobieta pyta mnie, gdzie może dostać ciepłą wodę dla swojego dziecka Wartownicy nie wpuszczają jej na dworzec. Pokazuje jej wyjście. Ludzie siedzą już trzeci dzień stłoczeni w pociągu. Po południu, koło trzeciej wracam tam. Deportowani są właśnie wyładowywani. Stoją przed dworcem i nie wiedzą dokąd mają iść. Obraz nędzy i rozpaczy. Wśród wielu innych, moją szczególną uwagę zwrócił starszy mężczyzna. Zgaduję go. Mówi to samo, co wszyscy inni ;Co mamy robić ?Dokąd mamy iść? Ma miłą, starczą ,twarz ,jest 76 letnim chłopem. Wpędzono go z jego gospodarstwa razem ze wszystkimi innymi.-Mężczyzni i kobiety otaczają mnie, wszyscy pytają o to samo, jeden z mężczyzn pokazuje małe dzieciątko ,które leży przemarznięte w rozpadającym się wózku. Nie ma już siły żeby krzyczeć .Snieg wiruje i pokrywa ludzi białym puchem.Stoją bezbronni, opuszczeni. Jeden z mężczyzn podchodzi do policjanta, który konwojował pociąg „ Mój panie, co mamy robić ?” Ma na sobie stare futro, za nim stoi jego żona Mężczyzna płacze. „Wróciłem z lasu z moimi końmi i moim wozem, od razu powiedzieli mi wynoś się stąd natychmiast, wszyscy maja się wynosić, twoja żona i dzieci, za dziesięć minut ma cię tu nie być. Moi starzy rodzice mają już po 80 lat, mam 6 dzieci Od trzech dni nie dostaliśmy nic do jedzenia.. Moje dzieci umierają z głodu. Nie mogłem ze sobą nic zabrać ,nie mam pieniędzy. Wyciera sobie twarz spracowanym dłońmi. stoi przede mną bezradny. A ja nie mogę im pomóc. To nieszczęście chwyta mnie za serce. Tak wyglądają te przesiedlenia, o których mówi się tak podniosłym tonem. Jedną z takich rodzin deportowanych z Poznania zaopiekowali się mieszkańcy ulicy siedleckiej, wśród nich i moja mama. W oborze pana Bałkowca mieliśmy krowę-żywicielkę. Moja 7 letnia Siostra Janka po każdym udoju nosiła do domu gdzie zamieszkali państwo Kwiatowie ciepłe jeszcze mleko. Raz wróciła niezadowolona ze swojej misji, bo nie wiedziała skąd weźmie dla podopiecznych oczekiwane przez nich „pyry”. Kartofli mieliśmy całą piwnicę ale pyry ani jednej. Sprawa się wyjaśniła następnego dnia gdy zaniosła kosz ziemniaków. Po wojnie państwo Kwiatowie pisali do mojej mamy listy z Poznania zapraszając o odwiedzin. Mieszkali na ulicy Kwiatowej. Kiedy siostra odbywała praktykę dziennikarską w zakładach Cegielskiego w Poznaniu bodaj w 1957 roku odwiedziła naszych sokołowskich poznaniaków. Było o czym rozmawiać. Wielka szkoda że w Uniwersytecie Warszawskim nie zadano jej takiego tematu na zaliczenie dziennikarskich studiów. Pamiętająca tamte czasy pani Jadwiga Bałkowcowa też z ulicy siedleckiej mówiła mi ,że poznański naukowiec badający deportacje mieszkańców woj. poznańskiego po wcieleniu połowy ziem polskich do Wielkiej Rzeszy Niemieckiej na podstawie dekretu Hitlera z 8 pażdziernika 1939 roku przesłał domowi kultury obszerny pamiętnik jednej z rodzin która znalazła się w Sokołowie. Jak dotąd nie udało się go odnaleźć ale warto szukać..

środa, 22 kwietnia 2026

 

Wspomnienia z czasów

PRL - Europa! Europa?

Ostry dzwonek bezpośredniego telefonu od wojewody poderwał cały wydział. Telefon ten w najlepszym razie zwiastował pilną naradę dyrektorów wydziałów ówczesnego Urzędu Wojewódzkiego. Wojewoda siedlecki płk pilot Janusz Kowalski, nawykły do wojskowego trybu życia, organizował odprawy, kiedy tylko miał ku temu powody - a miał je nadal często. Po pewnym czasie nabrałem przekonania, że lubił się z nami spotykać, by poopowiadać o swoich lotach, skomentować wizyty u I sekretarza i ks. biskupa. Ten telefon dotyczył wizyty autentycznego księcia w Mauzoleum Treblince ... Na jutro, panie Wacławie, przygotuje pan były obóz zagłady w Treblince na wysoki połysk, bo około 1100 będzie go zwiedzał książę Bernard Holenderski, mąż Julianny - królowej Holandii.” Zrobi się - rzekłem - wiedząc, że Tadzio Kiryluk, nawykły do nagłych wizyt VIP-ów, jak zawsze zadba o wszystko, by potwierdzić swoją pozycje doskonałego opiekuna 16 hektarów, na których ustawiono 17 tys. granitowych pomników. Całe szczęście, że w ceremonii powitania księcia miał wziąć udział tylko wojewoda. Ominęło mnie pisanie scenariusza, oprawa artystyczna itp., w czym gustowali luminarze z wydziału propagandy. Wojewoda swoje obowiązki reprezentacyjne traktował z naturalną swobodą - ciepło i życzliwie, bez wszechogarniającej elity władzy - sztampy i napuszonej powagi.

W dniu wizyty, na godzinę przed zapowiedzianym przyjazdem dostojnego gościa, sprawdziliśmy stan przygotowań, przygotowaliśmy suweniry z wydawnictw i albumów o martyrologiiydów. Pan Kiryluk sprawdził megafony, nastawił taśmę Treblinki w jezyku niemieckim, który - jak się okazało - był językiem ojczystym dostojnego gościa. Bowiem, ks. Bernard był ksieciem niemieckim, zanim w 1937 r. zaślubił ówczesną następczynię tronu, późniejszą królowę Holandii - Juliannę I. Książę podróżował po Polsce w asyście wysokich oficerów każdego rodzaju wojsk. Naszego pułkownika, który wśród cywilów prezentował sie nadzwyczajnie, świta ta przyćmiła, ale nie stracił fasonu. Powitał gościa serdecznie, tym bardziej, że Książę Bernard w czasie II wojny światowej walczył po stronie aliantów.

Po części oficjalnej goście zaproponowali poczęstunek. W towarzyszącym orszakowi samochodzie-chłodni mieli wszystko: od serwetek i kieliszków po przekąski, napoje i trunki. Stewardzi w białych rękawiczkach roznosili wśród zebranych tace z rzadkimi, w tamtych czasach, przysmakami. Podczas tej już bardziej swobodnej części spotkania, dostojny gość zapragnął pójść tam, gdzie nawet król piechotą chodzi. I tu nastąpiła konsternacja. Toaleta przy wiacie została przez nadgorliwców z Sanepidu tak zachlorowana,że gdyby książę z niej skorzystał - mógłby przerwać podróż, jak wielu wcześniej przywożonych tu w transportach, m.in. z Holandii. Zrobiło się zamieszanie. Ktoś zaproponował pobliskie krzaki, ale spotkało się to z odmową mistrza ceremonii. W pobliskiej leśniczówce była, co prawda, łazienka, ale robiło się w niej wielkie pranie i dla mieszkańców wizyta ważnego gościa byłaby krępująca. Mistrz ceremonii był zrozpaczony, powtarzał cały czas: A nie mówiłem, żeby zabrać ze sobą toaletę na kółkach.” Nie było rady - pranie musi ustąpić przed potrzebami natury. W asyście swoich oficerów ks. Bernard Holenderski ruszył dziarskim krokiem do leśniczówki.

Przeżyliśmy ten incydent wszyscy, a mnie się tak utrwalił, że kiedy jestem w Treblince, zaglądam do jedynej tam toalety i muszę Państwu powiedzieć, że nic się nie zmieniło. A miało być lepiej w każdej dziedzinie.

Wacław Kruszewski



PRL – wdzięczność

Rok 1966. Do Sokołowa przyjeżdża towarzyszka Skoczylasowa z KC PZPR. Niecodzienną wizytę składa sekretarzowi Komitetu Powiatowego - Kazimierzowi Wittowi. Celem wizyty jest odnalezienie ludzi, którzy w czasach okupacji przeprawili ją przez Bug do ZSRR. W komitecie wiedzieli, że klub fotograficzny ośrodka kultury dokumentuje wszystko, co ciekawego zdarzyło się w powiecie: od budowy drogi, otwarcia remizy, po akademię, występy artystyczne i dewizowy odłów zajęcy. Zostałem poproszony o towarzyszenie pani Skoczylasowej i wykonanie serwisu fotograficznego z ewentualnych spotkań ze swoimi wybawcami, których nazwiska zachowała we wdzięcznej pamięci. Trzeba ich tylko odnaleźć, jeśli żyją.

Żyli. W Kosowie pan Wojdyga, a w Rytelach pan Żebrowski. Zajechaliśmy do nich, a z nimi do miejsc, gdzie w nocy dokonywano przepraw przez Bug. Przerzucano tych, którzy byli szczególnie zagrożeni - Żydów, uciekinierów z obozu jeńców wojennych w Suchożebrach, działaczy komunistycznych i tych wszystkich, dla których ZSRR był ocaleniem. Organizacją przerzutów zajmował się pan Wojdyga, do którego w 1940 roku dotarła z Warszawy i pani Skoczylasowa. Grupa wtajemniczonych rolników znających doskonale rzekę a nawet radzieckich pograniczników, wydobywałazatapiane za dnia łodzie i w każdą chmurną

noc przeprawiał dziesiąki uciekinierów. Ryzykowali życie,a często za swoje trudy i poświęcenia, zamiast zapłaty otrzymywali listy dziękczynne oraz zapewnienia gratyfikacji, gdy się wszystko powiedzie. Taki dokument, zapisany na kartce kratkowanego papieru kopiowym ołówkiem, wzięła pani Skoczylasowa do muzeum. Jego autorem był oficer - jeniec z obozu w Suchożebrach, zaś za przewóz, opiekę i żywność miał zapłacić towarzysz Stalin. Jak dziś wiadomo, Stalin wszystkich plennych” potraktował jak zdrajców i zesłał do łagrów.

Tak więc panowie Wojdyga i Żebrowski nie doczekali się podziękowania. Ale pani Skoczylasowa pamiętała, kto jej życie uratował, przyjechała do Kosowa, odnalazła swoich wybawców, by im po latach podziękować, a Wojdydze pomóc w odzyskaniu koncesji na rzeźnię i wyrób wędlin, z czego słynął nie tylko w Kosowie Lackim.

Wspomnienia te piszę z pamięci, a inspiracją do nich były odnalezione zdjęcia. Więcej tych zdjęć, między innymi na łódkach, którymi dokonywano przepraw, pozostało we wspomnianych negatywach w archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Co się z nimi stał

 



PRL – wdzięczność

Rok 1966. Do Sokołowa przyjeżdża towarzyszka Skoczylasowa z KC PZPR. Niecodzienną wizytę składa sekretarzowi Komitetu Powiatowego - Kazimierzowi Wittowi. Celem wizyty jest odnalezienie ludzi, którzy w czasach okupacji przeprawili ją przez Bug do ZSRR. W komitecie wiedzieli, że klub fotograficzny ośrodka kultury dokumentuje wszystko, co ciekawego zdarzyło się w powiecie: od budowy drogi, otwarcia remizy, po akademię, występy artystyczne i dewizowy odłów zajęcy. Zostałem poproszony o towarzyszenie pani Skoczylasowej i wykonanie serwisu fotograficznego z ewentualnych spotkań ze swoimi wybawcami, których nazwiska zachowała we wdzięcznej pamięci. Trzeba ich tylko odnaleźć, jeśli żyją.

Żyli. W Kosowie pan Wojdyga, a w Rytelach pan Żebrowski. Zajechaliśmy do nich, a z nimi do miejsc, gdzie w nocy dokonywano przepraw przez Bug. Przerzucano tych, którzy byli szczególnie zagrożeni - Żydów, uciekinierów z obozu jeńców wojennych w Suchożebrach, działaczy komunistycznych i tych wszystkich, dla których ZSRR był ocaleniem. Organizacją przerzutów zajmował się pan Wojdyga, do którego w 1940 roku dotarła z Warszawy i pani Skoczylasowa. Grupa wtajemniczonych rolników znających doskonale rzekę a nawet radzieckich pograniczników, wydobywałazatapiane za dnia łodzie i w każdą chmurną

noc przeprawiał dziesiąki uciekinierów. Ryzykowali życie,a często za swoje trudy i poświęcenia, zamiast zapłaty otrzymywali listy dziękczynne oraz zapewnienia gratyfikacji, gdy się wszystko powiedzie. Taki dokument, zapisany na kartce kratkowanego papieru kopiowym ołówkiem, wzięła pani Skoczylasowa do muzeum. Jego autorem był oficer - jeniec z obozu w Suchożebrach, zaś za przewóz, opiekę i żywność miał zapłacić towarzysz Stalin. Jak dziś wiadomo, Stalin wszystkich plennych” potraktował jak zdrajców i zesłał do łagrów.

Tak więc panowie Wojdyga i Żebrowski nie doczekali się podziękowania. Ale pani Skoczylasowa pamiętała, kto jej życie uratował, przyjechała do Kosowa, odnalazła swoich wybawców, by im po latach podziękować, a Wojdydze pomóc w odzyskaniu koncesji na rzeźnię i wyrób wędlin, z czego słynął nie tylko w Kosowie Lackim.

Wspomnienia te piszę z pamięci, a inspiracją do nich były odnalezione zdjęcia. Więcej tych zdjęć, między innymi na łódkach, którymi dokonywano przepraw, pozostało we wspomnianych negatywach w archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Co się z nimi stał

czwartek, 19 marca 2026


Oglądałem niedawno reportaż z otwarcia wystawy prac, dzieł? posła Marka Suskiego w Sejmie RP. Wiem, mamy wolność i swobodę wypowiedzi „Każdy śpiewać może …” Przez niemal pól wieku pracy w szeroko rozumianej kulturze miałem możliwości oglądania tysięcy wystaw artystów zawodowych, ludowych i amatorskich. Kontemplowałem ponadczasowe dzieła mistrzów udostępniane w Luwrze, grand Palais i Galerii Trietiakowskiej. Zawsze chciałem dociec i zrozumieć co autor dzieła chciał nam powiedzieć, co przekazać? Tak było i teraz po obejrzeniu w TV wystawy M. Suskiego. Chyba mam deficyt poznawczy, bo nie mogę pojąć metafory zawartej w obrazie jak rusałka - Krystyna Pawłowicz - rzuca perły wieprzom w postaciach morskich zwierzątek. Wystawie nadano odpowiednią rangę. Otwarcie zaszczycił wiadomy prezes i przyjaciele artysty. I do nich zwracam się publicznie. Co poseł artysta M. Suski chciał nam powiedzieć przez swoje dzieło? Nie od rzeczy będzie też pytanie do organizatorów - czym epatujecie parlamentarzystów. Mam tu na myśli wystawę malarską o katastrofie smoleńskiej w duchu komisji Macierewicza. Przyjrzyjcie się wystawie rysunków satyrycznych śp. Andrzeja Markusza - absolwenta ASP w Krakowie i mieszkańca Sokołowa Podlaskiego przygotowanej przez jego przyjaciół i Sokołowski Ośrodek Kultury. Wystawa był eksponowana w Siedlcach, Mińsku Mazowieckim, Węgrowie, Sterdyni i Sokołowie Podlaskim. Album zawierający 300 rysunków - felietonów satyrycznych autorstwa Piotra Jankowskiego możecie dostać w Sokołowskim Ośrodku Kultury. Warto podjąć działania. Wacław Kruszewski .

  

    W czasach ,jak jeszcze mówią, słusznie minionych spełniając prośbę  burmistrza Sokołowa  Podlaskiego -Waldemara Iwaniaka zleciłem wykonanie projektu pomnika K I Gałczyńskiego znanemu  Siedleckiemu artyście -rzeźbiarzowi Marianowi Gardzińskiemu. Twórcy pomnika Henryka Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej i licznych medali pamiątkowych najwybitniejszych ludzi kultury Podlasia i Mazowsza. Gipsowy projekt popiersia poety przekazałem Domowi Kultury w Sokołowie  by inspirował mieszkańców  i władze miasta do dalszej pracy w realizacji pomnika. Można było go podziwiać w holu wystaw podczas licznych imprez. Ale ,jak pisał poeta Kiedy wieje wiatr historii. Ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła A portki? Portki trzęsą się pętakom.  Nastały spory kompetencyjne pomiędzy dyrektorkami biblioteki i domu kultury Hanną Lecyk i Marią Koc. O to która instytucja kultury powinna  zająć się modelem pomnika czy nosząca jego  imię biblioteka miejska ,czy dom kultury w którego lokalach i strukturach biblioteka wówczas funkcjonowała .Pomnika genialnego polskiego poety Sokołow już nie będzie miał ale jego gipsowy model można tanim kosztem pokryć proszkiem metalu  i zabezpieczyć przed zniszczeniem dzieło śp. Mariana Gardzińskiego wspaniałego artysty i człowieka.   
 

  Wczoraj odnalazłem w swoim archiwum dwa listy kierowane do mnie gdy pełniłem funkcję kierownika Powiatowego Domu Kultury w Sokołowie gdz...