środa, 27 maja 2026



 Byłem wczoraj na jubileuszu 60 lecia  Towarzystwa

Społeczno-kulturalnego Ziemi sokołowskiej. Było uroczyście i na bogato
! Zasłużyli na to przede wszystkim wydawnictwami utrwalającymi po wsze
czasy historię naszej małej ojczyzny i  Sokołowian którzy w tej
historii pozostawili trwałe ślady. Zabrakło prawdy ,chociażby
wspomnienia ,o poprzednikach Wandy Wierzchowskiej, Krysi Matysiak czy
obecnej prezes pani Barbary Mosiej. Żyję już tak długo, że pamiętam
czasy słusznie minione a w nich działalność  w stowarzyszeniu Michała
Wozniaka, Eugeniusza Łukasiuka, Waldka Iwaniaka, Witka Brzozowskiego,
Mariana Stecia Henryka Rucińskiego, Henryka  Domańskiego ,Jadzi
Witkowskiej i wielu ,wielu innych społeczników. Zgoda nie było w
tamtych latach tak spektakularnych wydawnictw, bo papier na nie był
ściśle reglamentowany a cenzura paraliżowała każdą inicjatywę. Ale
ukazała się pierwsza monografia Sokołowa pod red. J Kazimierskiego ,a
prof. Doroszewski rozpoczął badania nad gwarą podlaską, której
kontynuację zapewniła jego ówczesna asystentka prof. Falińska. Na
sławne spotkania z ciekawymi ludźmi  w kawiarni Niespodzianka,
Eugeniusz Łukasiuk zaprosił Jana Marię Rokitę-lidera Ruchu Młodej
Polski  z odległego Krakowa. Frekwencja była mizerna, bo Ci co teraz
tak głośno krzyczą „Precz z komuną „ nie byli zainteresowani” co ma do
powiedzenia przeciwnik ówczesnej władzy. Piszę sobie i muzom bo mam
taką  potrzebę przywoływać prawdę o zdarzeniach w których brałem
udział. Oczywiście jest to moja prawda. Jaka jest Wasza ? Piszcie i
posyłajcie do Pracowni Dziejów Miasta naszej wspaniałej biblioteki.
Oby to nie była gówno prawda jak mawiał ks. Tischer.



Wacław Kruszewski
https://waclawkruszewski.blogspot.com/
mail: waclawkruszewski@gmail.com
tel: 516 134 365

  Z cyklu "Tak było"

Stare porzekadło, mówiące o tym, że podróże kształcą znalazło swoje potwierdzenie w niedawnej wycieczce jaką zorganizowali liderzy sokołowskiego oddziału Stowarzyszenia Diabetyków. Wygodnym autokarem po mistrzowsku prowadzonym przez eleganckiego kierowcę po krętych i wąskich drogach Warmii i Mazur 50 osobowa grupa członków stowarzyszenia o 7 rano z parkingu domu kultury ruszyła w Polskę. Dokładniej na północno-wschodnie rubieże. Po drodze mijaliśmy kolorowe,ukwiecone wsie i miasteczka. Podziwialiśmy stare zadbane domy i nowe pseudo- pałacowe budownictwo jak rozległy pałac ślubów przy rondzie w Czyżewie oferujący szeroki zakres usług dla młodych par .Było tam wszystko oprócz” nocy poślubnej”Ale kto wie czy przebojowi właściciele pałacu ślubów niebawem nie wzbogacą swojej oferty.W Zambrowie w dawnych carskich koszarach,kunsztownie zbudowanych z czerwonej cegły mieszkają teraz cywile. Wszędzie przy drogach natrętne reklamy a większości dróg roboty modernizacyjne. W Łomży podobało się nam rondo Hanki Bielickiej stylizowane na jeden ze sławnych kapeluszy aktorki urodzonej w tym mieście. Na pytanie pani Sylwii -uroczej przewodniczki wycieczki z czym kojarzy się panom Łomża odpowiedź była jednoznaczna Mnie ponieważ nie pijam piwa Łomża kojarzy się z nazwiskiem kolegi śp .inż.Franciszka Łomży – wielce zasłużonego dla sokołowskiego budownictwa,autora wielu projektów budowlanych, wieloletniego kierownika Wydziału Architektury i Budownictwa Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie. W odpowiedzi na pytanie przypomniałem znaną niektórym anegdotkę opartą o autentyczne fakty. Mieszkający w Sokołowie przy ulicy Wolności w jednorodzinnym domku p. Franciszek Łomża zlecił w przedsiębiorstwie robót komunalnych wywiezienie szamba. Dyspozytor natychmiast polecił kierowcy wozu asenizacyjnego Jedż szybko do Łomży na ulicę Wolności i załatw sprawę,bo z tym gościem nie możemy pogrywać .Po kilku godzinach dyspozytor dostaje telefon. Panie kierowniku w Łomży nie ma ulicy Wolności ,co mam robić? Wracaj baranie do Sokołowa niezbyt uprzejmie zakończył rozmowę kierownik. Za Łomżą wjechaliśmy na jeden z przydrożnych parkingów by dowiedzieć się,że gospodarze parkingu na widok podjeżdżającego autokaru w pośpiechu wywieszają na toaletach tabliczki „chwilowo nie czynne”Czynne będą jak odjedziemy. Większy postój połączony ze zwiedzaniem parku dzikich zwierząt zaliczyliśmy w Kadzidłowie. Kierowca częstował nas kawą, tojki dawały ulgę pęcherzom a miłośnicy fotografowali znudzone stada saren i jeleni. Jeszcze podziwiamy przepiękne mazurskie krajobrazy,jeszcze nabieramy w płuca nieskażone powietrze a już trzeba ruszać w dalszą drogę do św. Lipki gdzie czeka nas koncert organowy i zwiedzanie Sanktuarium Maryjnego .Podjeżdżamy pod barokowy klasztor z zieloną, wykutą w kształtach liści akantu- bramą nad którą mistrz kowalstwa Jan Schwarc z Reszla pracował 3 lata. Robi wrażenie i pobudza do refleksji nad talentem i pracowitością dawnych rzemieślników. Fachowa przewodniczka oprowadza nas po świątyni opisując barwnie jej historię oraz przykłady iluzjonistycznego malarstwa ściennego dającego złudzenie widoków okien ,krużganków i balkonów na płaskich ścianach .Nagle ze tysięcy piszczałek lipskich organów odzywa się muzyka Jana Sebastiana Bacha. Złote figurki aniołów i świętych umieszczone na unikatowym instrumencie poruszają się. Ze zdumieniem i ciarkami na plecach ,jak dzieci, zadzieramy głowy obserwując i słuchając niesamowitego spektaklu. Organy mają obecnie 40 głosów i 4000 piszczałek .Po Bachu i Schumanie ,przyszedł czas na utwór znany wszystkim Polakom „Polonez Pożegnanie Ojczyzny” Poloneza M.K. Ogińskiego słuchałem wiele razy i w różnych wykonaniach Ale na 40 głosowych organach wspomaganych 4 tysiącami piszczałek w barokowej świątyni o doskonałej akustyce jeszcze nigdy. Nie wytrzymałem i podszedłem do przeora podziękować za niesamowite organowe wykonanie utworu, złożyć ofiarę na konserwację organów ale też prosić by ksiądz opowiadając o kompozytorze- Michale Kleofasie Ogińskim nie zapominał dodawać,że był on właścicielem Sokołowa , którego strażnikiem pamięci jest dziś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Organizujący w książęcym parku ciekawe imprezy dla Sokołowian.

piątek, 22 maja 2026

 

Sześćdziesięciolecie domu kultury w Sokołowie przynosi wspomnienia. Dobre i mniej dobre. Warto je przywołać,chociażby dlatego by poznać naszą historię i ludzi,którzy w niej uczestniczyli a nawet mieli wpływ na jej tworzenie. Dziś pragnę opowiedzieć o p.por. Franciszku Ząbeckim – kolejarzu zakonspirowanym na posterunku kolejowym w Treblince. Jako żołnierz z 8 kompanii kolejowej AK obejmującej odcinek Siedlce – Małkinia posługiwał się pseudonimami „Dawny” i „Józuba” Poznałem jego okupacyjne dzieje dzięki św. Pamięci Marianowi Jakubikowi- twórcy i wieloletniemu kierownikowi Muzeum Zbrojowni w Liwie a w czasach wojny też żołnierzowi Armii Krajowej ośrodka „Łasica „obejmującego gminy–Kosów lacki.Chruszczewka, Olszew.  Marian Jakubik pseudonim „Jaśmin” prowadził działalność wywiadowczą doglądając koni na posterunku niemieckiej żandarmerii w Kosowie Lackim.Z jego inspiracji zaprosiłem Ząbeckiego do Sokołowa na bardzo cenione przez bywalców domu kultury „Wieczory przy świecach” w kawiarni Niespodzianka. Pan Franciszek przyjechał ze swoją, świeżo wydaną książką pt.” Wspomnienia Dawne i Nowe” oraz filmem dokumentalnym z procesu komendanta Treblinki Franca Stangla na którym skromny kolejarz z zagubionej wśród pól i lasów podlaskiej wsi raz jeszcze stanął oko w oko z jednym z największych zbrodniarzy hitlerowskich ,zwanych w Treblince „białą śmiercią’ Było to w Dissendorfie w 1970 roku .Na nic zdały się prawnicze sztuczki niemieckich adwokatów.Na nic obietnice dostatniego życia w Republice Federalnej Niemiec, zeznania Ząbeckiego i dowody w postaci listów przewozowych niemieckich kolei,które z zaminowanego posterunku kolejowego w Treblince Ząbecki wyniósł i przechował pogrążyły zbrodniarza. Dostał najwyższy wówczas wymiar kary -dożywotnie więzienie.. Niebawem,przy okazji otwarcia Szkolnej Izby Pamięci w Kosowie o takie spotkanie i projekcję filmu o niezwykłym kolejarzu upomniał się kierownik szkoły pan Zdzisław Nowak.I zaczęły się kłopoty. O częstych spotkaniach mieszkańców Kosowa z akowcami dowiedziano się w komitecie powiatowym. Nad kierownikiem szkoły,organizatorem tych spotkań poczęły gromadzić się czarne c hmury. Na szczęście w komitecie pracowali już ludzie z nowego naboru. Sekretarzem Propagandy był Eugeniusz Łukasiuk-nauczyciel pełniący wcześniej stanowisko kierownika wydziału Oświaty i Kultury w Powiatowej Radzie Narodowej. Sekretarz polecił mi zgłosić Szkolną Izbę Pamięci Narodowej w Kosowie do konkursu dla takich Izb organizowanego przez Kuratorium Oświaty w województwie warszawskim. Dom kultury miał udzielić wszelkiej pomocy w uporządkowaniu i wzbogaceniu zbiorów, opracować nowy wystrój plastyczny, zapewnić skuteczną i atrakcyjną informację dla turystów zwiedzających Treblinkę Zadanie wykonaliśmy i Kosowska Izba wygrała konkurs a kierownik szkoły dostał nagrodę Kuratora Oświaty. W tej sytuacji powiatowi stróże „jedynie słusznej linii "musieli uznać swoja porażkę.

Wacław Kruszewski

środa, 20 maja 2026


 




Jak ratowałem pałac w Patrykozach




W kwietniu 1960 roku, powróciłem do Sokołowa po odbyciu – jak się kiedyś mówiło – zaszczytnej służby wojskowej. Za sprawą artykułu zamieszczonego w tygodniku „Nowa Wieś”, w którym broniłem godności chłopaków krytykowanych publicznie za chuligaństwo, przez zawiedzione panienki, zyskałem uznanie partyjnych i administracyjnych władz miasta, wyczulonych na każde krytyczne opinie prasy. Zostałem zaproszony do I sekretarza KP PZPR. Zaproponowano mi pracę w sporcie lub kulturze. Wybrałem kulturę. Złożyłem papiery w kadrach kierowanych przez Henryka Grzymałę i za miesiąc p. Stanisław Zambroń – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, wręczył mi angaż na kierownika Wydziału Kultury i Sztuki. Tak zaczęła się moja przygoda z kulturą, znaczona pasmami klęsk i sukcesów. Jak pokazują ostanie lata tych sukcesów było jednak więcej. Coraz częściej bowiem, spotykam się ze słowami uznania, za pozostawienie po sobie trwałych śladów pamięci, w postaci uratowanych przed zniszczeniem zabytkowych pałaców i dworów ziemiańskich, zbudowanych i zorganizowanych domów kultury, bibliotek, muzeów, kin i szkól muzycznych. Pan Zbigniew Wielogórski – starosta siedlecki, dziękował mi publicznie za uratowanie dworku Aurelii Reymontowej w Chlewiskach i zorganizowanie tam Domu Pracy Twórczej. Ale największą radość, przyniosła mi możliwość zwiedzenia po zakończeniu remontu, zabytkowego pałacu gen. Teodora Szydłowskiego w Patrykozach. Kunszt mistrzów z Pracowni Konserwacji Zabytków, troska o każdy detal bogatego wystroju pałacu, a przede wszystkim stanowisko właściciela, nie szczędzącego pracy i pieniędzy, by przywrócić rezydencji Szydłowskiego dawny urok i piękno, nie mającą sobie równych wśród neogotyckich pałaców w Polsce. Pan Maurycy Zając żyje sprawami pałacu, gromadzi wiedzę i dokumenty dotyczące jego historii. Wiedząc, że i ja mam swój skromny udział w ratowaniu tego cennego zabytku, zaprosił mnie do odwiedzin. W zamian obiecałem, że prześlę zdjęcia z okresu odbudowy pałacu w latach 1979-1983 wykonane przez Michała Kurca – instruktora fotografii Centrum Kultury i Sztuki woj. siedleckiego oraz notatkę o pracach, jakie wykonaliśmy, by pałac nie podzielił losu klasy ziemiańskiej, skazanej na zniszczenie przez robotniczo-chłopskie władze. Dzielę się tą wiedzą z czytelnikami, by zachęcić ich do odwiedzin Patrykoz i podziwiania pięknej architektury i wnętrz rezydencji generała Szydłowskiego.

Ratowanie przed ostatecznym zniszczeniem pałacu w Patrykozach, rozpoczęliśmy organizując tzw. czyny społeczne, przy odgruzowaniu oranżerii. Ala Simanowicz, do dziś pamięta burchle na dłoniach od machania łopatą w jedynej dostępnej i bezpiecznej dla ludzi części ruiny pałacu, pozbawionego dachu i stropów. Dziełu dewastacji, opierały się jeszcze zewnętrzne mury okradane z okien i warstwy wykładziny korkowej, stosowanej teraz do palenia w kuchniach i ściółkowania w oborach. Ściany wewnętrzne były podziurawione jak w powojennym filmie pt. Skarb (1948). Tu też kuto wszędzie, gdzie odzywało się echo szukając skarbów generała, bądź broni z alianckiego zrzutu we Włodkach, przejętego przez oddział „Dzika” ppor. Mariana Solnickiego i złożonego gdzieś w piwnicach pałacu. W ścianach wewnętrznych rozprowadzono kanały ogrzewające pokoje, stąd intrygujące echo przy każdym uderzeniu młotkiem. Na parterze p. Więsak trzymał krowy i by ludzie nie przeszkadzali mu w „gospodarowaniu”, popodcinał pale mostku, likwidując przejście obok pałacu. Teraz, mógł swobodnie wycinać co większe modrzewia z zabytkowej alei, sypiąc sól w korzenie, by przyspieszyć ich uschnięcie. Piękny park w stylu angielskim przegrał z burakami.

W tamtym czasie nie było siły na rolnika. Buraki były ważniejsze. Po kilku dniach społecznej pracy animatorów kultury z Powiatowego Ośrodka Kultury w Sokołowie, zrobiliśmy sobie majówkę pod pałacem, na którą zaprosiliśmy wiceprzewodniczącego PPRN W Sokołowie p. Lucjana Maraska, licząc na jego pomoc i wsparcie. Dyrektorka GOK-u w Bielanach Alina Pietrzak upichciła słynną babkę ziemniaczaną, ktoś przywiózł ogórki, ktoś ruski szampan, a ja plany odbudowy pałacu i deklarację, że za dwa lata będzie tu Uniwersytet Ludowy, kształcący kadry dla wiejskich klubów kultury. Lucjan Marasek znający mizerię budżetową rady powiatowej, możliwości wykonawcze i materiałowe, a także opinie decydentów o ratowaniu zabytków, sprowadził mnie na ziemię słowami: cenię twój upór ale ostrzegam, jeśli ci się uda będzie medal ale jeśli nie, to cię wsadzą za wydawanie państwowych pieniędzy w błoto. I nie spodziewaj się, że dostaniesz jakikolwiek przydział na deficytowe materiały budowlane albo limity na zlecenie robót firmie prywatnej. Nikt się nie podpisze pod taką decyzją. Na zebraniu wiejskim padały już głosy, by pałac zrównać z ziemią, bo stanowi zagrożenie dla bawiących się tam dzieci, a cegłę wykorzystać na budowę remizy w Patrykozach. W 1976 roku wraz z reformą administracji, powołano mnie na stanowisko dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki nowego województwa siedleckiego. Po okresie „porywania się z motyką na słońce”, miałem wreszcie prawne i finansowe możliwości poważnego zajęcia się pałacem w Patrykozach. Najpierw były problemy własnościowe, gdyż naczelnik gminy Bielany uwłaszczyła na 1/3 pałacu, rolnika, który latami go dewastował. Z tym uporał się dopiero obecny właściciel. Następnie problem z wykonawstwem. Mieliśmy już kompletną dokumentację historyczną i techniczno-budowlaną, zapewnione finansowanie z Wojewódzkiego Funduszu Rozwoju Kultury, ale Pracownie Konserwacji Zabytków nie chciały przyjąć naszego zlecenia na remont tak małego obiektu, a do tego trudnego do realizacji, ze względu na stopień zniszczenia i bogaty wystrój architektoniczny w odległych od Warszawy i Lublina- Patrykozach. Nie pomogły ani szynki z Zakładów Mięsnych w Sokołowie, ani interwencje wojewodów i sekretarzy, PKZ-ety miały priorytetowe zadanie – odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. Ponadto obowiązywały przepisy, że remont zabytku, może prowadzić tylko firma mająca uprawnienia do robót na zabytkach. Jednak fachowcy z PKZ-etów doradzili, by konieczne dla zachowania pałacu prace zabezpieczające, wykonać rzemieślnikami. Rada dobra, ale żeby ją wykonać, trzeba uzyskać z Wydziału Finansowego limit na zlecenie robót zakładom gospodarki nieuspołecznionej. O takie limity bili się dyrektorzy Wydziału Zdrowia, Kuratorium i Rolnictwa. Oni mieli pierwszeństwo, gdyż Zdrowie, Oświata i Rolnictwo było przez władze, uznawane słusznie, za najważniejsze dla rozwoju społeczno-gospodarczego nowego województwa, mającego ambicję zlikwidowania wiekowych opóźnień w cywilizacyjnym rozwoju Podlasia i Wschodniego Mazowsza. Tak więc braliśmy, co zostawało dyrektorowi Zbigniewowi Wiedeńskiemu, a zostawało mu więcej, jak zatrudniłem jego żonę na księgową w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej, bardzo dobrego i fachowego pracownika. Dzięki tej decyzji, mogłem teraz podejmować i realizować różne pomysły, nie mieszczące się w biurokratycznych przepisach, a często będące z nimi w sprzeczności. Najważniejszą z nich, była decyzja o utworzeniu przy Wydziale Kultury i Sztuki, Zakładu Remontowo-Budowlanego Obiektów Kultury, co rozwiązało problemy wykonawcze. Na początku nikt nie chciał o tym słyszeć, by organ administracji państwowej prowadził firmę budowlaną. Ale był to czas reform zapoczątkowany przez premiera Mieczysława Rakowskiego ujęty w haśle „Co nie jest zabronione – jest dozwolone”. Dostałem mocny argument i natychmiastową pomoc ze strony wojewody siedleckiej pani Zofii Grzebisz-Nowickiej. Żeby nie podpaść rożnym komisjom i kontrolerom, przewodniczący komisji Kultury WRN w Siedlcach, docent Leopold Grzegorek przeforsował odpowiednią uchwałę, zobowiązującą mnie do zorganizowania w oparciu o przepisy, gospodarstw pomocniczych Zakładu Remontowo-Budowlanego Obiektów Kultury na działce przy ulicy Chejły, przekazanej przez Prezydenta Siedlec Pawła Turkowskiego. Okazało się, że w każdych warunkach można zrobić coś pożytecznego, gdy jest chęć do działań i trochę odwagi.

W 6 miesięcy, na nieuzbrojonej działce, zbudowaliśmy pawilon mieszczący garaże, magazyny i pomieszczenia socjalne dla pracowników. Ktoś doradził, żeby na tak solidnych murach i stropie zmontować trzy domki mieszkalne, reklamowane jako tanie domy dla nauczycieli, montowane z płyt trzcinowych produkowanych w Mikołajkach. Niebawem kultura mogła dać swoim pracownikom skromne mieszkania. Chociaż ich standard, odzwierciedlał umiejętności muratorów i jakość materiałów – radość była wielka. Pani Wojewoda postarała się o asygnaty na zakup maszyn i materiałów budowlanych, co było nie lada problemem w planowej gospodarce socjalistycznej. Ukoronowaniem jej starań był talon na zakup traktora URSUS C- 360 i dwóch przyczep wywrotnych. Tak zorganizowani i wyposażeni, przystąpiliśmy do remontu zabezpieczającego pałac w Patrykozach. Najpierw trzeba było wzmocnić fundamenty ściany nośnej od południa, następnie wykonać żelbetowe stropy, które powiążą i wzmocnią całą konstrukcję budynku, dalej konstrukcję dachu i jego przykrycie blachą miedzianą. Wcześniej zapewnić dojazd, doprowadzić energię elektryczną z własnym transformatorem, wywiercić studnię głębinową w miejscu wskazanym przez różdżkarza. Do tego całe segregatory różnych uzgodnień, zezwoleń, ekspertyz i badań po to, by nie doszło do wypadku, by nie podpaść inspekcji i nadzorowi. Na szczęście nic złego się nie stało, bo pilnowali mojej skóry i Zygfryd Czapski – Wojewódzki Konserwator Zabytków i Wojtek Kamiński – inspektor nadzoru i Grażyna Krawczun – inspektor nadzoru branży sanitarnej. Przede wszystkim miałem zrozumienie i pomoc u swojej szefowej pani Zofii Grzebisz-Nowickiej i parasol ochronny u kolegi z „białego domu” Henia Brzazińskiego. Mogłem realizować swoje, nie zawsze zgodne z przepisami pomysły, których efekty są dziś widoczne jak pałac w Patrykozach, Ratusz i Hala Targowa w Siedlcach, Kino, Szkoła Muzyczna i Pałac Dernałowiczów w Mińsku Mazowieckim, Muzeum Tadeusza Kościuszki w Maciejowicach, Dom Kultury i Biblioteka w Węgrowie, Muzeum Regionalne w Łukowie, Muzeum i pomnik Henryka Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej. W tamtych czasach, w których wszystkiego brakowało oprócz pieniędzy, bardzo łatwo można było „podpaść pod paragraf”, bo też paragrafów było co niemiara. Chroniły one szczególnie własność państwową. Bardzo chętnie korzystano z nich na styku gospodarki uspołecznionej i budżetu z prywaciarzami, jak pogardliwie wyrażano się o rzemieślnikach, pomimo, że co roku publicznie zapalano dla nich tzw. zielone światło. Największe problemy przysparzały braki materiałowe. Trudno było o legalny zakup desek, gwoździ, cementu, czerwonej cegły, stalowych belek, nie wspominając o tak potrzebnych do robót na zabytkach materiałów uznanych za luksusowe, jak blacha miedziana, dębowa klepka, marmurowe płyty, nietypowe okna i drzwi. Bez pomocy i kontaktów z prywatnymi przedsiębiorcami to niemożliwe. To zaś rodziło podejrzenia licznych i nie zawsze kompetentnych organów kontrolnych. Na pokrycie dachu pałacu w Patrykozach, potrzebna była blacha miedziana. Jej zakup przez państwową jednostkę graniczył z cudem. I o taki cud postarał się ksiądz proboszcz z Garwolina. Przyjechał do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków po pieczątkę potwierdzającą, że kościół w Garwolinie jest w rejestrze zabytków, co dawało szansę na zdobycie asygnaty umożliwiającej zakup blachy miedzianej. Po taką asygnatę właśnie wybiera się ksiądz proboszcz z dokumentami i parafialną kasą do Centrali materiałów nieżelaznych w Gliwicach. Zygfryd Czapski był lojalnym urzędnikiem i poinformował mnie o celu wizyty proboszcza. Razem uprosiliśmy księdza, by swój wniosek poprawił o 10 ton blachy potrzebnej nam na Patrykozy, Suchożebry i Chlewiska. Ksiądz proboszcz uznał, że ratowanie zabytków to zadanie, które jego szefowi się podoba i sprawę załatwił. Całe szczęście, że moi przełożeni ufali mi i doceniali efekty

 

Historia Kina w Sokołowie.

Byłem od zawsze kinomanem Dokładniej od lat dziecięcych przypadających u mnie na mroczne lata okupacji. Mieszkaliśmy wówczas w rozległym drewnianym domu na rogu ulic Repkowskiej i Siedleckiej. Naprzeciw był budynek Magistratu a w nim na pierwszym piętrze kino ”Ostland” nad garażami Ochotniczej Straży Pożarnej. Wejście i kasa do tego niemieckiego kina były od ulicy Długiej .Kasa nie interesowała nas,bo skąd biedne dzieciaki mieliśmy brać marki lub fenigi na zakup biletów ,wejście owszem, ale nie to oficjalne od ulicy Długiej tylko tajne ,odkryte przez Michała Langowskiego ,mojego kolegę i syna p. Wiktora kapelmistrza orkiestry strażackiej. Michał mieszkał z rodzicami w służbowym mieszkaniu na zapleczu sceny sali kinowo-teatralnej z wejściem od ulicy Repkowskiej. Korzystając z tego sekretnego przejścia oglądaliśmy wszystkie niemal filmy i ulubione kroniki wojenne za darmo. Nie popieraliśmy bojkotu kina wyrażanego napisami „Tylko świnie siedzą w kinie” Grano bowiem dla zachęty polskie komedie filmowe z Adolfem Dymszą Nie rozumieliśmy akcji polskich patriotów zakazujących oglądania filmów w niemieckim kinie .Ratując frekwencję, wprowadzaliśmy znanym przejściem coraz więcej kolegów z pobliskich ulic. Wprawdzie kilka seansów przez ten bojkot nas ominęło .Za to później byliśmy świadkami popisów „jasnowidza NEMO” ,W przerwie między kroniką propagującą niemieckie zwycięstwa w Rosji, kiedy już było wiadomo ,że dostają tam tęgie baty zapalono światła i na scenę wyszedł jasnowidz. Asystentka zasłoniła mu oczy czarną przepaską a on wskazując ręką wybranego wcześniej widza bezbłędnie odgadywał jego imię, zawód i ulicę przy której mieszkał. Widz wstawał i potwierdzał prawdziwość danych. Szmer uznania zastąpiła groza, kiedy powiedział ,ze widzi na sali młodego mężczyznę ,który ma w kieszeni nabity pistolet i może z niego kogoś zastrzelić. Powstało zamieszanie i ucieczka kilku młodych ludzi wprost w ręce gestapowców obstawiających wszystkie wyjścia oprócz naszego z którego jeden z konspiratorów skorzystał. Zapewne uratował sobie życie ale też ujawnił nasza drogę do edukacji filmowej .Tak ja zapamiętałem ten incydent, zapewne zaplanowany i zorganizowany przez gestapo w sokołowskim kinie ,bo w tę zasadzkę wpadli synowie naszych sąsiadów .Może starsi mieszkańcy miasta pamiętaj więcej i zechcą się swoją wiedzą podzielić z redakcją. Zaraz po tym wydarzeniu nasze tajne przejście zostało zamknięte. Mieszkanie Langowskim odebrane a my aż do sierpnia 1944 roku mogliśmy tylko oglądać maszerujące przez Sokołów węgierskie i niemieckie dywizje atakowane przez radzieckie samoloty .i już nie na filmach ale w realu przeżywać nocne bombardowanie miasta jak te z 24 lipca1944 roku na stacjonującą w mieście dywizję Viking. Zginęło i zostało rannych w ciągu jednej nocy ponad 1500 sokołowian Na cmentarzu przy ulicy Bartoszowej są rodzinne nagrobki z wyrytymi w kamieniu napisami „ zginęli tragicznie 24 lipca 1944 roku”

W miesiąc po tych wydarzeniach- w sierpniu 1944 roku -mogliśmy już oglądać radzieckie filmy wyświetlane w plenerze na gruzach domostwa państwa Radżków przy ulicy Długiej. Za ekran służyła biała szczytowa ściana domu p. Salachów. Później kino przeniosło się do dawnej żydowskiej bożnicy na małym rynku, zwolnionej przez wojskową drukarnię. Z pozostawionych tam czcionek z bukwami odlewaliśmy ołowianych żołnierzy i było to zajęcie całkowicie absorbujące chłopaków z Siedleckiej ,Repkowskiej Rogowskiej, i Długiej, oczywiście ,po za szukaniem i znoszeniem do domów i komórek niewypałów, gaz masek ,hełmów i broni. Do maleńkiej sali trudno się było dostać szczególnie gdy grano film pt „Świat się śmieje” Grano więc go wielokrotnie, po kilka seansów dziennie .Zabawna filmowa komedia,po koszmarze wojny i okupacji bardzo się mieszkańcom miasta podobała . Dziewczęta śpiewały finałową pieśń Luby Orłowej o miłości i sercu - najpiękniejszym słowie świata. Chłopaki tresowali kozy i świnie chcąc dorównać filmowym obrazom. Muszę przyznać , że radzieckim propagandzistom dobór repertuaru filmowego udał się znakomicie. Później było już tylko gorzej. Mam tu na myśli argumenty p. Edwarda Dyla – kierownika kina ruchomego tłumaczącego się z niewykonania planu widzów na filmach radzieckich w latach sześćdziesiątych, Ludzie nie chcą kołchozów i nie chcą oglądać kołchozowych filmów gdzie karzą matkę więzieniem za wzięcie ogórka dla swojej głodnej córeczki . Mimo premii za rozpowszechnienie filmów kinematografii obozu socjalistycznego trudno było przekonać widzów do oglądania tych propagandowych gniotów. Chociaż radzieckie filmy wojenne cieszyły się dużym powodzeniem . Stałym bywalcem na nich był np. p Józef Borecki- Wiceprzewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie i poseł na Sejm z ramienia Stronnictwa Demokratycznego. Było to już nowym kinie,” Sokól”.oddanym do użytku w lutym 1964 roku z uroczysta premierą filmu Ewy i Czesława Petelskich pt. „Naganiacz „ kręcony na polach i obiektach zabytkowego dworu w Kurowicach. Po kinie „Zdobycz” mieszczącym się w budynku OSP przy ulicy lip[owej sokołowianie otrzymali bajeczne, panoramiczne kino z wygodnymi fotelami, nowoczesną aparaturą i pierwszym w Sokołowie neonem na frontonie budynku Powiatowego Ośrodka Kultury. Kiedy na jednym z produkcyjnych zebrań gdzie omawiano wyniki ekonomiczne kina włączonego w struktury Powiatowego Ośrodka Kultury p. Janek Godlewski zaproponował by nie grać filmu jeśli nie przyjdzie na niego minimum 10% widzów z 420 miejsc na Sali. Koszt zużycia energii elektrycznej i praca 10 osobowej załogi nie pokrywa wpływów za bilety – argumentował główny kinooperator. Niewątpliwie miał rację, ale jak nie grać kiedy na film przyszedł poseł i nasz przełożony. Trudna sprawa i musiałem znaleźć rozwiązanie .by nie podpaść szefowi a zarazem zachować właściwą postawę wobec słusznych postulatów załogi mobilizowanej do ciągłej poprawy wyników ekonomicznych pracy kina. Podszedłem do pana Boreckiego i wyłożyłem nasze racje oferując zarazem ,ze jak będzie frekwencja na radziecki film wojenny poślę na ZOR –y kinowóz i Gienio Burchard przywiezie pana przewodniczącego do kina. Pan Józef odniósł się do mojej propozycji sceptycznie .Wiedziałem , że z mojej misji nic nie wyjdzie wiec poprosiłem tylko o powody tak wielkiego zainteresowania filmami radzieckimi ze strony przewodniczącego ,by przekazać te informacje załodze. To co usłyszałem pozostało w mojej pamięci na całe życie.”Jak panu zapewne wiadomo. panie Wacławie przychodzę do kina tylko na radzieckie filmy wojenne. Bo .w 1939 roku zdałem małą maturę i ojciec kupił mi w prezencie zegarek na rękę- m-ki Omega – przedmiot moich marzeń i powód zazdrości kolegów Niebawem do Buczacza wkroczyły wojska radzieckie i jeden z oficerów zabrał mi ten zegarek .Przychodzę na filmy z nadzieją że rozpoznam tego oficera a następnie odbiorę pamiątkę po ojcu. ”Zbaraniałem. To przecież niemożliwe by jeden z niewielu wówczas inteligentnych i wykształconych pracowników powiatowej rady w Sokołowie nie odróżniał filmów fabularnych od dokumentu. Nie wiem czemu zacząłem przekonywać, zapewne przekonanego, że ten film to fikcja . Grają w nim aktorzy a nie autentyczni żołnierze. Taaak? Z niedowierzaniem i kamienną twarzą odpowiedział pan Józef .To szkoda mojego czasu na te filmy . A przy okazji- czy dziś w kinie i telewizji musimy oglądać tyle „chłamu” produkcji USA Czy wnukowie i wnuczki nas nie zapytają dlaczego w amerykańskich filmach tylko się biją i mordują” A bohaterami są gangsterzy, szpiedzy i mafiozi. Swoją drogą



wyprawa teraz do kina to też duże wyzwanie finansowe .Liczy się przecież tylko kasa a nie filmowa edukacja czy rozrywka Dobrze ,że prawdziwych miłośników kina przygarnia Dyskusyjny Klub Filmowy „Zbyszek” od z górą 40 lat organizujących projekcje najwybitniejszych filmów z całego świata i łącząc te pokazy z e spotkaniami wybitnych polskich twórców oraz krytyków kina .Czego dowodem jest chociażby pobyt Krzysztofa Zanussiego w Powiatowym Ośrodku Kultury w 1967 roku. Kwiaty wybitnemu reżyserowi wręczyła opiekunka DKF Halinka Kedziora.

poniedziałek, 18 maja 2026

 

Schadzka u Wacka/  Bis "czyli pogwarki  Sokołowian o kulturze  dawniej i dziś.  Spotkanie nawiązuję do tradycji imprez towarzyskich w Powiatowym domu kultury w latach siedemdziesiątych .Oprawę muzyczną i adekwatne do tematu schadzki piosenki tworzyli Roman  Brochocki  i Piotr Jankowski instruktorzy muzyki w POK. Czasy beztroskich zabaw i normalnych stosunków między ludzkich minęły, to podejmijmy  próbę oceny co w sokołowskiej kulturze było dobre i warte zapamiętania a co wspólnie odrzuciliśmy jako szkodliwe społecznie. Niech okazją do nieskrepowanej wymiany poglądów będzie jubileusz Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Instytucji ,która od ponad półwiecza dba o kulturę mieszkańców miasta i powiatu. Wymianę poglądów ułatwią  pierwszy /Wacław Kruszewski /  i   aktualny /Jacek Drążkiewicz/ dyrektorzy tej instytucji . oraz pokaz zdjęć i nagrań z historii działalności kulturalnej Ochotniczej   Straży Pożarnej, Zespołu Pieśni i Tańca PZGS ,   spektakli teatralnych  Zakonu Salezjanów   aż po czasy współczesne. Warto o tym opowiedzieć by  uświadomić niedowiarkom że na sukcesy kultury sokołowskiej pracowali od pokoleń tacy ludzie jak  Leokadia Tyburowa -organizatorka teatru OSP, Aleksander i Wiktor Langowscy, pierwszy  organista a drugi kapelmistrz orkiestry  dętej,    Michał Wożniak-organizator Zespołu Pieśni Tańca PZGS i lider „czwórki rewelersów, „ksiądz Walaszek twórca teatru  zakonu Salezjanów, Janina Tenderenda-choreograf i kierownik Zespołu Pieśni i Tańca Ligi Przyjaciół Żołnierza. T o dzięki  nim  warszawscy decydenci doszli do słusznego wniosku .,że  Sokołów zasługuje na budowę domu kultury jednej z dwóch  w 1955 r, państwowych inwestycji kulturalnych, w Polsce .Drugi o podobnej architekturze i  rozmiarze W Mrągowie .Pokażemy też fragment Polskiej Kroniki Filmowej z 1973 roku o działalności klubów i zespołów domu kultury. Filmowa taśma tej kroniki zaginęła ale zachował się fragment zapisu w internecie. Zainteresowani historia kultury sokołowskiej zapewne poznają siebie tańczących i recytujących w teatrzyku dziecięcym  Halinki Kędziory,filmowców Kuby Pietrzykowskiego i Leszka Piećki przedstawionych w kronice jako konkurencja ich roboty, czy   chłopaków z radio - klubu Andrzeja Sosnowskiego prowadzących rozmowybez ingerencji cenzury z podobnymi do siebie z całego świata

.                                                              

sobota, 16 maja 2026

 

Szanowni Państwo,

serdecznie zapraszam na premierę 39. numeru magazynu „Kraina Bugu” oraz otwarcie 5. sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu, które odbędą się 24 maja 2026 roku o godz. 15.00 w Skrzeszewie (hala-Skrzeszew 151A).

Spotkanie będzie okazją do rozmów o nowej ,,Krainie Bugu” ale także o kulturze, reportażu, fotografii i pograniczu, a także do wspólnego świętowania kolejnego sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu.

W programie wydarzenia znajdą się m.in.:
– spotkania z autorami i współtwórcami „Krainy Bugu”
– wystawy fotografii i ikon
– projekcja filmu „Abakamania. Magdalena Abakanowicz – artystka osobna”
– oprowadzenia po wystawach przy lampce wina

Będzie nam niezwykle miło spotkać się z Państwem tego dnia w Skrzeszewie (prawie nad Bugiem). A jeśli macie Państwo ochotę to także można zabrać ze sobą znajomych lub poinformować o naszym wydarzeniu :)

Z serdecznymi pozdrowieniami

 Wybieram się bo interesują mnie tematy historyczne z Krainy Bugu Spodziewam się nowej aktywności  i nowych pomysłów ulubionego kwartalnika

  Byłem wczoraj na jubileuszu 60 lecia  Towarzystwa Społeczno-kulturalnego Ziemi sokołowskiej. Było uroczyście i na bogato ! Zasłużyli na to...