środa, 8 lipca 2026

 

Od Władywostoku do Wirowa n/Bugiem czyli „polskie drogi” płk Jerzego Maksajdowskiego.

Przed paru laty zdzwoniła do mnie pani Jadwiga Trzcińska autorka ciekawej książki o czasach okupacji w Jabłonnie Lackiej i zapytała czy chcę po rozmawiać ze swoim kolegą Jurkiem Maksajdowskim,którego gości u siebie .Oczywiście, że chcę. Po ustaleniu adresu natychmiast ruszyłem do Jabłonny na spotkanie z kolegą z którym nie miałem kontaktu od czasu wspólnych zabaw na koloniach w Domu Dziecka w Wirowie w końcówce lat czterdziestych. On był wychowankiem domu dziecka , ja uczestnikiem letnich kolonii tam organizowanych. Imponował mi zaradnością i sprytem w łowieniu rękami miętusów, barwnymi opowieściami z pobytu w Związku Radzieckim grą w „Zośkę”i szydełkowaniem barwnych siatek bardzo modnych w tamtych czasach chłopięcych nakryć na głowę. Mimo upływu dziesiątek lat poznałem Go po szczerym ,rozbrajającym uśmiechu. Myślę teraz,gdy poznałem jego losy,że ten uśmiech zapewne pomógł mu wyjść z wielu opresji i tragicznych zdarzeń które towarzyszyły mu od Kazachstanu przez Władywostok do Wirowa i dalej przez Legnicę, Oficerską Szkołę Samochodową w Pile, karierę wojskową zwieńczoną stopniem pułkownika.Opowieści Jurka,szczególnie te odnoszące się do pobytu w Związku Radzieckim ,to w moim przekonaniu doskonały scenariusz dla filmu ukazującego losy polskich dzieci w czasach wojny i po jej zakończeniu w wolnej Polsce. Postaram się z pamięci ,bo przecież nie nagrywa się rozmowy z przyjacielem,opisać niektóre fragmenty z naszych kilkugodzinnych spotkań.

Jurek urodził się na Kresach w 1937 roku w rodzinie oficera KOP-u i farmaceutki i te niezawinione przez niego ani jego rodziców radosne wydarzenie przesądziło o jego tragicznym dzieciństwie .Ojciec nie wrócił z wojny,matkę z dziećmi zesłano do łagrów w Kazachstanie . Przeżycie zawdzięcza kazachskim kobietom ,które dokarmiały” małego Polaczka”kosztem swoich, równie niedożywionych ,dzieci .Z Kazachstanu dostał się do domu dziecka we Władywostoku,W pamięci pozostał. mu strach przed głodem i zimnem jakich doznał w tym portowym mieście. Zimą owijał bose nogi gazetami i wychodził na miasto żebrać dla siebie i kolegów o żywność. Jak zdobył trochę kaszy lub fasoli przynosił do domu dziecka by podzielić się z pozostałymi ,mniej zaradnymi bądź słabszymi kolegami. Ale i tam były radosne chwile. Pewnego razu Jurek po polsku obsztorcował swojego kolegę któremu wypadła na chodnik pajda chleba .Przechodzący obok oficer zainteresował się małymi urwisami i zapytal co robią pod koszarami Dalnowostocznej Fłoty ZSSR. Jurek opowiedział ,że szukają pożywienia,bo w kołonii produktow niet .Polski akcent i widok małych obdartusów wzruszył oficera ,który zaproponował że dostaną od marynarzy prowiant jak zostaną barabańszczykami. Odtąd każdą defiladę we Władywostoku otwierała grupa werblistów z Jurkiem na czele. Tymi marszami i waleniem w bębny ,ubrani i obuci przez wojsko zarabiali na poprawę wyżywienia w całym domu dziecka. Aż któregoś dnia odwiedziny złożyli dzieciom Japończycy,przebywający we Władywostoku w celu wymiany jeńców. Jednym z członków komisji był przedwojenny ambasador Cesarstwa Japonii w Warszawie znający doskonale język polski. On też usłyszawszy rozmowę Jurka z kolegami przeplataną,polskimi niecenzuralnymi słówkami zapytał kim są te dzieciaki i jak się znaleźli tak daleko od Polski?Czy chcą wrócić do Warszawy. Chcieli wszyscy.Jurek szybko zrobił listę blisko szśdziesięciu kolegów i wręczył ją ambasadorowi. Ten po konsultacjach z kierownictwem domu dziecka i zapewne z władzami zaproponował zbilansowanie wymiany jeńców japońskich na radzieckich o tę liczbę dzieci wojny z listy Jurka..Niebawem ,mój kolega znalazł się w Świdrze pod Warszawą ale już w polskim domu dla sierot wojennych .Musiał być kłopotliwym wychowankiem ,bo po krótkim pobycie i kilku niedanych ucieczkach wysłano go do Państwowego Domu Dziecka w Wirowie ,mającego nie najlepszą sławę wśród takich jak on,z powodu panującej tam dyscypliny i twardych metod wychowawczych.

Kilka lat pobytu w Wirowie ,to najlepsze co go spotkało w dzieciństwie. Do dziś pamięta smak szynki ze sklepiku p Marii Kruszewskiej i ciepłe bułeczki z piekarni p. Wyganowskiego,podczas nielicznych wypadów do Sokołowa. Pamięta wszystkie pochwały i nagrody za dobre wyniki w nauce. Był prymusem w każdej klasie .Ale też pamięta jak po ukończeniu 7 klasy chciał dalej uczyć się w wymarzonym technikum samochodowym a wychowawca wybrał dla niego jako przedstawiciela „umarłej klasy” Zasadniczą Szkołę Górniczą. Był przecież synem przedwojennego oficera ,więc w/g ówczesnych kanonów wychowawczych mógł stanowić zagrożenie dla nowej chłopsko-robotniczej władzy .Spakował więc swoje manatki i czekał na okazję ucieczki. Okazja nadeszła z chwilą wizyty dziennikarza „Trybuny Ludu” w Wirowie. Poprawił redaktorowi coś w zdezelowanej” Warszawie” i poprosił o podwiezienie do Skrzeszewa gdzie z poczty mógłby zadzwonić do Technikum Samochodowego w Pile i dowiedzieć się czy przyjmą go do szkoły. Dziennikarz okazał się b. pomocny i nie tylko zawiózł Jurka na pocztę ale sam zadzwonił i opłacił telefon oraz zaprotegował go do szkoły jako dobrego ucznia o niebywałych zdolnościach technicznych. Pozostała teraz operacja zdobycia dokumentów uprawniających do przyjęcia w szkole. Z tym nie miał problemów po doświadczeniach w łagrach i kilku domach dziecka. Niebawem z dwoma kolegami,bez stosownego ubrania ,pieniędzy i pożywienia ruszyli w daleką drogę z Wirowa do Piły. Z byłego prawosławnego klasztoru nad Bugiem –siedziby Państwowego Domu Dziecka w Wirowie aż hen do Piły na Ziemiach Odzyskanych .Po drodze zarabiali na kromkę chleba rozładowując wagony z węglem . Kiedy za pierwsze zarobione pieniądze kupili kolejarzom wino by dali im jeszcze większy wagon do rozładowania zaskarbili sobie ich uznanie i pomoc przy jego rozładunku następnych oraz cenną podpowiedź jak bez biletów dojechać do Piły. Najpewniej zabrać się z transportem żołnierzy radzieckich jadących do garnizonu w tym mieście Uczynni kolejarze wskazali im taki transport a dalej już Jurek sobie poradził. Poprostu podszedł do konduktorki i w jej języku zapytał „ciocia waz-micie w Legnicu.’?Jurek wiedział ,że r adzieckie kobiety w czasach wojny były dla wszystkich dzieci ciociami i nigdy nie odmawiały pomocy. Napewno takiej prośbie nie mogła odmówić funkcjonariuszka radzieckich kolei mimo regulaminowego zakazu. Wprowadziła brudnych obdartusów do oficerskiego przedziału.i poczęstowała czajem. Chwilowy komfort podróżowania zakłócił syn radzieckiego oficera ,który zaczął szydzić z wyglądu polskich rówieśników. Dla Jurka była to zniewaga nie do zniesienia. Po wymianie kilku nieprzyzwoitych słów” dał w papę” Saszy co skutkowało wysadzeniem” polskich chuliganów”na najbliższym przystanku .Do szkoły jednak dotarli , zostali przyjęci a Jurek ukończył ją z najlepszymi wynikami. Służbę wojskową zakończył w stopniu pułkownika i żyje sobie spokojnie w Grudziądzu Od czasu do czasu,jak tylko zdrowie dopisze rusza swoim fantastycznie utrzymanym Wartburgiem,na Podlasie,które jest jego małą i najmilszą Ojczyzną. Czekają tu na niego koledzy spragnieni jego barwnych opowieści .

Wacław Kruszewski



 

  W czasie ciekawej imprezy zorganizowanej przez Sokołowski Ośrodek Kultury z cyklu „Tu pozostać muszę” zadano mi pytanie o finansowanie kultury w czasach mojej aktywności zawodowej. W pytaniu wyczuwało się tęsknotę za przywróceniem mecenatu Państwa nad twórczością i upowszechnianiem kultury. Chociaż jestem na zasłużonej emeryturze/42 lata pracy od kierownika Młodzieżowego Klubu „Amigo”,przez twórcę i dyrektora unikalnej w Polsce zintegrowanej instytucji kultury szczebla wojewódzkiego – Centrum Kultury i Sztuki woj. siedleckiego w Sokołowie,po dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego. Byłem więc nomenklaturowym dyrektorem,zdobywającym ,wiedzę i doświadczenie na kierunkowych uniwersyteckich studiach oraz w placówkach , instytucjach kultury i w administracji. O tak prowadzonych kadrach i ich awansach można teraz sobie pomarzyć.

PRL –owskie hasło „bierny, mierny ale wierny” nabrało teraz w polityce kadrowej nowego blasku.

Boleję,jak moi następcy,nad mizerią budżetową ośrodków kultury, współczuje artystom plastykom i twórcom ludowym,którym nie organizuje się wystaw,nie zleca projektów, nie kupuje ich dzieł .Do historii przeszły Ogólnopolski Festiwal Piosenki Harcerskiej ,którego finał odbywał się w siedleckim amfiteatrze i Sejmik Wiejskich Zespołów Teatralnych w Stoczku Łukowskim, Międzynarodowe warsztaty muzyczne „Jeunesse Miusicale” czy konkursy orkiestr dętych Ochotniczych Straży Pożarnych. Przestał działać Siedlecki Teatr Kameralnym, który potrafił zarabiać na swoje utrzymanie grając sztuki dla dzieci w szkołach i ośrodkach kultury rozległego woj. siedleckiego .Pozostała po nim praca magisterska Justyny Chełchowskiej napisana w Katedrze Historii Najnowszej po kierunkiem prof.dr hab. Piotra Matusaka. Warto wspomnieć ,że STK 20 lat wcześniej od spektaklu TVP wystawił za pozwoleniem cenzora sztukę „Rozmowy z Katem „ Kazimierza Moczarskiego – wysokiej rangi oficera BIP –u Komendy Głównej AK.

Panią Marię Koc- dyrektorkę Sokołowskiego Ośrodka Kultury interesowało skąd mieliśmy tak dużo pieniędzy , że starczało i na remonty zabytkowych dworów i pałaców,i na budowę gminnych ośrodków kultury ,kin ,szkól muzycznych ,oraz różne masowe imprezy,konkursy,wystawy i festiwale, Zasada była prosta. Finansowanie kultury Państwo powierzyło Narodowemu Funduszowi Rozwoju Kultury gromadzącemu pieniądze z 1,9%odpisu od funduszu płac gospodarki uspołecznionej. A ponieważ prawie wszystko było uspołecznione – pieniędzy na kulturę nie brakowało.

Co roku w październiku w Ministerstwie Kultury i Sztuki odbywały się konsultacje budżetowe na których 49 ówczesnych dyrektorów Wydziałów Kultury walczyło o jak największe dotacje dla swoich województw,Mnie udało się namówić na wyjazd do Warszawy Wojewodę Siedleckiego płk. dypl. pilota dr. Janusza Kowalskiego. Uprosiłem go nawet ,żeby na tę okoliczność założył mundur lotnika ze wszystkimi odznaczeniami, w którym wyglądał okazale. Jeśli w składzie naszej siedleckiej delegacji byli pani poseł Bożenna Kuc z sejmowej komisji kultury i Jurek Mandał przewodniczący komisji kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej to efekt mógł być tylko jeden. Wszystkie uzasadnione postulaty woj. siedleckiego zostały przyjęte. Podsumowując konsultacje Wiceminister Wacław Janas zorientował się,że dostaliśmy więcej jak bogate w zabytki i instytucje kultury woj. krakowskie. Skreślił kilka milionów,ale i tak byliśmy zadowoleni. Uzyskana dotacja zapewniała bowiem finansowanie wszystkich zadań uchwalonych w Wojewódzkim Programie Rozwoju Kultury na sesji WRN w Sokołowie Podlaskim. Teraz przyszło się zmierzyć z problemami natury wykonawczej i materiałowej,gdyż60 %budżetu przeznaczyliśmy na remonty i budowę bazy dla kultury a nie na modne kiedyś i zapewne teraz różne akademie i fajerwerki polityczne bardziej potrzebne władzom jak społeczeństwu. Kto pamięta te czasy ,wie ile problemów nastręczało zdobycie – tak właśnie – zdobycie a nie zwykły dziś zakup ,czerwonej cegły,miedzianej blachy czy dębowej tarcicy. Zdobywało się te materiały konieczne do remontów zabytkowych dworów i pałaców w ciągłej sprzeczności z obowiązującymi przepisami. Z wykonawstwem też były problemy. Firmy budowlane nie były zainteresowane drobnymi naprawami np. cieknącego dachu. Chętnie takie usługi wykonaliby rzemieślnicy. Tylko by je zlecić trzeba było uzyskać limit dla sektora prywatnego Bili się o takie limity w Wydziale Finansowym wszyscy dyrektorzy wydziałów UW,Uprzywilejowane było rolnictwo i oświata Jak coś zostawało dyr. Zbigniewowi Wiedęńskiemu dał kulturze byśmy mogli dokończyć remonty obiektów kultury..A do tego roboty na zabytkach, mogły wykonywać tylko specjalistyczne przedsiębiorstwa budowlane – Pracownie Konserwacji Zabytów, obciążone remontami Zamku Królewskiego w Warszawie, pałacu w Starej Wsi i innymi ważniejszymi obiektami dla kultury narodowej jak nasze ziemiańskie dworki w Chlewiskach czy Suchożebrach. hala targowa w Siedlcach i zajazd w Maciejowicach. Postanowiliśmy zorganizować własne wykonawstwo – Zespół Remontowo –budowlany Obiektów Kultury. Wykorzystaliśmy reformatorskie decyzje premiera Rakowskiego ujęte w haśle co nie jest zabronione –jest dozwolone .Prezydent Siedlec Paweł Turkowski przekazał nam działkę na ulicy Chejły gdzie pobudowaliśmy bazę magazynowo-warsztatową a na stropie trzy domki tzw. nauczycielskie z Mikołajek na mieszkania dla pracowników. Chociaż ich standard odpowiadał umiejętnościom muratorów byliśmy zadowoleni,bo mogliśmy dać mieszkania swoim pracownikom. Wojewoda p. ZofiaGrzebisz - Nowicka wystarała się o przydziały materiałów , środki transportu i maszyny budowlane. Zaczęliśmy od ratowania neogotyckiego pałacu w Patrykozach przeznaczonego w naszym programie na siedzibę Uniwersytetu Ludowego, kształcącego kadry dla Wiejskich Klubów Kultury Na pokrycie dachu pałacu potrzebna była blacha miedziana. Zakup jej przez Wydział Kultury graniczył z cudem. I o taki cud postarał się ks. Proboszcz z Garwolina. Przyjechał do konserwatora zabytków po pieczątkę potwierdzającą,,że kościół w Garwolinie jest zabytkiem i jego dach musi być pokryty blachą miedzianą. Tej blachy potrzeba jakieś 4 - 6 ton i właśnie po asygnatę umożliwiającą jej zakup z dokumentami i parafialną kasą ,ksiądz udaje się do Centrali Materiałów Nieżelaznych w Gliwicach Uprosiliśmy księdza żeby zwiększył swój wniosek o 10 ton potrzebnych nam na pokrycie zabytkowych dworów w Chlewiskach i Suchożebrach oraz pałacu w Patrykozach Ksiądz uznał ,że ratowanie zabytków to zbożny cel i sprawę załatwił Do naprawy okazałej klatki schodowej w pałacu Dernałowiczów w Mińsku z kolei potrzebna była sucha dębina. Tarcica dębowa uznana była za materiał luksusowy i możliwa do zakupu- jak i modny parkiet dębowy-tylko przez ludność bądź rzemieślników Ale żeby zakładowi prywatnemu zlecić pracę potrzebny był limit dla gospodarki nieuspołecznionej . a jeszcze należało odprowadzić haracz do Wydział Finansowego równowartości usługi czyli tzw. podatek od luksusu. Tu pomógł Wicewojewoda siedlecki dr Marek Zelent. Załatwił w Ministerstwie Rolnictwa i Leśnictwa ,gdzie pracował zanim przyszedł do Siedlec, dodatkowy przydział na pozyskanie tarcicy dębowej. Leśnicy wycieli kilka dębów a ja wymieniłem je z producentem trumien w Sokołowie na suche bale dębowe Wystarczyło na klatkę schodową pałacu i jeszcze na ławki w siedleckim amfiteatrze .Przykłady ,które tu przytaczam dowodzą,że w każdej sytuacji można sobie poradzić,kiedy jest wola,chęć działania i trochę odwagi. Nie bez znaczenia był klimat społeczny w nowym województwie,którego władze starały się wyjść jak najszybciej z wielowiekowego zapóźnienia ..Z remontem ratusza w Siedlcach wiąże się anegdotyczna historyjka, którą mam do dziś w pamięci. Na komisji budżetowej Wojewódzkiej Rady Narodowej, jej przewodniczący Jan Kopyrski zarzucił mi niegospodarność polegającą na ułożeniu posadzki z marmuru w holu i sali wystawowej postulował powołanie spec-komisji do zbadania sprawy i wyciągnięcia wniosków, Groziło to przerwaniem robót przez lubelskie PKZ –ty a dla mnie dymisją ze stanowiska. Broniąc się wyjaśniałem komisji że ratusz ma być siedzibą Muzeum,a posadzka trwała i estetyczna będzie służyła tej instytucji wiele lat i że na taki luksus nas stać bo finansujemy remont z Funduszu Rozwoju Kultury a nie z budżetu .Gorąco się robiło ,bo czułem że moje argumenty nie trafiają do przekonania członkom komisji.

Z opresji uratował mnie Przewodniczący WRN Stanisław Lewocik zadając pytanie: ile kosztuje m2 takiej posadzki. Odpowiedziałem,wyposażony w kosztorysy przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków- Zygfryda Czapskiego ,że 240 000zł łącznie materiał i wykonanie. „To nie ma sprawy .bo m3 obory dla krów kosztuje 400 000 zł”-poinformował zebranych przewodniczący Lewocik i komisja zajęła się szukaniem niegospodarności w innych resortach.

Takich historyjek było co niemiara. Wynikały one ze zderzenia ludzkich inicjatyw z trudną do pokonania barierą wszechogarniającej biurokracji , braków i ograniczeń jakiś limitów asygnat podatków od luksusu ,przydziałów itp. A do tego różne komisje powoływane przez komitety partyjne i administrację podejmowały ,by uzasadnić swoje istnienie ,różne działania kontrolne. Nikt nikomu nie ufał.. Ale mimo zalewu różnych uchwał,sprawozdań ,programów i harmonogramów znajdowaliśmy czas na normalną pracę,na profesjonalne opracowanie wniosków o dotację,o wykonawstwo ,o przydziały materiałów budowlanych i dewiz na zakup instrumentów muzycznych bądź maszyn poligraficznych ale także o jak najwięcej miejsc na bezpłatne studia zaoczne ,odznaczenia i nagrody dla najlepszych twórców i animatorów kultury.

Skromna ,powielaczowa broszura zawierająca rysunki i opisy zabytków woj.,siedleckiego przeznaczonych do społecznego zagospodarowania zrobiła na prof. Wiktorze Zinie – Generalnym Konserwatorze Zabytów duże wrażenie.

Okazało się,że nasze propozycje by przez remonty obiektów zabytkowych poprawić bazę lokalową placówek kultury było zgodne ze strategią ratowania kultury materialnej ziemiaństwa polskiego po latach jej niszczenia. Niebawem ukazały się przepisy dające możliwość instytucjom i osobom prywatnym na. przejecie zabytku ,jego remont i użytkowanie/Słynna uchwała nr 179 Rady Ministrów/Dziś wiele obiektów z tej broszury jest uratowanych i z powodzeniem pełnią funkcje do jakich je przystosowano. Okazały pałac Doria – Dernałowiczów przekazał mieszkańcom Mińska Mazowieckiego Minister Kultury i Sztuki prof. Aleksander Krawczuk, Klucze do Zajazdu w Maciejowicach i utworzonego tam Muzeum Tadeusza Kościuszki przekazał Bogdanowi Witczukowi prof. Bogdan Suchodolski –Przewodniczący Narodowej Rady Kultury, Bibliotekę w tzw. Domu Gdańskim w Węgrowie przekazała Izie Perczyńskiej pani poseł Maria Cichocka.


wtorek, 7 lipca 2026

 Kupalnocka w Gródku na zdjęciu Michała Kurca

 

 2025

Pod takim tytułem będę opisywał życie i kariery zawodowe naszych rodaków, tych powszechnie znanych, którzy zasłużenie patronują naszym ulicom, szkołom i instytucjom publicznym, jak i tych mniej znanych, żyjących tu i teraz, których dokonania w pracy zawodowej, sukcesy w polityce, w kulturze i sporcie warte są upowszechnienia, szczególnie wśród młodego pokolenia. Dla niego stanowić bowiem mogą wzorce i inspiracje do nauki i pracy niezbędnej dla osiągnięcia sukcesu.

Bohaterami moich artykułów będą Ci Sokołowianie, którzy pozostawili trwały ślad na sokołowskiej ziemi, w Polsce, a być może i w Europie. Takich postaci trzeba będzie szukać w odległej historii. To poszukajmy razem.

Moim kandydatem jest np. Ludwik Górski, właściciel Ceranowa i Sterdyni. Najlepszą rekomendację dla Niego dał Henryk Sienkiewicz, który z okazji jubileuszu 60-lecia pracy obywatelskiej Ludwika Górskiego zamieścił w swojej redakcji taki tekst:

„Na wszystkich polach społecznej roboty byłeś zawsze obecny. A także Życie Twoje było, jak łza czyste. Że świecisz przykładem żywej wiary, poczucia obowiązku, wytrwania woli, siły charakteru i cnoty, przeto wręczamy Ci ten wieniec obywatelski ze czci, miłości i wdzięczności narodu uwity. Dożyłeś sędziwych lat życia w nieprzerwanej i owocnej pracy dla Ojczyzny i społecznego dobra. Gdy zwątpienie wdzierało się w dusze ludzkie, nie przestawałeś nigdy głosić, że naród jest odrębną i nieśmiertelną myślą Bożą…

Wierzyłeś niezłomnie, że chyba taki naród zginąć może, który sam dobrowolnie uchyli się od włożonego nań posłannictwa. Umiłowałeś dzieje przeszłe nasze i wielkość ich przepełnia cię poczuciem dumy i narodowej godności, o której nie zapomniałeś nigdy. Umiłowałeś wreszcie młode pokolenia…

Albowiem wiara i miłość zrodziły w Tobie niemniej silną i niemniej niezłomną nadzieję, że komu nie zabraknie pod stopami ziemi, ten przy pracy i woli zdoła zawsze odbudować dom zrujnowany.”

Uroczysty jubileusz odbył się w 1902 roku w Katedrze św. Jana w Warszawie. Prorocze to słowa naszego Noblisty.

Więcej o życiu i działalności Ludwika Górskiego można dowiedzieć się z pracy magisterskiej pani Jadwigi Ostromeckiej, którą można wypożyczyć z Biblioteki Pedagogicznej w Sokołowie lub w siedzibie Towarzystwa Miłośników Ziemi Sterdyńskiej – organizatorze sesji popularno–naukowej w 2003 roku.

Do panteonu zasłużonych Sokołowian, obok Ludwika Górskiego, trzeba zaliczyć i właściciela Grochowa – Władysława Rawicza, z którym los zetknął go w jednej celi siedleckiego więzienia.

Stało się to po zamachu na carskiego generała policji barona Budberga. Konspiratorzy rzucili pod pojazd „oberpolicmajstra” bombę z okna pałacu Zamojskiego, w którym przebywał w tym czasie Ludwik Górski. Pod zarzutem udziału w spisku został wraz z innymi aresztowany i uwięziony w Siedlcach, gdzie czekał na egzekucję Władysław Rawicz – naczelnik cywilny województwa podlaskiego w powstaniu styczniowym 1863 roku.

Postać Władysława Rawicza jest powszechnie znana. Dodam więc tylko małą, ale pouczającą informację, że o Jego ratowanie przed stryczkiem słała listy do cara księżna Golicyna ze Starej Wsi k. Węgrowa. Car zamienił wcześniej wydany wyrok śmierci na katorgę, ale zanim carski ukaz dotarł do naczelnika siedleckiego więzienia, naszego rodaka 21 listopada 1863 roku publicznie powieszono. Zawiodła technika komunikacji pomiędzy Petersburgiem a Warszawą. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.

Z wdową po baronie Budbergu ożenił się w dalekiej Odessie nasz rodak, bodaj najbogatszy w historii Sokołowianin – Adolf Lorsch.

Barwne losy tego utracjusza, rządcy majątków w Grodzisku i Kupientynie, opisała Helena Mniszek w powieści „Panicz”. Pisaliśmy o Nim w numerze 22 Życia Siedleckiego z dnia 28 listopada 2014. Nasz artykuł zamieścił dla Polaków zamieszkałych na Ukrainie Kurier Galicyjski.

Wdowa po baronie wniosła w wianie miasto Groźny i pola naftowe w Czeczenii. Za dzierżawę Amerykanom tych pól naftowych, wynoszącą 110 000 dolarów rocznie, Lorsch jako prezes Towarzystwa Kaukaskiego zbudował kurort w Kisłowodzku oraz dla swojej siostry okazały hotel w Warszawie.

Aresztowany przez Gestapo pod zarzutem pracy dla angielskiego wywiadu, zginął w publicznej egzekucji polskich patriotów w Palmirach 21 czerwca 1940 roku wraz z Maciejem Ratajem – Marszałkiem Sejmu i olimpijczykiem Januszem Kusocińskim.

Czytelników zainteresowanych barwnymi losami „Panicza” odsyłamy do książki Heleny Mniszek – panienki z sabniowskiego dworu, której talent pisarski odkrył mistrz prozy i reportażu Bolesław Prus – absolwent siedleckiego gimnazjum, oraz do artykułu w Kurierze Galicyjskim, ukazującym się dla Polaków zamieszkałych na Ukrainie.

 

Michał Kurc

11:30 (1 godzinę temu)


do mnie

Drogi Wacławie,

Dziękuje za zdjęcia. Czy Twoja praca Wacławie nad opisami nie poszła na marne? Jeszcze za Celińskiego prosiłem go o umożliwienie mi przejrzenia zbiorów zdjęć ale nie wyraził zgody (?).  Udostępnienie ich - aż się prosi, społeczeństwu spowodowałoby duże zaciekawienie historią Sokołowa zapisaną na srebrze w tamtych latach przez Ciebie Szanowny Wacławie, ale Ty swoje zrobiłeś i zapewne jesteś z tego zadowolony i nie tylko Ty. Jeszcze raz GRATULUJĘ ożywienie historii Sokołowa Podlaskiego nieprzypomnienia nam jak to dawniej bywało. Pozwoliłem na mojej stronie w autorze - w autobiografii napisać kilka słów o Tobie a jak to spostrzega AI (sztuczna inteligencja). 

Pierwsze słowa: Relacja między Michałem Kurcem (wybitnym fotografikiem) a Wacławem Kruszewskim (działaczem kultury i regionalistą) to ważny wątek w dokumentowaniu historii Sokołowa Podlaskiego i okolic.

 

poniedziałek, 6 lipca 2026

 


Posługując się słowami Onufrego Zagłoby

nie chwaląc się ,jam to uczynił” że Chodowiacy otwarli drogę do Rzymu. Tak było i warto to przypomnieć na Jubileusz tego zespołu,który z Alicją Siwkiewicz i Zbyszkiem Myrchą współorganizowałem w pod siedleckim Chodowie

Pewnego dnia 1982 r. do Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach przyszła pani Alicja Siwkiewicz _ twórca i kierownik artystyczny Zespołu Pieśni i Tañca „Chodowiacy_.

Z dumą i nieukrywaną satysfakcją okazała zaproszenie dla zespołu do złożenia wizyty w ... Rzymie.

Kto pamięta czasy stanu wojennego wie, że nawet podróże z miasta do miasta i ze wsi do wsi odbywały się wówczas za specjalnymi i nie każdemu wydawanymi przepustkami. Wyjazd 45 osobowej grupy z Siedlec do Watykanu mógł w tym czasie przyprawić o bóle głowy każdego decydenta. Ale pani Alicja udając, że nie zna się na procedurach i nie wie nic o ograniczeniach, drążyła z przekonaniem sprawę wyjazdu.

„Przecież się to należy zespołowi, który jest na każde pana zawołanie. Czy powitać bułgarską pieśnią i kwiatami towarzysza Todora Żiwkowa, czy wypełnić program artystyczny wojewódzkich dożynek. Dla mojego zespołu to sprawa prestiżowa i mam nadzieję, że ją pan załatwi. Trzeba tylko rozwiązać kilka drobnych problemów takich jak paszporty, dewizy na opłaty tranzytowe, autokar dla ludzi i dostawczy samochód na stroje i instrumenty. Dobrze by było każdemu członkowi zespołu dać skromne „kieszonkowe"_. Pan to załatwi, a ja dopilnuję, żeby zespół jak najlepiej reprezentował Siedlce i podlaską kulturę na koncertach w Rzymie._

Podział zadań dokonany przez panią Alicję był logiczny i zgodny z naszymi kompetencjami. Rzecz w tym, że w Polsce obowiązywały przepisy stanu wojennego, a i stosunek władz do papieża nie był skrystalizowany. Z drugiej strony trudno było odmówić racji kierownikowi zespołu, z którego dumne były społeczeństwo i władze województwa siedleckiego.

Wziąłem się do pracy, chociaż przyznaję, że nie wierzyłem w powodzenie naszych wspólnych działań.

Konsultacje z panem Wacławem Janasem _ sekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki dawały nadzieję. Dyrektor „Pagartu" pan Włodzimierz Sandecki znalazł rozwiązanie: wyjazd jest możliwy na zbiorowy paszport, pod warunkiem uzyskania pozytywnej opinii o poziomie artystycznym zespołu, zgodności etnograficznej strojów, repertuaru itp. Wszystkie wymogi zostały spełnione, pozostał problem najważniejszy: Jak przekonać do wyjazdu do papieża _ decydujących o wszystkim komisarzy wojskowych i kierownictwo polityczne województwa?

Zanim wykonałem jakiś ruch w tym kierunku, już otrzymałem
polecenie:

„Stroje i instrumenty muzyczne są własnością państwa, proszę je zabezpieczyć i nie wydawać zespołowi, wtedy bez nich zespół nie wyjedzie._

Dla pani Alicji Siwkiewicz nie było to żadną przeszkodą. Oświadczyła, że

„Instrumenty i stroje otrzymamy w Rzymie z Domu Pielgrzyma Polskiego, zaś takie utrudnianie nam wyjazdu kompromituje władzę i doprowadzi do rozwiązania zespołu_.

Dziś, po lekturze wywiadu Moniki Olejnik z ministrem Kuberskim _ ówczesnym ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej wiem na jakie kłopoty mogła nas narazić, dziś oczywista propozycja pani Alicji Siwkiewicz. Szczęśliwie zwyciężył zdrowy rozsądek politycznych i wojskowych decydentów. Zespół pojechał do Rzymu, gdzie godnie reprezentował województwo siedleckie i bogactwo podlaskiego folkloru.

Papież wyraźnie wzruszony zaprosił „Chodowiaków_ do Castel Gandolfo", a tam razem z nimi śpiewał ... podlaskie piosenki.

Władze wojewódzkie otrzymały gratulacje od swoich zwierzchników a ja podziękowania od zespołu ze zdjęciem i dedykacją. Można dziś spekulować, czy pobyt i podlaskie pieśni i tańce nie przyczyniły się do obrania właściwego kursu, określającego stosunek władz polskich do papieża Polaka, nad czym tak usilnie i w końcu z sukcesem pracował m.in. ambasador Kuberski.

Wacław Kruszewski



  Od Władywostoku do Wirowa n/Bugiem czyli „polskie drogi” płk Jerzego Maksajdowskiego. Przed paru laty zdzwoniła do mnie pani Jadwiga...