Trwające do dziś, moje przyjazne związki z Kosowem i Kosowianami sięgają początków lat pięćdziesiątych, czasów szkolnej edukacji z Mietkiem Harasimem, Włodkiem Supłem ,Andrzejem Kowalczykiem. Oni mieszkali w internacie na ulicy Olszewskiego a ja w jego sąsiedztwie na ulicy Siedleckiej. Za wspólne odrabianie lekcji ,które w internacie były ściśle przestrzeganą zasadą zapewniałem moim kolegom bezpieczeństwo na spacerach z najładniejszymi sokołowiankami Wandą Lewandowską i Basią Tenderendą. Po maturach nasze kontakty zanikły. Każdy poszedł własną drogą. Ja starałem się dostać na studia do Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Siostra studiująca dziennikarstwo zapewniła mi fachową pomoc w interpretacji „Sonetów Krymskich „ ze strony koleżanek- przyszłych aktorek mieszkających razem w Nowej Dziekance na Krakowskim Przedmieściu. Była wśród nich Lidia Korsakówna pózniej znana aktorka filmowa i teatralna .Jeżdziłem do biednych studentek z wałówkami od mamy pełnymi kiełbas. kaszanek i baleronów a one częstowały mnie kubkiem malinowego kisielu i uzupełniały moją skromną wiedzę o genialnym reformatorze radzieckiego teatru Stanisławskim. Egzamin oblałem z pantomimy. Miałem zagrać sabotażystę podpalającego stogi zboża na kołchozowych polach. Wyszło blado. Nie dlatego -jak sobie tłumaczę- że nie byłem zaangażowany ale dla tego że prawą rękę miałem w gipsie. Kilka dni przed egzaminem graliśmy mecz piłki nożnej na piaszczystym boisku przy szkole w Kosowie gdzie doznałem kontuzji w zderzeniu z rosłym obrońcą ”Kosowianki”. Pózniej moje kontakty z Kosowem nasiliły się dzięki szeroko rozumianej kulturze. Prowadzona przez panią Wandę Lenczewską świetlica Gminnej Spółdzielni w Kosowie promieniowała na cały powiat sokołowski. Na wieczorki taneczne do Kosowa jeździli koleją chłopcy z Sokołowa gdzie pani Wanda i choreograf pan Lach uczyli ich nie tylko modnych tańców ale też dobrych manier i kulturalnego zachowania .Przy świetlicy zorganizowano Zespól Pieśni i Tańca dający występy na wszystkich ważnych uroczystościach w całym powiecie sokołowskim. Była też orkiestra dęta prowadzona przez proboszcza ks. Władysława Stępnia. Kiedy w 1964 roku ks. Władysław zaprosił mnie jako urzędnika powiatowej kultury na rozmowę w sprawie dachu kościoła, którego konstrukcja groziła zawaleniem pod ciężarem cementowej dachówki po drodze wstąpiłem do sklepu pana Janusza Dmowskiego. Chciałem się poradzić jak mam zachować się na plebanii, co też ksiądz proboszcz chce od władz powiatu oprócz asygnaty na 4 tony blachy umożliwiającej zakup nowego pokrycia dachu kościoła. Pan Janusz poradził mi ,żebym wszystkie postulaty księdza przedstawił władzom powiatu do zrealizowania co złagodzi gniew Kosowian spowodowany rozwiązaniem orkiestry dętej za granie na mszy rezurekcyjnej. Jak uzasadniał pan Janusz orkiestra grała też na pochodach pierwszomajowych i różnych akademiach i ksiądz nie ukarał swoich orkiestrantów. Ani nie zabrał im nut Międzynarodówki a powiat zabrał instrumenty. Przy herbatce z konfiturami ks. Władysław do asygnaty na zakup 4 ton blachy dorzucił zagospodarowanie granitowych odpadów z ociosywanych pomników w byłym obozie zagłady Żydów w Treblince. Rozmawiał już z kierownikiem budowy ale ten uzależnił swoją decyzję od zgody powiatu i wskazał na mnie jako urzędnika ,który taką zgodę może załatwić. Sterty granitowego gruzu zalegały cały teren budowanego upamiętnienia Treblinki. Pozbycie się tych odpadów ułatwi kierownikowi przygotowanie do uroczystości otwarcia Mauzoleum Walki i Męczeństwa w Treblince zaplanowane na 10 maja 1964 roku, zaś księdzu pozwoli dokończyć budowę trwałego ogrodzenia powiększanego Kosowskiego cmentarza. Pełen pozytywnych wrażeń i ważności swojego urzędu skoro znany i ceniony ksiądz proboszcz z 23 letnim młokosem chce rozwiązywać ważne problemy społeczne i gospodarcze mieszkańców Kosowa ,następnego dnia wysłałem do pana Wacława Kochanowskiego- Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Warszawie pismo o wiszącym na plebanii starym obrazie, który możemy dostać dla planowanego muzeum w domu kultury w Sokołowie jeśli załatwimy asygnatę na zakup 4 ton blachy, koniecznej na zmianę pokrycia zabytkowego kościoła. Niebawem do Kosowa przyjechały panie Izabela Galicka i Hanna Sygietyńska. Obejrzały obraz poczerniały od dymu świec i zrobiły raport dla Konserwatora. Dalsze losy obrazu El Greco z Kosowa są znane z publikacji Artura Ziontka.Aktywność Kosowian w tworzeniu i upowszechnianiu kultury była doceniana przez ówczesne władze powiatu. Jednym z dowodów takiej oceny był fakt powołania pani Wandy Lenczewskiej na kierownika Referatu Kultury w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie. oraz decyzja o budowie i organizacji Gminnego Ośrodka Kultury. Pierwszej w powiecie sokołowskim inwestycji w dziale Kultura i Sztuka realizowanej wg nowoczesnych ,na tamte czasy, typowych projektów budowlanych. Projet zawierał amfiteatralna salę kinową na 150 miejsc z kabiną projekcyjną, hol wystawowy, kawiarnie ,pomieszczenia dla biblioteki i pokój kierownika. Skromnie jak na potrzeby ówczesnej gminy a już zupełnie za skromnie jak na potrzeby dzisiejszego miasta. Dużym i wydawałoby się nierozwiązywalnym problemem było ogrzewanie. Wiele narad poświęcono tej sprawie aż wreszcie prezes GS –u pan Stanisław Leoniak przekonał swoją Radę by zgodziła się na podłączenie GOK-u do sąsiedniego pawilonu handlowego. Zabiegali o to i Józef Maliszewski organizator jednej z pierwszych w powiecie bogatej w zbiory Izby Pamięci Narodowej w Kosowie i Zdzisław Nowak kierownik Szkoły który póżniej tę Izbę wzbogacił i tchnął w nią życie. W szkolnej teraz Izbie Pamięci Narodowej w Kosowie z inicjatywy Mariana Jakubika pseudonim „Jaśmin „i Franciszka Ząbeckiego pseudonim „Dawny” Kierownik Szkoły organizował często spotkania z byłymi żołnierzami Armii Krajowej obwodu Łasica obejmującego gminy Kosów Lacki, Chruszczewka i Olszew.Kiedy wiedza o tych spotkaniach dotarła do władz powiatowych nad kierownikiem szkoły poczęły gromadzić się czarne chmury. Ale to już były czasy kiedy w partyjnym kierownictwie powiatu byli tacy działacze jak sekretarz propagandy Eugeniusz Łukasiuk ,będący wcześniej kierownikiem Wydziału Oświaty i Kultury Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie. Towarzysz sekretarz nie mógł pozwolić by jego koledze – nauczycielowi stała się krzywda. Wezwał nas Witka Grądzkiego i mnie i polecił. Witkowi zgłosić Kosowską Izbę Pamięci do konkursu ogłoszonego przez Kuratorium Oświaty w Warszawie a mnie zadbać o odpowiedni wystrój plastyczny wystawy. Zrobiliśmy swoje i Izba Pamięci Narodowej w Kosowie wygrała konkurs wojewódzki. a kierownik szkoły został nagrodzony. W tej sytuacji stróże” jedynie słusznej linii „musieli uznać swoją porażkę. Podobnie jak w przypadku p. Wojdygi, który kpił sobie z reform min. Hilarego Minca likwidującego w Polsce prywatny handel w latach pięćdziesiątych. Znany nie tylko w Kosowie producent wędlin Wojdyga miał ,o czym w powiecie nie wiedziano, mocne poparcie w KC PZPR. Zawdzięczał je Tow. Skoczylasowej, której uratował życie przeprawiając ją w czasie okupacji przez Bug do Związku Radzieckiego. Skoczylasowa odnalazła swoich wybawców Żebrowskiego z Rytel i Wojdygę z Kosowa zapewniając ,że nie pozwoli ich skrzywdzić. Potwierdzeniem tych deklaracji niech będą zdjęcia jakie wykonałem podczas jej wizyty w Kosowie i nad Bugiem.zaś przede wszystkim koncesja na wrób i sprzedaż wędlin dla prywatnego producenta w czasach prawdziwej bitwy o handel w Polsce.
Wacław Kruszewski
środa, 9 września 2026
wtorek, 8 września 2026
sobota, 5 września 2026
W październiku br. W Sokołowie Podlaskim znanym wśród tysięcy podobnych miast w Polsce z działalności kulturalnej i.. parówek .odbędzie się jubileusz 60lecia Domu Kultury. Zasługi w szeroko rozumianej kulturze mieszkańcy miasta zawdzięczają Sokołowskiemu Ośrodkowi Kultury,, który od ponad pól wieku dba o kulturę i kondycję społeczną Sokołowian, zaś o dobą żywność / słynne sokołowskie parówki/ Zakłady Mięsne zbudowane za Gierka przez firmę EPSTAIN z Chicago w 1974 roku.mu Po wymianie poglądów pomiędzy pierwszym i aktualnym dyrektorem tej zasłużonej instytucji kultury w Sokołowie przyjęto koncepcję, że 60lecie Domu Kultury w Sokołowie ze względów oszczędnościowych przebiegać będzie pod hasłem “OD WACKA DO JACKA” Pierwszym zwiastunem tych obchodów będzie okolicznościowy plakat ukazujący w czarno -białej tonacji działalność domu kultury w czasach PRL-u i w drugiej połówce czasy dokonań kolejnych dyrektorów. Szanując wspomnienia i sokołowskie tradycje kulturalne dyrektor p. Jacek Drążkiewicz zaproponował we wrze sympatyczną kameralną imprezę przypominającą słynną Schadzkę u Wacka/ "czyli pogwarki Sokołowian o kulturze dawniej i dziś. Spotkanie nawiązuję do tradycji imprez towarzyskich w Powiatowym domu kultury w latach siedemdziesiątych .Oprawę muzyczną i adekwatne do tematu schadzki piosenki tworzyli Roman Brochocki i Piotr Jankowski instruktorzy muzyki w POK. Czasy beztroskich zabaw i normalnych stosunków między ludzkich minęły, to podejmijmy próbę oceny co w sokołowskiej kulturze było dobre i warte zapamiętania a co wspólnie odrzuciliśmy jako szkodliwe społecznie. Niech okazją do nieskrepowanej wymiany poglądów będzie jubileusz Sokołowskiego Ośrodka Kultury. Instytucji ,która od ponad półwiecza dba o kulturę mieszkańców miasta i powiatu. Wymianę poglądów ułatwią pierwszy /Wacław Kruszewski / i aktualny /Jacek Drążkiewicz/ dyrektorzy tej instytucji . oraz pokaz zdjęć i nagrań z historii działalności kulturalnej Ochotniczej Straży Pożarnej, Zespołu Pieśni i Tańca PZGS , spektakli teatralnych Zakonu Salezjanów aż po czasy współczesne. Warto o tym opowiedzieć by uświadomić niedowiarkom że mądra kontynuacja prowadzi do sukcesu a na sukcesy kultury sokołowskiej pracowali od pokoleń tacy ludzie jak Leokadia Tyburowa -organizatorka teatru OSP, Aleksander i Wiktor Langowscy, pierwszy organista a drugi kapelmistrz orkiestry dętej, Michał Wożniak-organizator Zespołu Pieśni Tańca PZGS i lider „czwórki rewelersów, „ksiądz Walaszek twórca teatru zakonu Salezjanów, Janina Tenderenda-choreograf i kierownik Zespołu Pieśni i Tańca Ligi Przyjaciół Żołnierza. T o dzięki nim warszawscy decydenci doszli do słusznego wniosku .,że Sokołów zasługuje na budowę domu kultury jednej z dwóch w 1955 r, państwowych inwestycji kulturalnych, w Polsce .Drugi o podobnej architekturze i rozmiarze W Mrągowie .Pokażemy na spotkaniu fragment Polskiej Kroniki Filmowej z 1973 roku o działalności klubów i zespołów domu kultury. Filmowa taśma tej kroniki zaginęła ale zachował się fragment zapisu w Internecie. Zainteresowani historią kultury sokołowskiej zapewne poznają siebie tańczących i recytujących w teatrzyku dziecięcym Halinki Kędziory,filmowców Kuby Pietrzykowskiego i Leszka Piećki przedstawionych w kronice jako konkurencja ich roboty, czy chłopaków z radioklubu Andrzeja Sosnowskiego prowadzących rozmowy z podobnymi do nich z całego świata. Zainteresowanych kulturą Sokołowian zapraszamy do śledzenia i komentowania informacji o tych wydarzeniach na stronach Sokołowskiego Ośrodka Kultury i “ Łączy nas kultura i Sokołów “ Wacława Kruszewskiego.
czwartek, 3 września 2026
niedziela, 30 sierpnia 2026
Ulica Mikołaja Reja
Od ulicy Węgrowskiej, tuż za Urzędem Skarbowym wytyczono małą uliczkę do stadionu
Robotniczego Klubu Sportowego „Cukrownia”. Uliczce tej nadano imię twórcy polskiej
literatury Mikołaja Reja z Nagłowic; tego który pierwszy z naszych literatów napisał prorocze
słowa „Niechaj to narodowie świata wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi iż swój język
mają”. Na tym stadionie przy Reja, graliśmy niejednokrotnie z różnym szczęściem z drużyną
braci Tadeusza i Witolda Dominiuków, Ryśka Sumińskiego, Zygmunta Metra, Wieśka
Protaziuka, Jasia Pełczyńskiego, Janka Raźniaka. Świetlica obok stadionu, służąca za szatnię
w czasie meczów, pod kierownictwem pana Zbigniewa Trąmpczyńskiego promieniowała
kulturą na cały powiat. Wśród podobnych placówek kultury w branży cukrowników nie miała
sobie równych w Polsce. Chodziło się tu na zabawy, występy artystyczne, zajęcia sportowe i
filmy. Na zabawach, śpiewał pięknym, aksamitnym basem Bogdan Żurowicz, akompaniując
sobie na akordeonie. Tu rozgrywaliśmy turnieje o mistrzostwo powiatu w tenisie stołowym z
Jurkiem Podgórzakiem, Czesiem Macugą reprezentującymi drużynę „melaśników”, jak
złośliwie mówiono o niej po każdym przegranym meczu. W latach nie tak odległych, okazji
do rywalizacji między miastem a Przeździatką było co nie miara. Rywalizowano w sporcie, w
kulturze, w czynach społecznych i produkcyjnych a nawet w polityce kadrowej.
Rywalizowały ze sobą orkiestry strażackie, drużyny piłkarskie, teatry amatorskie. Jako
aktorzy teatru OSP pani Leokadii Tyburowej zazdrościliśmy Zespołowi Teatralnemu
Cukrowni wystawienia w bogatej i pomysłowej scenografii „Masława”; spektaklu w reżyserii
pana H. Iwańskiego opartego na historycznej powieści J. I. Kraszewskiego. Jako uczniowie
Liceum podziwialiśmy swoich kolegów, których do szkoły przy ulicy Kupientyńskiej
przywoził konny tramwaj zwany „Bonanzą”; efekt pomysłowości i troski o dzieci
pracowników cukrowni. Sokołowska Cukrownia – symbol industrializacji kraju, po
zniszczeniach wojennych była oczkiem w głowie ówczesnych władz miasta i powiatu.
Wszyscy jej dyrektorzy mieli zapewniony udział we władzach partyjnych i samorządowych,
miejsca za stołem prezydialnym licznych akademii i trybunach honorowych. Miasto i całe
powiatowe rolnictwo żyło z cukrowni i hołubiło starą fabrykę. Pisano o niej książki, kręcono
kroniki filmowe. Rozpoczęcie kampanii cukrowniczej, jesienią każdego roku stawiały cały
powiat w stan pełnej mobilizacji. Nawet Dom Kultury miał swoją rolę do odegrania. Do
dyspozycji kadrowca cukrowni oddawaliśmy kino ruchome wyposażone w aparaturę
nagłaśniającą z pomocą której pan Czesław Małkus zachęcał rolników z nadbużańskich wsi
do podejmowania pracy w fabryce na czas kampanii cukrowniczej. Do Sokołowa przyjeżdżali
fachowcy-cukrownicy z całej Polski by modernizować fabrykę cukru powstałą jeszcze w
czasach Królestwa Polskiego. To były zalążki elity intelektualnej miasta. Z dziećmi
inżynierów i techników, operatorów różnych maszyn i urządzeń chodziliśmy do szkoły,
graliśmy w piłkę nożną i siatkową, bawiliśmy się na zabawach – słynnych „Sobotynkach” i
występach artystycznych. Mieć za kolegę Podgórzaka, Buchalskiego, Pochylczuka czy
Montkiewicza to był powód do dumy dla chłopaków z „targowicy”, „getta” , czy „balbadery”.
Bywało, że chłopaki z miasta upodobali sobie ładne panienki z cukrowni, ale tylko nieliczni
mieli odwagę odprowadzić swoją partnerkę pod jej dom. Ryzyko utraty zębów było
skutecznym środkiem zakończenia spaceru tuż za torami. Dalej był teren pod kontrolą
„melaśników” o twardych pięściach i nieskorych do ugody. Ale nawiązane kiedyś przyjaźnie
trwają do dziś, chociaż coraz nas mniej w drużynie. Pamiętam jak Janusz Buchalski, kolega z
Przeździatki uratował mi skórę, gdy w lutym 1978 roku dał zgodę jako urzędujący w
Warszawie szef cenzury na wystawienie sztuki „Rozmowy z katem” Kazimierza
Moczarskiego przez Siedlecki Teatr Kameralny. Kim był autor sztuki, starszym czytelnikom
nie muszę tłumaczyć. Młodszym powiem, że Kazimierz Moczarski, oficer Biura Informacji i
Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej został po wojnie skazany na dożywocie za…
zdradę narodu. Z jedenastu lat więzienia, dziewięć miesięcy spędził w jednej celi z katem
warszawskiego getta generałem SS Jurgenem Stroppem. Sztuka Moczarskiego ciesząca się
wielkim zainteresowaniem widowni została zdjęta ze sceny na polecenie sekretarza PZPR w
Siedlcach, którego nazwisko po chrześcijańsku zapomniałem. Ale w Warszawie w samej
jaskini głównego cenzora przy ulicy Mysiej 3, udało się uzyskać pozwolenie na wystawienie
sztuki i druk folderu. Uczeń sokołowskiego liceum magister Janusz Buchalski okazał się
dojrzalszym politykiem niż funkcjonariusz propagandy z Siedlec. Niewątpliwie był to akt
wielkiej odwagi z jego strony. Podobnie jak aktem wielkiej odwagi był krytyczny opis
stosunków panujących na polskiej wsi w XVI wieku przez Mikołaja Reja. Piętnował on
chciwość i nadużycia, których ofiarą padał biedny chłop. Poruszał najbardziej aktualne
problemy polityczne, obyczajowe i religijne takie jak ubieganie się za wszelkimi urzędami,
przekupne sadownictwo, nadużycia ze strony duchownych, brak dobrego systemu obronnego
państwa polskiego, zbyt wysokie czynsze i dziesięciny nałożone na chłopstwo, czy wreszcie
złe zachowanie szlachty, pijaństwo, zbyt wyszukany ubiór i hazard. „Wierę snadź z sejmu
naszego Nie słuchamy nic dobrego Już to kilka Niedziel bają A ni w czym się zgadzają
Podobno jako i łoni Każdy na swe skrzydło goni; Pewnie pospolitej rzeczy Żadny tam nie ma
na pieczy” Tak pisał Mikołaj Rej, zwolennik reformacji i patron małej uliczki na sokołowskiej
Przeździatce, w wydanej w 1543 roku, „Krótkiej rozprawie między panem wójtem a
plebanem”. Minęły wieki a przesłanie ojca literatury polskiej, pana z Nagłowic nie straciło
swej aktualności i chyba jeszcze długo nie straci. Kiedy po latach odwiedziłem stadion przy
ulicy Reja, spotkałem koleżankę ze szkolnej ławy Krysię Protaziuk z bratem Marianem
Podgórzakiem i panią Sulej, z której ojcem grałem w piłkę. Nasłuchałem się wieści o
wzlotach i upadku cukrowni i o bieżących problemach mieszkańców tej ulicy. Najważniejszy
z nich to bezpieczna droga do szkoły dla dzieci i parking dla samochodów petentów Urzędu
Skarbowego. Sprawa ciągnie się od 2009 roku i poza wymianą pism burmistrza z Izbą
Skarbową nic się nie dzieje, aż nie daj Boże stanie się nieszczęście, bo jak wiadomo „Polak
mądry po szkodzie” i to przysłowie towarzyszy nam od czasów patrona tej ulicy.
Pani Magda Stasiuk dopatrzyła się ,że w naszej książce " Patroni naszych ulic " brakuje kilku a mianowicie - Reja , Baczyńskiego,Skłodowskiej ,Mniszkówny. Ponieważ szykuję się do druku kolejnego wydania obiecuję czytelnikom i ewentualnym nabywcom książki jej wzbogacenie o te ulice Pierwsza z nich już jest.
poniedziałek, 24 sierpnia 2026
Czytam wszystko co wpadnie mi w ręce. Żeby wyrobić sobie zdanie czytam lewicową i prawicową prasę. W tej drugiej interesuje mnie nowa polityka historyczna pisana przez naukowców z IPN-u, tak obecnie twórczo rozwijana przez polityków. Ponieważ należę do tego pokolenia, które uczestniczyło w wielu zdarzeniach z naszej najnowszej historii na jej najmniejszym, lokalnym podwórku mam nieodpartą chęć polemizować z tymi jedynie słusznymi tezami. Monopol na taką słuszność miała kiedyś PRL-owska propaganda, a dziś w jej ślady weszli gładko nowi aktywiści. Obawiam się, że przy bierności ludzi, którzy sami pamiętają tamte czasy i potrafią obiektywnie ocenić to, co się z nimi lub obok nich wydarzyło w ostatnich latach niebawem mojego wnuczka Kacperka będą uczyć w szkole, że moje miasto Sokołów Podlaski nie wyzwoliła Armia Czerwona 8 sierpnia 1944 roku, tylko „żołnierze wyklęci” dowodzeni przez Młota, Sokolika, Huzara i Marynarzą. Dlatego więc, spełniając mój obowiązek wobec wnuka piszę ten artykuł w rocznicę wyzwolenia Sokołowa spod hitlerowskiej okupacji mając w pamięci słowa wielkiego Polaka o prawdzie, która nas wyzwoli. Przywołuję w nim fakty z książki Jana Gozdawy-Gołębiewskiego „Obszar warszawski Armii Krajowej” oraz moje wspomnienia: to, co sam zapamiętałem z dzieciństwa. Na początek więc kilka faktów:
W nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku żołnierz AK Stefan Kazik z Frankopola przeprawił przez Bug dwóch delegatów majora J. Sasina; dowódcy obwodu Armii Krajowej „Proso” Sokołów Podlaski. Delegatów podporucznika Piotra Wodzińskiego ps. Wicher i docenta Kazimierza Roszkowskiego ps. Judym przyjął w Tonkielach radziecki generał Władymirow. Generał odrzucił postulat dalszej walki batalionu AK o wyzwolenie Sokołowa Podlaskiego u boku Armii Czerwonej. Zażądał, aby wszystkie polskie oddziały zebrały się w Bażanciarni w Repkach, osobno oficerowie i osobno szeregowcy i tam czekały na przyjście jego żołnierzy.
Druga grupa z sędzią Krysiakiem dotarła do Grochowa, gdzie nawiązała kontakt z oddziałem podporucznika Mariana Solnickiego ps. Dzik. Pluton ppor. Solnickiego, idąc przez Patrykozy oraz wsie Czajki i Ginia natknął się na wojska węgierskie, które bez przeszkód przepuściły Polaków przez linię frontu. Tu spotkali się z oficerami radzieckimi. Podczas żołnierskiego przyjęcia radzieccy oficerowie radzili, żeby żołnierze AK nie przyłączali się do Armii Czerwonej, bo zostaną rozbrojeni i wywiezieni w głąb Rosji. Podporucznik Dzik natychmiast przekazał te informacje sędziemu Franciszkowi Krysiakowi, który był Delegatem Rządu na powiat sokołowski. Pod koniec lipca 1944 roku w Sokołowie powstały konspiracyjne władze polskie z komendantem miasta profesorem Nikodemem Księżopolskim ps. Kiejstut, podporucznikiem rezerwy Henrykiem Giergielewiczem ps. Łącki, Edwardem Kupskim ps. Andrzej, Janiną Księżpolską ps. Nina oraz dr Antonim Perłowskim ps. Korybut. Komendant miasta miał do dyspozycji radiostację ulokowaną w domu przy ulicy Kościuszki 12, za pomocą której otrzymywał dyspozycje z komendy podokręgu wschodniego i informacje z Londynu. Rozbudowana i dyspozycyjna sieć łączniczek zapewniała sprawne przekazywanie rozkazów i informacji do miejsca postoju majora J. Sasina. Na naradzie oficerskiej 6 sierpnia 1944 roku w majątku Grodzisk major Sasin z uwagi na jednoznaczne stanowisko władz radzieckich zmierzające do rozbrojenia i internowania żołnierzy AK, wg wzorów zastosowanych już wcześniej w Wilnie, rozkazał rozwiązać wszystkie oddziały w obwodzie, broń ukryć, a łączność utrzymać na istniejącej sieci. Z chwilą wkroczenia do Sokołowa Armii Czerwonej major Sasin ze swoim sztabem ujawnił się przed władzami radzieckim i ślad po nich zaginął.
Tyle faktów, a teraz pora na wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w domach i na podwórkach przy ulicach Siedleckiej, Repkowskiej i Długiej. Od dzieciństwa w naszym domu obok oleodruku Kossaka przedstawiającego „Cud nad Wisłą” z ks. Skorupką wśród szarżujących na bagnety polskich legionistów wisiało zdjęcie naszego dziadka ze strony matki Pawła Jakubiaka. Reprodukcja popularnego obrazu uznanego batalisty była z nami, aż do czasu wejścia do Sokołowa wyzwolicieli, czyli do 8 sierpnia 1944 roku. A co z obrazem? Nie wypadało wojennemu komendantowi miasta, który tymczasowo zajął największy pokój po zlikwidowanym sklepie z wygodnym wejściem na ulicę Siedlecką i Repkowską przypominać nim, jakie baty dostali pod Warszawa w 1920 roku w niespełnionym marszu ku Europie. Za to portret dziadka Pawła na tle gwiaździstej flagi potężnego alianta miał teraz honorowe miejsce obok portretu Stalina. Mnie jednak bardziej interesował obraz przedstawiający Bitwę Warszawską niż zdjęcie dziadka i jego kolegów, którzy za chlebem wyjechali do Ameryki w latach dwudziestych. Przez kalkę odrysowałem fragment tego obrazu by pochwalić się przed kolegami rysunkami żołnierzy i ich broni. Jako dziecko, nie rozumiałem powodów, dla których obraz wiszący przez całą okupację na ścianie, teraz musiał być schowany. Szukałem go wszędzie, a znałem niemal wszystkie przemyślne skrytki w naszym starym domu. W końcu obraz odnalazłem na strychu, leżał w wielkim wiklinowym koszu pod stertą pierzyn i paczek papierosów przechowywanych tu po likwidacji sklepu kolonialno-spożywczego moich rodziców. W tym koszu kiedyś niespodziewanie zobaczyłem śpiącą pod pierzyną Żydówkę, prawdopodobnie córkę dr Lewina, który mnie leczył z częstych przeziębień. Powiadomiłem o tym odkryciu moją matkę. Nie uwierzyła. Po kilku chwilach, kiedy z pomocą babci i siostry schowano w innym miejscu ukrywającą się sąsiadkę, matka zaprowadziła mnie na strych, by przekonać mnie, że nikogo tam nie ma i że musiało mi się coś przewidzieć. Kosz stał na swoim miejscu załadowany po brzegi poduszkami i pierzynami. Byłem małym, sześcioletnim chłopcem o bujnej wyobraźni i jak na dziecko czasów okupacyjnych miałem swoje własne doświadczenia z ciągłych rewizji i publicznej egzekucji, pod tzw. wzgórkiem przy ul. Repkowskiej, obserwowanej z okienka szczytowej ściany naszego strychu. Pamiętałem likwidację getta, którego ogrodzenie od ulicy Olszewskiego znajdowało się 50 m od sieni domu od strony ulicy Siedleckiej. Dlatego mimo zakazu Niemców sień i wejście na strych było w nocy otwarte. Podobne praktyki stosowali i inni mieszkańcy domów, komórek i stodół zlokalizowanych przy ulicach sąsiadujących z ogrodzoną dzielnicą żydowską. Czym to groziło zapewne wie prof. Gross, ale o tym nie pisze, bo Żydzi nie kupią takiej książki. Geszeft można zrobić za to na „Złotych Żniwach”. Naprzeciw rozległego drewnianego domu usytuowanego na rogu ulicy Siedleckiej i Repkowskiej był budynek sokołowskiego magistratu. Na parterze mieściły się garaże straży pożarnej a na piętrze kino. Wejście do kina było od ulicy Długiej. Niemcy uciekający pod naporem Armii Czerwonej wysadzili budynek magistratu, ale parter budynku ocalał. I tam, w dawnej poczekalni i kasie kina „Ostland” gdzie jeszcze niedawno oglądaliśmy niemieckie kroniki wojenne teraz pokotem spali radzieccy żołnierze. W dzień i w nocy regulowali ruchem transportów wojskowych ciągnących na Warszawę, a w chwilach wolnych od służby palili ogniska, grali na harmoszce i śpiewali „Katiuszę”. Częstowali nas konserwami, a my zajadając się „swinnoju tuszonku” z czarnym, żołnierskim chlebem nosiliśmy im z pobliskiej studni wodę. Czasami żołnierze dali do obejrzenia pepeszkę lub bagnet a nawet pozwolili pograć na harmonii. Ulubieńcem wyzwolicieli stałem się, kiedy przyniosłem do ich kwatery kilka paczek Popularnych i Junaków; papierosów z odkrytej skrytki na strychu. Popularne były paczkowane w dużych pudełkach po 100 sztuk. i można nimi było obdzielić cały odział reguliowszczyków. Duże paczki były jednak trudniejsze do wyniesienia pod czujnym okiem babci Emilowej. Gniew babci, gdy odkryła moje niecne postępowanie, złagodziły puszki konserw, które dostałem w zamian od żołnierzy. Kocioł kapusty z zawartością wojskowej konserwy sprawił, że i tym razem udało mi się uniknąć rózgi, którą babcia Emilowa władała po mistrzowsku. Za to moim postępowaniem nawiązałem stosunki handlowe z Armią Czerwoną, gdy okazało się, że papierosy mają dla wojaków większą wartość niż amerykańskie konserwy dostarczane radzieckim sojusznikom aby skuteczniej bili Niemców. Kilka rodzin zamieszkałych w rozległym domu na rogu Siedleckiej i Repkowskiej miało dzięki tej wymianie towarowej dobre pożywienie. W mieście panował wtedy niebywały entuzjazm. Do rodzin Laszuków, Gumaników i Ładów powrócili od Andersa ich ojcowie i synowie. Trwała mozolna praca przy odgruzowaniu i naprawie domów, mostów i ulic. Z dalekiego Elbląga przywieziono prądnicę i uruchomiono miejską Elektrownię przy ulicy Kosowskiej, naprzeciw starego drewnianego kościółka pw. św. Rocha. Wielki popyt nastał na materiały budowlane, cegłę i stalowe belki. Pan Stefan Głazek płacił za jedną oczyszczoną z tynku cegłę 50 groszy. W tamtym czasie był to dobry interes. Z kolegami z mojej drużyny wzięliśmy się więc za robotę. Wkrótce uzbieraliśmy 97 złotych. Piłka, o której marzyliśmy kosztowała w księgarni pani Sudarowej 95 zł. Była to skórzana futbolówka z jajowatą dętką i długim wentylem. Po napompowaniu trzeba było ją zasznurować tak, by nie zniekształcić tego skarbu. Zakup uczciliśmy lemoniadą w sklepiku pani Nowakowej przy ulicy Długiej. Odtąd moja drużyna z Repkowskiej i Siedleckiej nie miała sobie równych wśród piłkarzy grających szmaciakami na sąsiednich ulicach i podwórkach. Mając taką piłkę trzeba było zadbać o odpowiednie piłkarskie nazwisko. Stefan Kupisz był Cieślikiem, Janek Patejczuk to obrońca Jana Duda, ja długo nosiłem nazwisko pomocnika Legii Parpana. Tylko nie wiem już dlaczego Romek Bałkowiec miał ksywkę Beka a Waldek Łada Hilon.
Mieszkańcy ulic Siedleckiej i Repkowskiej w sierpniu 1944roku Na dole pierwszy z prawej autor postaMija kolejna ,już 60 rocznica powstania Domu Kultury w Sokołowie, kolejni dyrektorzy tej instytucji nie chcą tego dostrzec z powodów mi znanych lecz politycznie niepoprawnych, Tak zapewne myślała Maria Koc i Marcin Celiński. Po wczorajszym koncercie Zespołu Pieśni i Tańca Wojska Polskiego wszystkie krzesła ,fotele i leżaki zostały wykorzystane na trawniku kulturalnym. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia ,by ocenić,że był to koncert jakiego Sokołowianie nie widzieli i nie słyszeli od dziesięcioleci. Gratuluję serdecznie mojemu następcy i proszę by po ludzku i bez uprzedzeń pamiętał o poprzednikach. instytucji ,którą teraz kieruje Garść wspomnień,ze łatwo nie było .
" .W 1964 roku Powiatowy Dom Kultury w całym okazałym budynku miał do swojej dyspozycji dwa pokoje biurowe i jedna salę klubową . Razem jakieś 80 m2 Tak zaczynaliśmy nasze boje o kulturę w Sokołowie .Żeby nie ciekło nam na głowy postanowiłem zmienić pokrycie dachowe z dachówki na eternit – jedyny w miarę dostępny materiał na dachy .Dopilnowaliśmy by wykonawca zdjął dachówkę starannie , bez uszkodzeń i odsprzedaliśmy ją rolnikowi na pokrycie obory..Za uzyskane pieniądze przełożono parkiet w sali klubowej i na zdobytym z Wojewódzkiego Zarządu Kin projektorze 16 M/M rozpoczęliśmy projekcje filmów krajoznawczych pod nazwą „Wędrujemy bez wiz i paszportów”Filmy te nieodpłatnie wypożyczaliśmy z ambasady USA co było powodem niezbyt przyjemnych wizyt w miejscowym Urzędzie Bezpieczeństwa .W IPN czytałem pracowite donosy szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego majora Feliksa CH. na siebie jako agenta ambasady amerykańskiej. Było tak. Wojtek Paczuski po krótkiej pracy w domu kultury dostał się na studia politechniczne w Warszawie. Tam działał w znanym klubie studentów „Stodoła „Od niego dowiedziałem się że studenci Politechniki dostają za darmo z ambasady USA ciekawe filmy dokumentalne przyrodnicze i muzyczne .Wystarczy napisać list a dostaniemy katalog z którego można wybrać dowolne filmy i je wyświetlać bez żadnych kosztów. Napisałem do 7 ambasad 3 zachodnich i 4 naszego obozu. Z naszych odpowiedzieli tylko Węgrzy .Z ambasady amerykańskiej przysłali katalog zawierający ponad 100 filmów od podboju kosmosu, festiwali jazzowych w New Port ,filmów przyrodniczych z Yellowstone Park po biografie słynnych muzyków Benny Goodmana ,Kida Ory i innych. Wystarczy wybrać sobie, przyjechać do ambasady i odebrać. Służbowym Junakiem z koszem ruszyłem w Aleje Ujazdowskie i z fasonem bezpłatnymi biletami podjechałem pod budkę milicjanta pilnującego by nikomu z Jankesów nie zrobiono krzywdy w Warszawie. Załadowałem kilka pudeł z filmami i ile koni w „Junaku” pognałem do Sokołowa . Zanim jednak zdecydowałem się na publiczną projekcję czujnie postanowiłem obejrzeć filmy komisyjnie. Zaprosiłem do domu kultury przedstawicieli komitetu powiatowego PZPR i Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Po projekcji wszyscy stwierdzili ,ze są to filmy neutralne pod względem politycznym i można je publicznie pokazać Sokołowianom. Na drugi dzień wezwano mnie na komendę Milicji Obywatelskiej na przesłuchanie. Zarzuty współpracy z ambasadą amerykańską postawił mi ,dobroduszny o fizjonomii i posturze biskupa ,sam szef miejscowego urzędu bezpieczeństwa major Feliks CH. Najbardziej interesowało go ile dostaję dolarów za współpracę. Oczywiście zaprzeczyłem i przyznałem się ,że poczęstowano mnie tylko jakimś ciemnym słodkim i gazowanym płynem ,który wypiłem bo był upał. Niedobrze, b niedobrze towarzyszu kierowniku. Nie powinniście tego amerykańskiego świństwa brać do ust. Nie wiadomo co tam amerykanie wsadzili .Wyjaśniłem ponad to, że przed publiczną projekcją. dokonaliśmy komisyjnego przeglądu amerykańskich filmów pod kątem zgodności z socjalistyczną polityką naszego państwa .Wprawdzie tej zgodności nie było ale też nie było żadnych elementów imperialistycznej propagandy, Komisja ,w której składzie był Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i kierownik Wydziału Propagandy KP. PZPR orzekła ,że filmy można pokazać na publicznej projekcji. Szefa sokołowskiej bezpieki te wyjaśnienia widać nie zadowoliły bo jeszcze przesłuchiwał członków komisji i interweniował w Wydziale Kultury i Sztuki w Warszawie,skąd niebawem wyszło zarządzenie zabraniające kierownikom domów kultury w woj. warszawskim kontaktów z ambasadami obcych państw. Tak wszechwładna wówczas bezpieka rozłożyła popularną i lubianą imprezę domu kultury. Sokołowianie nie mieli prawa nawet wirtualnie wścibiać nosa za żelazną kurtynę. Dziś takie zwyczaje wydają się nieprawdopodobne. Ale tak było zapewnia wk i wie co mówi bo był organizatorem tych projekcji.
Trwające do dziś, moje przyjazne związki z Kosowem i Kosowianami sięgają początków lat pięćdziesiątych, czasów szkolnej edukacji z Mi...
-
Przejrzałem ostatnio sterty pieczołowicie zachowanych plansz dokumentujących działalność domu kultury z lat mojej aktywności w sokołowsk...
-
Jak widać moje teksty nie pasują pani do portalu Życia Sokołowa . Naiwnie sądziłem, że od zdolnej i wykształconej na katolickiej uczelni...
-
Takie były początki ! 60 lat Sokołowskiego Ośrodka Kultury Ponad pół wieku Sokołowski Ośrodek Kultury pracuje nad twórczością i upowsz...




