niedziela, 30 sierpnia 2026

zdjęcie Mchała Kurca

Ulica Mikołaja Reja

Od ulicy Węgrowskiej, tuż za Urzędem Skarbowym wytyczono małą uliczkę do stadionu
Robotniczego Klubu Sportowego „Cukrownia”. Uliczce tej nadano imię twórcy polskiej
literatury Mikołaja Reja z Nagłowic; tego który pierwszy z naszych literatów napisał prorocze
słowa „Niechaj to narodowie świata wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi iż swój język
mają”.
Na tym stadionie przy Reja, graliśmy niejednokrotnie z różnym szczęściem z drużyną
braci Tadeusza i Witolda Dominiuków, Ryśka Sumińskiego, Zygmunta Metra, Wieśka
Protaziuka, Jasia Pełczyńskiego, Janka Raźniaka. Świetlica obok stadionu, służąca za szatnię
w czasie meczów, pod kierownictwem pana Zbigniewa Trąmpczyńskiego promieniowała
kulturą na cały powiat. Wśród podobnych placówek kultury w branży cukrowników nie miała
sobie równych w Polsce. Chodziło się tu na zabawy, występy artystyczne, zajęcia sportowe i
filmy. Na zabawach, śpiewał pięknym, aksamitnym basem Bogdan Żurowicz, akompaniując
sobie na akordeonie. Tu rozgrywaliśmy turnieje o mistrzostwo powiatu w tenisie stołowym z
Jurkiem Podgórzakiem, Czesiem Macugą reprezentującymi drużynę „melaśników”, jak
złośliwie mówiono o niej po każdym przegranym meczu. W latach nie tak odległych, okazji
do rywalizacji między miastem a Przeździatką było co nie miara. Rywalizowano w sporcie, w
kulturze, w czynach społecznych i produkcyjnych a nawet w polityce kadrowej.
Rywalizowały ze sobą orkiestry strażackie, drużyny piłkarskie, teatry amatorskie. Jako
aktorzy teatru OSP pani Leokadii Tyburowej zazdrościliśmy Zespołowi Teatralnemu
Cukrowni wystawienia w bogatej i pomysłowej scenografii „Masława”; spektaklu w reżyserii
pana H. Iwańskiego opartego na historycznej powieści J. I. Kraszewskiego. Jako uczniowie
Liceum podziwialiśmy swoich kolegów, których do szkoły przy ulicy Kupientyńskiej
przywoził konny tramwaj zwany „Bonanzą”; efekt pomysłowości i troski o dzieci
pracowników cukrowni. Sokołowska Cukrownia – symbol industrializacji kraju, po
zniszczeniach wojennych była oczkiem w głowie ówczesnych władz miasta i powiatu.
Wszyscy jej dyrektorzy mieli zapewniony udział we władzach partyjnych i samorządowych,
miejsca za stołem prezydialnym licznych akademii i trybunach honorowych. Miasto i całe
powiatowe rolnictwo żyło z cukrowni i hołubiło starą fabrykę. Pisano o niej książki, kręcono
kroniki filmowe. Rozpoczęcie kampanii cukrowniczej, jesienią każdego roku stawiały cały

powiat w stan pełnej mobilizacji. Nawet Dom Kultury miał swoją rolę do odegrania. Do
dyspozycji kadrowca cukrowni oddawaliśmy kino ruchome wyposażone w aparaturę
nagłaśniającą z pomocą której pan Czesław Małkus zachęcał rolników z nadbużańskich wsi
do podejmowania pracy w fabryce na czas kampanii cukrowniczej. Do Sokołowa przyjeżdżali
fachowcy-cukrownicy z całej Polski by modernizować fabrykę cukru powstałą jeszcze w
czasach Królestwa Polskiego. To były zalążki elity intelektualnej miasta. Z dziećmi
inżynierów i techników, operatorów różnych maszyn i urządzeń chodziliśmy do szkoły,
graliśmy w piłkę nożną i siatkową, bawiliśmy się na zabawach – słynnych „Sobotynkach” i
występach artystycznych. Mieć za kolegę Podgórzaka, Buchalskiego, Pochylczuka czy
Montkiewicza to był powód do dumy dla chłopaków z „targowicy”, „getta” , czy „balbadery”.
Bywało, że chłopaki z miasta upodobali sobie ładne panienki z cukrowni, ale tylko nieliczni
mieli odwagę odprowadzić swoją partnerkę pod jej dom. Ryzyko utraty zębów było
skutecznym środkiem zakończenia spaceru tuż za torami. Dalej był teren pod kontrolą
„melaśników” o twardych pięściach i nieskorych do ugody. Ale nawiązane kiedyś przyjaźnie
trwają do dziś, chociaż coraz nas mniej w drużynie. Pamiętam jak Janusz Buchalski, kolega z
Przeździatki uratował mi skórę, gdy w lutym 1978 roku dał zgodę jako urzędujący w
Warszawie szef cenzury na wystawienie sztuki „Rozmowy z katem” Kazimierza
Moczarskiego przez Siedlecki Teatr Kameralny. Kim był autor sztuki, starszym czytelnikom
nie muszę tłumaczyć. Młodszym powiem, że Kazimierz Moczarski, oficer Biura Informacji i
Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej został po wojnie skazany na dożywocie za…
zdradę narodu. Z jedenastu lat więzienia, dziewięć miesięcy spędził w jednej celi z katem
warszawskiego getta generałem SS Jurgenem Stroppem. Sztuka Moczarskiego ciesząca się
wielkim zainteresowaniem widowni została zdjęta ze sceny na polecenie sekretarza PZPR w
Siedlcach, którego nazwisko po chrześcijańsku zapomniałem. Ale w Warszawie w samej
jaskini głównego cenzora przy ulicy Mysiej 3, udało się uzyskać pozwolenie na wystawienie
sztuki i druk folderu. Uczeń sokołowskiego liceum magister Janusz Buchalski okazał się
dojrzalszym politykiem niż funkcjonariusz propagandy z Siedlec. Niewątpliwie był to akt
wielkiej odwagi z jego strony. Podobnie jak aktem wielkiej odwagi był krytyczny opis
stosunków panujących na polskiej wsi w XVI wieku przez Mikołaja Reja. Piętnował on
chciwość i nadużycia, których ofiarą padał biedny chłop. Poruszał najbardziej aktualne
problemy polityczne, obyczajowe i religijne takie jak ubieganie się za wszelkimi urzędami,
przekupne sadownictwo, nadużycia ze strony duchownych, brak dobrego systemu obronnego
państwa polskiego, zbyt wysokie czynsze i dziesięciny nałożone na chłopstwo, czy wreszcie
złe zachowanie szlachty, pijaństwo, zbyt wyszukany ubiór i hazard. „Wierę snadź z sejmu

naszego Nie słuchamy nic dobrego Już to kilka Niedziel bają A ni w czym się zgadzają
Podobno jako i łoni Każdy na swe skrzydło goni; Pewnie pospolitej rzeczy Żadny tam nie ma
na pieczy” Tak pisał Mikołaj Rej, zwolennik reformacji i patron małej uliczki na sokołowskiej
Przeździatce, w wydanej w 1543 roku, „Krótkiej rozprawie między panem wójtem a
plebanem”. Minęły wieki a przesłanie ojca literatury polskiej, pana z Nagłowic nie straciło
swej aktualności i chyba jeszcze długo nie straci. Kiedy po latach odwiedziłem stadion przy
ulicy Reja, spotkałem koleżankę ze szkolnej ławy Krysię Protaziuk z bratem Marianem
Podgórzakiem i panią Sulej, z której ojcem grałem w piłkę. Nasłuchałem się wieści o
wzlotach i upadku cukrowni i o bieżących problemach mieszkańców tej ulicy. Najważniejszy
z nich to bezpieczna droga do szkoły dla dzieci i parking dla samochodów petentów Urzędu
Skarbowego. Sprawa ciągnie się od 2009 roku i poza wymianą pism burmistrza z Izbą
Skarbową nic się nie dzieje, aż nie daj Boże stanie się nieszczęście, bo jak wiadomo „Polak
mądry po szkodzie” i to przysłowie towarzyszy nam od czasów patrona tej ulicy.
 Pani Magda Stasiuk dopatrzyła się ,że w  naszej książce  " Patroni naszych ulic " brakuje kilku  a mianowicie -  Reja , Baczyńskiego,Skłodowskiej ,Mniszkówny. Ponieważ  szykuję się do druku kolejnego wydania obiecuję czytelnikom  i ewentualnym nabywcom książki jej wzbogacenie o te ulice Pierwsza z nich już jest.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026




 Na zdjęciu grupa monterów ,którzy już w 1946 roku przywiozła  z Elbląga prądnice i uruchomiła  w Sokołowie elektrownie przy ulicy Kosowskiej. Jeśli poznacie kogoś z tych  dzielnych Sokołowian napiszcie.. W nagrodę prześlę swoją książkę  pt "Patroni naszych ulic"





 

Czytam wszystko co wpadnie mi w ręce. Żeby wyrobić sobie zdanie czytam lewicową i prawicową prasę. W tej drugiej interesuje mnie nowa polityka historyczna pisana przez naukowców z IPN-u, tak obecnie twórczo rozwijana przez polityków. Ponieważ należę do tego pokolenia, które uczestniczyło w wielu zdarzeniach z naszej najnowszej historii na jej najmniejszym, lokalnym podwórku mam nieodpartą chęć polemizować z tymi jedynie słusznymi tezami. Monopol na taką słuszność miała kiedyś PRL-owska propaganda, a dziś w jej ślady weszli gładko nowi aktywiści. Obawiam się, że przy bierności ludzi, którzy sami pamiętają tamte czasy i potrafią obiektywnie ocenić to, co się z nimi lub obok nich wydarzyło w ostatnich latach niebawem mojego wnuczka Kacperka będą uczyć w szkole, że moje miasto Sokołów Podlaski nie wyzwoliła Armia Czerwona 8 sierpnia 1944 roku, tylko „żołnierze wyklęci” dowodzeni przez Młota, Sokolika, Huzara i Marynarzą. Dlatego więc, spełniając mój obowiązek wobec wnuka piszę ten artykuł w rocznicę wyzwolenia Sokołowa spod hitlerowskiej okupacji mając w pamięci słowa wielkiego Polaka o prawdzie, która nas wyzwoli. Przywołuję w nim fakty z książki Jana Gozdawy-Gołębiewskiego „Obszar warszawski Armii Krajowej” oraz moje wspomnienia: to, co sam zapamiętałem z dzieciństwa. Na początek więc kilka faktów:

W nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku żołnierz AK Stefan Kazik z Frankopola przeprawił przez Bug dwóch delegatów majora J. Sasina; dowódcy obwodu Armii Krajowej „Proso” Sokołów Podlaski. Delegatów podporucznika Piotra Wodzińskiego ps. Wicher i docenta Kazimierza Roszkowskiego ps. Judym przyjął w Tonkielach radziecki generał Władymirow. Generał odrzucił postulat dalszej walki batalionu AK o wyzwolenie Sokołowa Podlaskiego u boku Armii Czerwonej. Zażądał, aby wszystkie polskie oddziały zebrały się w Bażanciarni w Repkach, osobno oficerowie i osobno szeregowcy i tam czekały na przyjście jego żołnierzy.

Druga grupa z sędzią Krysiakiem dotarła do Grochowa, gdzie nawiązała kontakt z oddziałem podporucznika Mariana Solnickiego ps. Dzik. Pluton ppor. Solnickiego, idąc przez Patrykozy oraz wsie Czajki i Ginia natknął się na wojska węgierskie, które bez przeszkód przepuściły Polaków przez linię frontu. Tu spotkali się z oficerami radzieckimi. Podczas żołnierskiego przyjęcia radzieccy oficerowie radzili, żeby żołnierze AK nie przyłączali się do Armii Czerwonej, bo zostaną rozbrojeni i wywiezieni w głąb Rosji. Podporucznik Dzik natychmiast przekazał te informacje sędziemu Franciszkowi Krysiakowi, który był Delegatem Rządu na powiat sokołowski. Pod koniec lipca 1944 roku w Sokołowie powstały konspiracyjne władze polskie z komendantem miasta profesorem Nikodemem Księżopolskim ps. Kiejstut, podporucznikiem rezerwy Henrykiem Giergielewiczem ps. Łącki, Edwardem Kupskim ps. Andrzej, Janiną Księżpolską ps. Nina oraz dr Antonim Perłowskim ps. Korybut. Komendant miasta miał do dyspozycji radiostację ulokowaną w domu przy ulicy Kościuszki 12, za pomocą której otrzymywał dyspozycje z komendy podokręgu wschodniego i informacje z Londynu. Rozbudowana i dyspozycyjna sieć łączniczek zapewniała sprawne przekazywanie rozkazów i informacji do miejsca postoju majora J. Sasina. Na naradzie oficerskiej 6 sierpnia 1944 roku w majątku Grodzisk major Sasin z uwagi na jednoznaczne stanowisko władz radzieckich zmierzające do rozbrojenia i internowania żołnierzy AK, wg wzorów zastosowanych już wcześniej w Wilnie, rozkazał rozwiązać wszystkie oddziały w obwodzie, broń ukryć, a łączność utrzymać na istniejącej sieci. Z chwilą wkroczenia do Sokołowa Armii Czerwonej major Sasin ze swoim sztabem ujawnił się przed władzami radzieckim i ślad po nich zaginął.

Tyle faktów, a teraz pora na wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w domach i na podwórkach przy ulicach Siedleckiej, Repkowskiej i Długiej. Od dzieciństwa w naszym domu obok oleodruku Kossaka przedstawiającego „Cud nad Wisłą” z ks. Skorupką wśród szarżujących na bagnety polskich legionistów wisiało zdjęcie naszego dziadka ze strony matki Pawła Jakubiaka. Reprodukcja popularnego obrazu uznanego batalisty była z nami, aż do czasu wejścia do Sokołowa wyzwolicieli, czyli do 8 sierpnia 1944 roku. A co z obrazem? Nie wypadało wojennemu komendantowi miasta, który tymczasowo zajął największy pokój po zlikwidowanym sklepie z wygodnym wejściem na ulicę Siedlecką i Repkowską przypominać nim, jakie baty dostali pod Warszawa w 1920 roku w niespełnionym marszu ku Europie. Za to portret dziadka Pawła na tle gwiaździstej flagi potężnego alianta miał teraz honorowe miejsce obok portretu Stalina. Mnie jednak bardziej interesował obraz przedstawiający Bitwę Warszawską niż zdjęcie dziadka i jego kolegów, którzy za chlebem wyjechali do Ameryki w latach dwudziestych. Przez kalkę odrysowałem fragment tego obrazu by pochwalić się przed kolegami rysunkami żołnierzy i ich broni. Jako dziecko, nie rozumiałem powodów, dla których obraz wiszący przez całą okupację na ścianie, teraz musiał być schowany. Szukałem go wszędzie, a znałem niemal wszystkie przemyślne skrytki w naszym starym domu. W końcu obraz odnalazłem na strychu, leżał w wielkim wiklinowym koszu pod stertą pierzyn i paczek papierosów przechowywanych tu po likwidacji sklepu kolonialno-spożywczego moich rodziców. W tym koszu kiedyś niespodziewanie zobaczyłem śpiącą pod pierzyną Żydówkę, prawdopodobnie córkę dr Lewina, który mnie leczył z częstych przeziębień. Powiadomiłem o tym odkryciu moją matkę. Nie uwierzyła. Po kilku chwilach, kiedy z pomocą babci i siostry schowano w innym miejscu ukrywającą się sąsiadkę, matka zaprowadziła mnie na strych, by przekonać mnie, że nikogo tam nie ma i że musiało mi się coś przewidzieć. Kosz stał na swoim miejscu załadowany po brzegi poduszkami i pierzynami. Byłem małym, sześcioletnim chłopcem o bujnej wyobraźni i jak na dziecko czasów okupacyjnych miałem swoje własne doświadczenia z ciągłych rewizji i publicznej egzekucji, pod tzw. wzgórkiem przy ul. Repkowskiej, obserwowanej z okienka szczytowej ściany naszego strychu. Pamiętałem likwidację getta, którego ogrodzenie od ulicy Olszewskiego znajdowało się 50 m od sieni domu od strony ulicy Siedleckiej. Dlatego mimo zakazu Niemców sień i wejście na strych było w nocy otwarte. Podobne praktyki stosowali i inni mieszkańcy domów, komórek i stodół zlokalizowanych przy ulicach sąsiadujących z ogrodzoną dzielnicą żydowską. Czym to groziło zapewne wie prof. Gross, ale o tym nie pisze, bo Żydzi nie kupią takiej książki. Geszeft można zrobić za to na „Złotych Żniwach”. Naprzeciw rozległego drewnianego domu usytuowanego na rogu ulicy Siedleckiej i Repkowskiej był budynek sokołowskiego magistratu. Na parterze mieściły się garaże straży pożarnej a na piętrze kino. Wejście do kina było od ulicy Długiej. Niemcy uciekający pod naporem Armii Czerwonej wysadzili budynek magistratu, ale parter budynku ocalał. I tam, w dawnej poczekalni i kasie kina „Ostland” gdzie jeszcze niedawno oglądaliśmy niemieckie kroniki wojenne teraz pokotem spali radzieccy żołnierze. W dzień i w nocy regulowali ruchem transportów wojskowych ciągnących na Warszawę, a w chwilach wolnych od służby palili ogniska, grali na harmoszce i śpiewali „Katiuszę”. Częstowali nas konserwami, a my zajadając się „swinnoju tuszonku” z czarnym, żołnierskim chlebem nosiliśmy im z pobliskiej studni wodę. Czasami żołnierze dali do obejrzenia pepeszkę lub bagnet a nawet pozwolili pograć na harmonii. Ulubieńcem wyzwolicieli stałem się, kiedy przyniosłem do ich kwatery kilka paczek Popularnych i Junaków; papierosów z odkrytej skrytki na strychu. Popularne były paczkowane w dużych pudełkach po 100 sztuk. i można nimi było obdzielić cały odział reguliowszczyków. Duże paczki były jednak trudniejsze do wyniesienia pod czujnym okiem babci Emilowej. Gniew babci, gdy odkryła moje niecne postępowanie, złagodziły puszki konserw, które dostałem w zamian od żołnierzy. Kocioł kapusty z zawartością wojskowej konserwy sprawił, że i tym razem udało mi się uniknąć rózgi, którą babcia Emilowa władała po mistrzowsku. Za to moim postępowaniem nawiązałem stosunki handlowe z Armią Czerwoną, gdy okazało się, że papierosy mają dla wojaków większą wartość niż amerykańskie konserwy dostarczane radzieckim sojusznikom aby skuteczniej bili Niemców. Kilka rodzin zamieszkałych w rozległym domu na rogu Siedleckiej i Repkowskiej miało dzięki tej wymianie towarowej dobre pożywienie. W mieście panował wtedy niebywały entuzjazm. Do rodzin Laszuków, Gumaników i Ładów powrócili od Andersa ich ojcowie i synowie. Trwała mozolna praca przy odgruzowaniu i naprawie domów, mostów i ulic. Z dalekiego Elbląga przywieziono prądnicę i uruchomiono miejską Elektrownię przy ulicy Kosowskiej, naprzeciw starego drewnianego kościółka pw. św. Rocha. Wielki popyt nastał na materiały budowlane, cegłę i stalowe belki. Pan Stefan Głazek płacił za jedną oczyszczoną z tynku cegłę 50 groszy. W tamtym czasie był to dobry interes. Z kolegami z mojej drużyny wzięliśmy się więc za robotę. Wkrótce uzbieraliśmy 97 złotych. Piłka, o której marzyliśmy kosztowała w księgarni pani Sudarowej 95 zł. Była to skórzana futbolówka z jajowatą dętką i długim wentylem. Po napompowaniu trzeba było ją zasznurować tak, by nie zniekształcić tego skarbu. Zakup uczciliśmy lemoniadą w sklepiku pani Nowakowej przy ulicy Długiej. Odtąd moja drużyna z Repkowskiej i Siedleckiej nie miała sobie równych wśród piłkarzy grających szmaciakami na sąsiednich ulicach i podwórkach. Mając taką piłkę trzeba było zadbać o odpowiednie piłkarskie nazwisko. Stefan Kupisz był Cieślikiem, Janek Patejczuk to obrońca Jana Duda, ja długo nosiłem nazwisko pomocnika Legii Parpana. Tylko nie wiem już dlaczego Romek Bałkowiec miał ksywkę Beka a Waldek Łada Hilon.

 Mieszkańcy ulic Siedleckiej i Repkowskiej w sierpniu 1944roku Na dole pierwszy z prawej autor posta

 Mija kolejna ,już 60 rocznica powstania Domu Kultury w Sokołowie, kolejni dyrektorzy tej instytucji nie chcą tego dostrzec z  powodów mi znanych lecz politycznie niepoprawnych, Tak zapewne myślała Maria Koc  i Marcin Celiński. Po wczorajszym koncercie Zespołu Pieśni i Tańca Wojska Polskiego wszystkie krzesła ,fotele i leżaki zostały wykorzystane na trawniku kulturalnym. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia ,by ocenić,że był to koncert jakiego Sokołowianie nie widzieli i nie słyszeli od dziesięcioleci.  Gratuluję serdecznie mojemu następcy i proszę by po ludzku i bez uprzedzeń pamiętał o poprzednikach. instytucji ,którą teraz kieruje Garść wspomnień,ze łatwo nie było .


   "  .W 1964 roku Powiatowy Dom Kultury w całym okazałym budynku miał do swojej dyspozycji dwa pokoje biurowe i jedna salę klubową . Razem jakieś 80 m2 Tak zaczynaliśmy nasze boje o kulturę w Sokołowie .Żeby nie ciekło nam na głowy postanowiłem zmienić pokrycie dachowe z dachówki na eternit – jedyny w miarę dostępny materiał na dachy .Dopilnowaliśmy by wykonawca zdjął dachówkę starannie , bez uszkodzeń i odsprzedaliśmy ją rolnikowi na pokrycie obory..Za uzyskane pieniądze przełożono parkiet w sali klubowej i na zdobytym z Wojewódzkiego Zarządu Kin projektorze 16 M/M rozpoczęliśmy projekcje filmów krajoznawczych pod nazwą „Wędrujemy bez wiz i paszportów”Filmy te nieodpłatnie wypożyczaliśmy z ambasady USA co było powodem niezbyt przyjemnych wizyt w miejscowym Urzędzie Bezpieczeństwa .W IPN czytałem pracowite donosy szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego majora Feliksa CH. na siebie jako agenta ambasady amerykańskiej. Było tak. Wojtek Paczuski po krótkiej pracy w domu kultury dostał się na studia politechniczne w Warszawie. Tam działał w znanym klubie studentów „Stodoła „Od niego dowiedziałem się że studenci Politechniki dostają za darmo z ambasady USA ciekawe filmy dokumentalne przyrodnicze i muzyczne .Wystarczy napisać list a dostaniemy katalog z którego można wybrać dowolne filmy i je wyświetlać bez żadnych kosztów. Napisałem do 7 ambasad 3 zachodnich i 4 naszego obozu. Z naszych odpowiedzieli tylko Węgrzy .Z ambasady amerykańskiej przysłali katalog zawierający ponad 100 filmów od podboju kosmosu, festiwali jazzowych w New Port ,filmów przyrodniczych z Yellowstone Park po biografie słynnych muzyków Benny Goodmana ,Kida Ory i innych. Wystarczy wybrać sobie, przyjechać do ambasady i odebrać. Służbowym Junakiem z koszem ruszyłem w Aleje Ujazdowskie i z fasonem bezpłatnymi biletami podjechałem pod budkę milicjanta pilnującego by nikomu z Jankesów nie zrobiono krzywdy w Warszawie. Załadowałem kilka pudeł z filmami i ile koni w „Junaku” pognałem do Sokołowa . Zanim jednak zdecydowałem się na publiczną projekcję czujnie postanowiłem obejrzeć filmy komisyjnie. Zaprosiłem do domu kultury przedstawicieli komitetu powiatowego PZPR i Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Po projekcji wszyscy stwierdzili ,ze są to filmy neutralne pod względem politycznym i można je publicznie pokazać Sokołowianom. Na drugi dzień wezwano mnie na komendę Milicji Obywatelskiej na przesłuchanie. Zarzuty współpracy z ambasadą amerykańską postawił mi ,dobroduszny o fizjonomii i posturze biskupa ,sam szef miejscowego urzędu bezpieczeństwa major Feliks CH. Najbardziej interesowało go ile dostaję dolarów za współpracę. Oczywiście zaprzeczyłem i przyznałem się ,że poczęstowano mnie tylko jakimś ciemnym słodkim i gazowanym płynem ,który wypiłem bo był upał. Niedobrze, b niedobrze towarzyszu kierowniku. Nie powinniście tego amerykańskiego świństwa brać do ust. Nie wiadomo co tam amerykanie wsadzili .Wyjaśniłem ponad to, że przed publiczną projekcją. dokonaliśmy komisyjnego przeglądu amerykańskich filmów pod kątem zgodności z socjalistyczną polityką naszego państwa .Wprawdzie tej zgodności nie było ale też nie było żadnych elementów imperialistycznej propagandy, Komisja ,w której składzie był Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i kierownik Wydziału Propagandy KP. PZPR orzekła ,że filmy można pokazać na publicznej projekcji. Szefa sokołowskiej bezpieki te wyjaśnienia widać nie zadowoliły bo jeszcze przesłuchiwał członków komisji i interweniował w Wydziale Kultury i Sztuki w Warszawie,skąd niebawem wyszło zarządzenie zabraniające kierownikom domów kultury w woj. warszawskim kontaktów z ambasadami obcych państw. Tak wszechwładna wówczas bezpieka rozłożyła popularną i lubianą imprezę domu kultury. Sokołowianie nie mieli prawa nawet wirtualnie wścibiać nosa za żelazną kurtynę. Dziś takie zwyczaje wydają się nieprawdopodobne. Ale tak było zapewnia wk i wie co mówi bo był organizatorem tych projekcji.




wtorek, 11 sierpnia 2026


 


Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego

niedziela, 9 sierpnia 2026

 

Obchodzimy kolejną rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości, a w niej Święto Wojska Polskiego.Z tej okazji chciałbym   czytelnikom przybliżyć postać bohatera wojny z bolszewikami z 1920 roku, walczącego m.in. o Skrzeszew, uchwycenie mostu na Bugu we Frankopolu i odcięcie dywizjom sowieckim drogi odwrotu. W serialu telewizyjnym „Wojna i miłość” (2010 r.) jest fragment ukazujący działania tzw. „szwadronów śmierci”, do których przyłączyli się młodzi ziemianie z kresowych majątków - brat i siostra, aby zemścić się na komisarzach, za śmierć ojca i pohańbienie jego córki. Tym oddziałem dowodził major Feliks Jaworski. Major, zanim znalazł się na Podlasiu, wsławił się walkami na Wołyniu, gdzie zdobywał pociągi z zaopatrzeniem dla Armii Czerwonej, a nawet radiostacje, z których prowadził dezinformujące wroga rozmowy. Jak wiadomo, już we wrześniu 1919 roku szyfry Armii Czerwonej zostały złamane przez por. Jana Kowalewskiego z biura szyfrów WP i miało to olbrzymie znaczenie w całej zwycięskiej wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku. Więcej o tej ciekawej sprawie pisze w swej książce Grzegorz Nowik. Wyczyny bojowe majora Jaworskiego, jako żywo przypominają bohaterów sienkiewiczowskich powieści. Gdyby Sienkiewicz żył, zapewne nasza literatura, a później i filmy, wzbogaciłyby się o fascynujące dzieła „ku pokrzepieniu serc”, z bohaterskim majorem w roli głównej. Kim zatem był major Feliks Jaworski? Był wielkim patriotą i odważnym do szaleństwa żołnierzem. Zofia Kossak - Szczucka w powieści „Pożoga” (1922) tak opisuje majora:

Miał w sobie jakąś charyzmę. Musiano go słuchać i podporządkować się. Cechowała go niesamowita ambicja i dzika odwaga, pogarda dla codzienne,j powszechnej etyki, a przede wszystkim tajemnicza siła prowadzenia ludzi, wzbudzania w nich entuzjastycznego szału i fantastycznego przywiązania. Siła ujarzmiająca. Kochał swych żołnierzy miłością dziką i czułą zarazem. A żołnierze ubóstwiali go bez pamięci”.

Zaś Zdzisław Niemen, w artykule „Zagończycy”, tak go charakteryzuje:

Na polu walk Jaworski jest przykładem męstwa i nieustraszonej odwagi. Nie ma dlań prawie sytuacji, w której by się cofnął. Nie ma ognia nieprzyjacielskiego, w który by nie skoczył. W najstraszliwszym gwiździe kul wrażych idzie spokojnie rzucając słowa komend, torując sobie drogę szablą, rewolwerem, ręcznym granatem. Żołnierz zawsze go widzi w pierwszym szeregu.”



Major Feliks Jaworski

Doceniając te przymioty charakteru majora, Marszałek Piłsudski powierzył mu zorganizowanie ochotniczej jazdy składającej się z trzech pułków: Lubelskiego, Wołyńskiego i Siedleckiego. Na Sztab Dywizji zwanej Ochotniczą Jazdą majora Jaworskiego wybrano Lublin. Biedna Ojczyzna mogła zapewnić ochotnikom tylko broń i amunicję. Reszta, aby z ochotników zrobić bitnych żołnierzy, zależała od talentów organizacyjnych i determinacji majora Jaworskiego. A czas naglił, bolszewicy stali pod Warszawą. Do ofensywy znad Wieprza, uważanej przez historyków wojskowości za manewr strategiczny, przesądzający losy wojny 1920 roku, zdołano przeszkolić i wyposażyć tylko pięć szwadronów Jazdy Ochotniczej. A mimo to Naczelny Wódz w rozkazie do generała Rydza - Śmigłego ujawnił, że pod względem operacyjnym, bezpośrednio podlegać mu będą: dowódca 3 armii frontu środkowego, gen. Władysław Sikorski; dowódca 4 armii oraz major Jaworski ze swą grupą Jazdy. Było to niebywałe wyróżnienie dla majora Jaworskiego, potwierdzone bezpośrednimi rozkazami Naczelnego Wodza. Marszałek kładł nacisk na działania, „aby były piorunujące”. I takie właśnie były, bo wykonywał je major Feliks Jaworski ze swoimi ułanami. W składzie 21 dywizji Piechoty Górskiej gen. Andrzeja Galicy, po sforsowaniu rzeki Wieprz, toczy zwycięskie boje o Kock, Radzyń, Łuków i Siedlce. W kilka dni od rozpoczęcia kontrofensywy, major Jaworski po zajęciu Mordów, wysyła patrole w kierunku Drohiczyna i Sokołowa, od których dowiaduje się, że w Sokołowie są znaczne siły bolszewickie - kilka baterii dział i liczne tabory. Podejmuje decyzję odcięcia im odwrotu przez Bug w okolicach Skrzeszewa i Frankopola. Nie mógł wziąć całej jazdy do szybkiego przemarszu i błyskawicznego uderzenia. Ze wszystkich szwadronów wybrano ludzi posiadających najmniej wyczerpane konie i utworzono szwadron zbiorowy o liczebności 99 szabel. Na jego czele major Jaworski ruszył w kierunku Frankopola. Brzegiem rzeki pod osłoną nocy grupa ułanów prowadzona przez syna właściciela folwarku Frankopol - ułana Jana Gościckiego, zniosła rosyjską obronę mostu otwierając drogę ułanom Jaworskiego, którzy wypadli na szosę od strony Skrzeszewa, pomiędzy kolumnami wycofujących się dywizji rosyjskich spod Warszawy. Powstało nieopisane zamieszanie i wkrótce panika ogarnęła stłoczonych na przeprawie, niedoszłych zdobywców Warszawy, Berlina i Paryża. Niespodziewany, gwałtowny atak kilkudziesięciu ułanów majora Jaworskiego rozbił sowiecką dywizję, zdobył olbrzymie tabory, mnóstwo broni palnej, ponad 40 dział i wziął do niewoli 400 jeńców. To niebywałe zwycięstwo major Feliks Jaworski okupił śmiercią 12 ułanów, w tym Jana Gościckiego. Na rozwidleniu dróg do Wirowa i Skrzeszewa, w miejscu jego śmierci, postawiono pomnik poświęcony żołnierzom Ochotniczej Jazdy majora Feliksa Jaworskiego, z której narodził się 22 Pułk Ułanów. W kościele w Skrzeszewie wmurowano tablicę pamiątkową, zaś na cmentarzu, w centralnej jego części, leży duży głaz z rzeźbą przedstawiającą majora. W tle trzy metalowe lance - maszty zwieńczone metalowymi proporcami w barwach pułkowych. Niedaleko od pomnika w kierunku północno - wschodnim, usytuowana jest kwatera żołnierzy poległych w 1920 roku. W Szkole Podstawowej w Skrzeszewie, na pierwszym piętrze, wisi tablica upamiętniająca nadanie szkole w 1999 roku, zaszczytnego imienia 19 Pułku Ułanów Wołyńskich. Zwycięstwo w bitwie o Skrzeszew Ochotniczej Jazdy majora Jaworskiego, zmusiło dowództwo sowieckie do zmiany drogi odwrotu trzem swoim dywizjom. Stało się to 19 sierpnia 1920 roku tu pod Skrzeszewem i Frankopolem i ten wiekopomny dzień ustanowiony został Dniem Święta 19 Pułku Ułanów Wołyńskich. Warto o tym pamiętać nie tylko przy okazji rocznicowych obchodów i świąt kościelnych, ale także przy okazji turystycznych wycieczek nad Bug, w okolice Wirowa, Rudnik i Frankopola. Jakimi byłyby dziś Drohiczyn, Skrzeszew, Sokołów i inne nasze miasta i wioski, gdyby nie tacy bohaterowie jak major Feliks Jaworski i zebrani przez niego z podlaskich dworów i zaścianków ułani - ochotnicy ?

Wacław Kruszewski



wtorek, 4 sierpnia 2026

 

WSpomnienia z czasów PRL: Europa! Europa?

Ostry dzwonek bezpośredniego telefonu od wojewody poderwał cały wydział. Telefon ten w najlepszym razie zwiastował pilną naradę dyrektorów wydziałów ówczesnego Urzędu Wojewódzkiego. Wojewoda siedlecki płk pilot Janusz Kowalski, nawykły do wojskowego trybu życia, organizował odprawy, kiedy tylko miał ku temu powody, a miał je nader często. Po pewnym czasie nabrałem jednak przekonania, że po prostu lubił się z nami spotykać, by poopowiadać o swoich lotach, skomentować wizyty u I sekretarza i u ks. biskupa. Ten telefon dotyczył jednak wizyty autentycznego księcia w Mauzoleum Treblince: „Na jutro, panie Wacławie, przygotuje pan były obóz zagłady w Treblince na wysoki połysk, bo około 1100 będzie go zwiedzał książę Bernard Holenderski, mąż Julianny, królowej Holandii”. „Zrobi się”, rzekłem wiedząc, że Tadzio Kiryluk, nawykły do nagłych wizyt VIP-ów, jak zawsze zadba o wszystko, by potwierdzić swoje kompetencje doskonałego opiekuna 16 hektarów terenu muzeum, na którym ustawiono 17 tysięcy granitowych pomników. Całe szczęście, że w ceremonii powitania księcia miał wziąć udział tylko wojewoda. Ominęło mnie dzięki temu pisanie scenariusza, oprawa artystyczna itp., w czym gustowali luminarze z wydziału propagandy. Wojewoda swoje obowiązki reprezentacyjne traktował z naturalną swobodą: ciepło i życzliwie, bez wszechogarniającej elity władzy sztampy i napuszonej powagi.

W dniu wizyty, na godzinę przed zapowiedzianym przyjazdem dostojnego gościa, sprawdziliśmy stan przygotowań, przygotowaliśmy suweniry z wydawnictw i albumów o martyrologii Żydów. Pan Kiryluk sprawdził megafony, nastawił taśmę z historią Treblinki w języku niemieckim który, jak się okazało, był językiem ojczystym dostojnego gościa. Książę Bernard był bowiem księciem niemieckim, zanim w 1937 r. zaślubił ówczesną następczynię tronu, późniejszą królową Holandii Juliannę I. Książę podróżował po Polsce w asyście wysokich oficerów każdego rodzaju wojsk. Naszego pułkownika, który wśród cywilów prezentował się nadzwyczajnie, świta ta przyćmiła, ale nie stracił fasonu. Powitał gościa serdecznie, tym bardziej, że książę Bernard w czasie II wojny światowej walczył po stronie aliantów.

Po części oficjalnej goście zaproponowali poczęstunek. W towarzyszącym orszakowi samochodzie-chłodni mieli wszystko: od serwetek i kieliszków po przekąski, napoje i trunki. Stewardzi w białych rękawiczkach roznosili wśród zebranych tace z rzadkimi w tamtych czasach przysmakami. Podczas tej już bardziej swobodnej części spotkania, dostojny gość zapragnął pójść tam, gdzie nawet król piechotą chodzi. I tu nastąpiła konsternacja. Toaleta przy wiacie została przez nadgorliwców z Sanepidu tak zachlorowana, że gdyby książę z niej skorzystał mógłby udusić się. Zrobiło się zamieszanie, ktoś zaproponował pobliskie krzaki, ale spotkało się to z odmową mistrza ceremonii. W pobliskiej leśniczówce była, co prawda, łazienka, ale robiło się w niej wielkie pranie i dla mieszkańców wizyta ważnego gościa byłaby krępująca. Mistrz ceremonii był zrozpaczony, powtarzał cały czas: „A nie mówiłem, żeby zabrać ze sobą toaletę na kółkach”. Nie było rady, pranie musiało więc ustąpić przed potrzebami natury. W asyście swoich oficerów książę Bernard Holenderski ruszył dziarskim krokiem do leśniczówki. Przeżyliśmy ten incydent wszyscy, a mnie utrwalił się tak mocno, że kiedy tylko jestem w Treblince, zaglądam do jedynej tam toalety i muszę Państwu powiedzieć, że nic się nie zmieniło. A miało być lepiej w każdej dziedzinie.

sobota, 1 sierpnia 2026

 

Kiedy słyszę o ciągłym bałaganie w Polskich Kolejach Państwowych,kiedy czytam o grożbach strajków i bezpardonowej walce o zachowanie peerelowskich przywilejów moje sympatie do kolejarzy i dziecięco- młodzieżowy podziw dla ich pracy i wspaniałych parowozów zaczyna odchodzić w dal jak wspomnienia z podróżowania koleją z Sokołowa przez Siedlce do Warszawy i z Warszawy przez Małkinie do Sokołowa.Pierwsze podróże zaliczyłem kiedy dworzec kolejowy był ruiną wysadzoną przez uciekających Niemców i zapisaną na ich konto Bilety kupowałem w drewnianym budynku w którym jedno z mieszkań kolejarskich przeznaczono na kasę i poczekalnie.Woziłem do Rembertowa surowe ,obficie zasolone skórki cielęce do nielegalnej garbarni.To była frajda i niezły zarobek 20 zł.i koszty podróży.Pózniej już jako maturzysta woziłem wałówki siostrze i jej koleżankom studentkom zakwaterowanym w Nowej Dziekance na Krakowskim Przedmieściu.Radość była wielka. Kaszanka i kiełbasy z Sokołowa miały swoją zasłużoną sławę a mnie bardzo smakował kisiel –podstawowe danie przyszłych dziennikarek i aktorek,którym mnie zawsze częstowano.Raz miałem pecha .Jakiś koleś wywołał mnie z przedziału by pokazać w drugim przedziale słuchawkowe radio.Gdy wróciłem na swoje miejsce walizka z wędlinami zniknęła. Koledzy z sąsiedztwa także.Odnalazłem konduktora i ze łzami w oczach opowiedziałem mu całe zdarzenie. Obiecał odnaleźć moją walizkę i słowa dotrzymał.Kaszanka dotarła do Warszawy chociaż już nie cała bo poczęstować wypadało konduktora.

Dostałem kiedyś od pani Milikowej z Seroczyna ,żony przedwojennego posła piękny album zatytułowany Dziesięciolecie Polski Odrodzonej.Były w nim zdjęcia i opisy osiągnięć Polski po pierwszej wojnie światowej W pamięci utkwiły mi zdjęcia wspaniałych lokomotyw bijących rekordy prędkości ,.Produkowanych w Polsce i z powodzenie eksportowanych do wielu krajów Europy.Nasłuchałem się opowieści o punktualności PKP z których wynikało że można było kiedyś regulować zegarki wg ruchu pociągów. Naczytałem się artykułów i książek o bohaterskiej postawie kolejarzy w czasach wojny i okupacji. Przywołam tu tylko jedenego kolejarza którego miałem zaszczyt poznać podczas spotkania żołnierzy AK jakie w 1975 zorganizował w szkolnej Izbie Pamięci w Kosowie Lackim kierownik szkoły p. Zdzisław Nowak,Wojskowa Wytwórnia Filmowa Czołówka nakręciła film o kolejarzu Franciszku Ząbeckim i ten film wyświetliłem uczestnikom spotkania.Były tam fragmenty zeznań składanych w procesach komendanta obozu zagłady w Treblince Franca Stangla.Ponadto p.por Zabecki PS.”. Dawny” napisał ciekawą książkę o konspiracji kolejarzy z 8 brygady kolejowej AK obejmującej odcinek kolejowy od Siedlec do Małkini.Jest w niej opis życia naszych rodaków w czasach hitlerowskiej okupacji ,są fragmenty akcji sabotażowych organizowanych przez kolejarzy przeciwko okupacyjnym władzom powiatu .szczególnie niebezpiecznym bo na kolei pieczołowicie nadzorowanej przez Niemców. W końcu opis wyniesienia zabezpieczenia i przekazania przedstawicielowi Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich - prokuratorowi z podminowanej stacji kolejowej w Treblince- dokumentów przewozowych.Dokumenty te były niepodważalnym dowodem zbrodni hitlerowców na narodzie żydowskim.Prawnikom pozwoliły na uzyskanie sprawiedliwych wyroków w sądach RFN. Historykom pozwoliły na ustalenie z jakich państw Europy i z jakich miast w Polsce przychodziły transporty do Treblinki. Dzisiaj po sokołowskiej kolei”pozostały wspomnienia i część nierozebranych torów. do Treblinki W dawnym dworcu funkcjonuje biblioteka. Tylko pamiątkowa tablica przed nią przypomina, że był tu dworzec kolejowy z którego na Sybir wywieziono w 1945 roku blisko 3000 młodych mężczyzn z powiatu sokołowskiego Gdyby wśród obecnych kolejarzy byli ludzie tacy jak Ząbecki może pomyśleli by jak uratować od zapomnienia kolejarską walkę z okupantem w okolicach Treblinki. Miast rozbierać historyczne tory uruchomić szynobus dowożący turystów do Mauzolem Walki i Męczeństwa w Treblince.Te niespełnione marzenia dedykuje następcom por Ząbeckiego by tak jak On zostawili trwały ślad na torach swojego kolejarskiego żywota

Wacław Kruszewski



zdjęcie Mchała Kurca Ulica Mikołaja Reja Od ulicy Węgrowskiej, tuż za Urzędem Skarbowym wytyczono małą uliczkę do stadionu Robotniczego Klub...