piątek, 6 lutego 2026

 

Rak telewizyjny, czyli dlaczego kultura choruje? Brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydujące znaczenie dla jakości życia i dla rozumienia problemów świata Czytelnicy zainteresowani sprawami kultury pamiętają, że 29 maja, na kolejnym, szóstym już spotkaniu animatorów kultury w Domu Pracy Twórczej” Reymontówka” w Chlewiskach ogłoszono apel o zmianę systemu finansowania kultury zagrożonej dziś przez zanikający mecenat państwa nad strefą twórczości i upowszechniania kultury. W najtrudniejszej sytuacji dziś znalazły się biblioteki i domy kultury na wsi i małych miastach. Nasz apel kierowaliśmy do liderów partii politycznych, mając nadzieję, że wzbogacą swoje programy wyborcze o tak potrzebną dzisiaj – kulturę. Jej braku doświadczamy na każdym kroku, szczególnie wśród zacietrzewionych polityków, nawet tych z tytułami profesorskimi. Widać to w programach telewizyjnych, w transmisjach z obrad Sejmu. Nie umiemy ze sobą rozmawiać bez agresji, pomówień i kłamstw. Nie umiemy pięknie się różnić w sprawach, co do których mamy różne poglądy. Moim zdaniem przyczyną jest zanik kultury przede wszystkim wśród tych, którzy za nią odpowiadają. A odpowiedzialność ta należy do elity społecznej, do liderów środowisk w których żyją i działają. Zasłużenie czy nie, uchodzę za takiego lokalnego lidera w środowisku pracowników kultury, z którymi pracowałem w Sokołowie i Siedlcach przez 42 lata mojej aktywności zawodowej. Dlatego ,w miarę swoich skromnych możliwości, staram się by doceniano pracę bibliotek, domów kultury, świetlic i klubów szczególnie tych najmniejszych działających na wsi. W latach sześćdziesiątych założyliśmy ich ze Zdzisławem Lechem – przewodniczącym Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Wiejskiej 46 w powiecie sokołowskim. Po połowie – Klubów Rolnika, utrzymywanych przez Gminne Spółdzielnie i Klubów Ruch – koncernu RSW Prasa Książka „Ruch” Nie ostał się żaden. Zmarła niedawno śp. Lucyna Maksimiak doprowadziła Wiejski Klub Rolnika w Hołowienkach do pierwszego miejsca w Polsce. Do dziś mieszkańcy wsi i aktorzy Teatru Ziemi Mazowieckiej z sentymentem wspominają wzajemne przyjacielskie kontakty zapoczątkowane realizacją konkursu „Wieś bliżej teatru” Brak takich bezpośrednich ludzkich kontaktów mieszkańców wsi z artystami, pisarzami, dziennikarzami dodatkowo zubaża intelektualną kondycje wiejskiego elektoratu, ulegającego wszelkiej demagogicznej manipulacji przed wyborami. Kto pamięta pobyty w sokołowsko-podlaskich wsiach pisarzy: Jana Gerharda, Wojciecha Żukrowskiego, Cezarego Chlebowskiego, Edwarda Redlińskiego; aktorów: Stanisława Mikulskiego, Wacława Kowalskiego, Leonarda Pietraszaka, Ryszarda Pietruskiego, Ryszarda Filipskiego i wielu, wielu innych w organizowanych przez biblioteki i kluby kultury spotkaniach literackich pod nazwą „Niedziel na wsi”, ten wie, jaka była przyjazna atmosfera tych spotkań, jaka wzajemnie wartościowa wymiana poglądów. Z nastaniem nowego modelu upowszechniania kultury zmieniły się metody kontaktów społecznych. Pamiętam, jak na jednej z narad w sprawie braku pieniędzy na kontynuację budowy domu kultury w Sokołowie, przewodniczący Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej inż. Mierzwiński, wyraźnie rozeźlony moimi wypowiedziami oświadczył: „jeśli chcecie mieć dostęp do kultury w Sokołowie, to zaprenumerujcie każdemu mieszkańcowi miasta „Trybunę Ludu”. Będzie taniej i skuteczniej”. Z propozycji nie skorzystaliśmy i dom kultury, chociaż po 14 latach, został zbudowany. Mam nieodparte wrażenie, że koncepcja inż. Mierzwińskiego znalazła naśladowców. Wielu samorządowców myśli podobnie. Po co utrzymywać domy kultury na wsi, skoro każdy prawie mieszkaniec ma telewizor, a nawet komputer z dostępem do Internetu. Przecież to nic nie kosztuje naszej gminy. Dostęp do kultury jest bardzo bogaty. Kto ma taka potrzebę, może dowolnie wybierać pomiędzy serialami, filmami, poradnikami gotowania, debatami polityków, itp. itd. Pomińmy tu jakość programów telewizyjnych, na które widzowie nie mają żadnego wpływu. O wszystkim dziś decydują politycy. To jednak nikt nie zaprzeczy, że brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydujące znaczenie dla jakości życia i dla rozumienia problemów świata. W 1975 roku studenci Uniwersytetu Warszawskiego prowadzili badania naukowe na temat potrzeb kulturalnych młodzieży w gminie Jabłonna Lacka. Z badań tych wynikało, że młodzież chodzi do kina przede wszystkim dlatego, by spotkać się ze swoimi rówieśnikami, porozmawiać, a przy tej okazji obejrzeć film w kinie, które jeszcze funkcjonowało we wsi zanim zlikwidował je wszechogarniający rak telewizyjny. Teraz wystarczy browarek ,kanapa i pilot do telewizora. Na rozmowę z drugim człowiekiem ,na przeczytanie książki szkoda czasu.

środa, 28 stycznia 2026

 

 Zmarł Janusz Nowicki były dyrektor Departamentu Domów Kultury i Bibliotek  Ministerstwa Kultury i Sztuki
21:14 (3 minuty temu)
Znałem Go gdyż całe lata  pracowałem razem nad cywilizacyjnym rozwojem mieszkańców Podlasia i wschodniego Mazowsza . On w  Warszawie w Ministerstwie Kultury i Sztuki ja 100 kilometrów   od stolicy na wschodnich kresach Rzeczpospolitej Razem walczyliśmy z cenzurą  i biurokracją ograniczającą ludzkie inicjatywy.  Janusz jak niewielu ówczesnych urzędników szczebla centralnego rozumiał i wspierał kulturę na polskiej prowincji, na wsi i w małych miasteczkach.. Tam gdzie była uboga i bardzo potrzebna.. Potrafił wprowadzić do planów gospodarczych Polski budowę nowego kina w  Minsku Mazowieckim i Szkołę Muzyczną w Siedlcach. Szczególną troską otaczał  program remontów  zabytkowych dworów ,i pałaców a  w  nich organizację bibliotek ,muzeów i domów kultury Pomnikowymi dziełami Dyrektora Janusza Nowickiego pozostaną na wieki zabytkowy ratusz w Maciejowicach ocalony i zaadaptowany na muzeum T Kościuszki, biblioteka w    Węgrowie w  zabytkowym domu kupców Gdańskich i Dom Pracy Twórczej Reymontówka w Chlewiskach.  Jako nauczyciel z zawodu  dbał o rozwój ciągłe doskonalenie kadry animatorów kultury stwarzając im szansę studiowania na uczelniach artystycznych i uniwersytetach. Przy tym wszystkim był  niezwykle  życzliwy  na ludzkie potrzeby. W tamtych czasach w których zbyt dużą rolę widziano w propagandzie  kultury  wielkomiejskiej Janusz dostrzegał wartości  jakie wnoszą do kultury narodowej  twórcy ludowi,, muzycy orkiestr OSP, członkowie amatorskich  zespołów artystycznych  .Takich działaczy kultury dziś nie zobaczysz i dlatego to wielka strata dla nas wszystkich ludzi myślących i  społecznie wrażliwych  jak śp. Janusz Nowicki. Pozostanie w naszej pamięci.


i
--

środa, 21 stycznia 2026

  W grudniowym numerze tygodnika Angora ukazał się mój tekst o leśniku z  Holenderni panu Jankowskim ,którego druku odmówiły lokalne gazety i portale internetowe .którym posłałem go na zasadzie pro publico bono  by zapoznały swoich czytelników z ciekawymi historiami naszych rodaków Tak wygląda misja edukacyjna prawicowych komunikatorów. Cieszy mnie że moje teksty drukują centralne i zagraniczne  pisma chociaż piszę o sprawach lokalnych. jak ostatnio  Wspomnienia dyrektora domu kultury w Angorze. i o  "Paniczu" Heleny Mniszek w Kurierze Galicyjskim na Ukrainie

Od pani Leokadii Tykockiej ,kierującej siedlecką redakcją Trybuny Mazowieckiej dostałem prestiżowe dla mnie zadanie. Miałem wyszukać i
opisać do świątecznego numeru gazety jakiegoś weterana pamiętającego
wigilię  Bożego Narodzenia z  czasów wojny i okupacji .Ochoczo wziąłem
się za realizację zadania, które mieściło się w moich
zainteresowaniach. Z  wielu rozmów z żyjącymi jeszcze Żołnierzami AK i
moim zwierzchnikiem Lucjanem Maraskiem- V-ce przewodniczącym prezydium
powiatowej rady narodowej w Sokołowie uzyskałem adres i namiary na
pana Jankowskiego- leśniczego w Holenderni. gm Sterdyń. Lucjan znał
leśnika oraz jego wojenne i okupacyjne dzieje więc ułatwił mi kontakt
z człowiekiem ,który o swoich przeżyciach nie z każdym chciał
rozmawiać .Przyjął mnie gościnnie, ale już po pierwszym pytaniu
zderzyłem się ze skromną wiedzą o naszej historii .Moją ze szkół i
Jankowskiego z jego z życia  .  Na pytanie czy pamięta pan wieczerzę
wigilijną z czasów okupacji   odpowiedział pytaniem ; pamiętam ,ale o
którą okupację pan pyta ? Urodziłem się w polskiej rodzinie na Litwie
i odwołując się do poematu Adama Mickiewicza  „ Litwo Ojczyzno moja
przeżyłem 4 okupacje .Encyklopedycznie wymienił wszystkie z datami ,od
buntu Gen. Żeligowskiego po niemiecką okupację Wilna o wyzwolenie
którego walczył w szeregach AK   ,by następnie uciekać do Polski przed
kolejnym okupantem  wyłapującym sojuszników operacji „Ostra Brama”
Udało się z kilkoma kolegami -leśnikami uciec z transportu na Sybir i
ruszyli przez puszczę Rudnicką i Białowieską do  Polski .Żywiąc się
pędrakami i roślinami wygłodzeni i zmęczeni długą drogą dotarli w
Wigilię Bożego Narodzenia 1944 roku na stację kolejową w Białymstoku.
A tu żołnierze radzieccy wprost z wagonów rozdają ludziom chleb.
Osłabiony głodem i odurzony zapachem czarnego wojskowego chleba
podszedłem i ja do wagonu wyzwolicieli i wyciągnąłem rękę po
upragniony chleb czego do dziś nie mogę sobie darować zakończył
powieść leśniczy Jankowski z poleceniem bym napisał jak mówił. Tak
zrobiłem i zadowolony pognałem do Siedlec oddając tekst i zdjęcia do
redakcji. Zdjęcia zrobiłem przy okazji zaproszony przez leśniczego do
przejażdżki dwukółką po lesie w którym trwały prace. W świątecznym
magazynie Trybuny Mazowieckiej ilustrowały artykuł o zwalczaniu
szkodników leśnych.
--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
https://waclawkruszewski.blogspot.com/
mail: waclawkruszewski@gmail.com
tel: 516 134 365

niedziela, 18 stycznia 2026

 brak tematu)

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

niedz., 21 gru 2025, 18:27
do Jacek
-Te moje wspomnienia ukazały się w ostatnim numerze tygodnika Angora. Dlaczego mając je za darmo żadna lokalna gazeta nie ma odwagi ich publikować. Jeśli wiecie -napiszcie a za opinię prześlę wspaniały album satyrycznych rysunków Andrzeja Markusza

    Z bardzo wielu imprez jakie miałem przyjemność organizować z
pracownikami domu kultury w latach jak mówią teraz „słusznie
minionych” w mojej pamięci  pozostało  ledwie kilka. Zastanawiam się
jak to się dzieje, że nie pamiętam np. koncertu Czesława Niemena a
dobrze pamiętam występy bułgarskich piosenkarek Krasymiry Minewy i
Margaret Nikołowej Nie wiele  pamiętam ze wspaniałego koncertu
orkiestry jazzowej Gustawa Broma z solistami Heleną Vondraczkową i
Karolem Gottem a dobrze pamiętam ,ze  chór  filharmoników z Nowo
Sybirska wystąpił w Sokołowie w czarnych garniturach i jasnych
brązowych pantoflach hurtem zakupionych w Warszawie. Pamiętam
Trubadurów” ,bo w czasie ich występu  tuż za ich plecami runęła z pod
stropu sceny metalowa sztanga z maskującą kurtyną. Pamiętam jak Jacek
Fedorowicz  po słowach że jest  gotów stanąć na głowie by rozbawić
sokołowską publiczność .zeskoczył ze sceny i przed  p. Jadzią
Maraskową  stanął na rękach a następnie przedefilował w ten sposób
przed pierwszym rzędem widzów. Pamiętam  dyskusję p. Mirka Zalewskiego
z Jerzym Ofierskim .Zalewskiemu , wówczas pracownikowi  Rolniczej
Spółdzielni Produkcyjnej w Morszkowie, nie podobała się prześmiewcza
krytyka sołtysa  Kierdziołka pod adresem rolników więc  wszedł na
scenę i obsobaczył popularnego w Polsce artystę. Dostał burzliwe brawa
 widzów i podziękowania od władz powiatowych. I tak przywołując dawne
imprezy odnalazłem klucz otwierający wspomnienia dobre i nie zawsze
dobre. Obok wartości artystycznych  w formie i w treści musiało coś
się wydarzyć co zawładnęło pamięcią i nie daje się usunąć. Zona
twierdzi ,ze jak na swoje lata mam  doskonałą pamięć. Tylko żałuje, że
to pamięć wsteczna bo nie pamiętam co miałem zrobić na działce mimo
ciągłego przypominania. Może i tu trzeba poczekać na jakiś incydent
który zaburzy proces myślenia i uaktywni leniwe zwoje mózgowe. Chyba
nie jest żle ,bo właśnie sobie przypomniałem ,że mam podlać kwiatki i
to nie po liściach. Odkąd przekwitło w naszym ogrodzie 936 tulipanów
,na róże ,piwonie i lilie starczy dziesięć konewek wody i znowu będę
mógł snuć wspomnienia ..Piszę ten felietonik w przeddzień święta
Bożego C iała i przypomniała  mi się reakcja ks Kazimierza Gasika,
który przed laty podziękował mi osobiście za bogaty program imprez
artystycznych jaki dom kultury przygotował na to święto. To było
mistrzostwo dyplomacji ze strony duchownego. Wiedział przecież
doskonale, że partyjne kierownictwo powiatu co roku z uporem wymusza
na instytucjach oświaty , kultury i sportu przygotowanie atrakcyjnych
imprez mających odciągnąć młodzież od coraz to większych i okazalszych
procesji. Skorzystałem z metody księdza Gasika i w komitecie
pochwaliłem się jego uznaniem dla domu kultury, Odtąd nie było już
nacisków na organizowanie imprez w czasie mszy i procesji  święta
Bożego  Ciała. Chociaż jeszcze parę lat trzeba było poczekać by na
koncercie dla budowniczych kombinatu mięsnego obok siebie zasiedli  I
sekretarz KP. PZPR w Sokołowie Henryk Bereza i ksiądz  proboszcz
Stanisław Pielasa.  Było tak !  W 1974 roku zakończono budowę Zakładów
Mięsnych – sztandarowej inwestycji w sektorze spożywczym Edwarda
Gierka. .Lokalizacje tej inwestycji zawdzięczamy największemu”
zaświnieniu” powiatu. Musiało być 100 sztuk świń na 100 hektarów
użytków rolnych. .Taki warunek postawili decydenci. I było ! Hodowano
świnki w stodołach, w budowanych naprędce oborach i chlewniach. Nawet
w garażach zestawianych wg pomysłu Inż. Franciszka Łomży  z
betonowych elementów przystanków autobusowych. W tej wielkiej robocie
nie zabrakło od początku do końca Powiatowego Ośrodka Kultury.. Od
zabicia palików przez geodetów na polach PGR wytyczających zarysy
głównych obiektów, po otwarcie zakładów i uroczysty koncert dla
budowniczych. Robiliśmy zdjęcia Organizowaliśmy wycieczki i imprezy
dla międzynarodowej grupy budowniczych..Udostępniliśmy mieszkanie dla
pani Liljen Frankowski - asystentki dyrektora inwestycji pana Józefa
Kępy..Zapracowaliśmy w ten sposób na doskonałą aparaturę nagłaśniającą
i dyskotekową firmy Dynacord o  ówczesnej wartości  17 500 DM.. Do
magazynów Hardwiga w woj. Zielonogórskim trzeba było wysłać dwie”
Nysy” by ten sprzęt przywieżć do Sokołowa. Póżniej zarabialiśmy na
jego wypożyczeniach np. do Ursusa do Estrady Warszawskiej na różne
masowe imprezy w całym województwie warszawskim .Ale koncert na
zakończenie budowy kombinatu mięsnego utrwalił się w mojej pamięci za
sprawą podziału miejsc w pierwszym rzędzie. Fundator koncertu p.Józef
Kępa zażyczył sobie by zasiadł w pierwszym rzędzie obok I sekretarza
komitetu powiatowego PZPR Henryka Berezy i księdza proboszcza
Stanisława Pielasy .Na moją uwagę, że to niemożliwe by Ci dwaj znani
ze swoich przekonań i praktyk przywódcy lokalnej społeczności chcieli
usiąść ,na publicznej imprezie obok siebie p. Kępa odpowiedział
pytaniem A czy to żle?   Przecież z każdym z nich moja firma dobrze
współpracowała w całym dziele budowy kombinatu. i każdemu chcę teraz
podziękować. .Firma Epstein z Chicago zbudowała księdzu proboszczowi
w jedna noc betonową wieżę

na kościele  a pan sekretarz dostał 1200 nowych miejsc pracy Czy to
żle ?- Pewnie że nie żle ,ale u nas nie ma takiego obyczaju .-
odpowiedziałem !  To trzeba go wprowadzić i nie obawiajcie się tego.
Jak pana wyrzucą z pracy dostanie pan u mnie stanowisko , dwa razy
większe wynagrodzenie  i samochód do dyspozycji. Spełniłem życzenie
fundatora i odprowadziłem na wskazane miejsca liderów partii i
kościoła. Zasiedli po obu stronach gospodarza imprezy p. Kępy. Jak się
okazało ,skandalu nie było bo muzyka łagodzi obyczaje.. a jazzowa
podobno budzi z letargu .Ksiądz z sekretarzem zgodnie oklaskiwali
występy znakomitego zespołu „Vistula Riwer Jazz Band „Byłem zadowolony
że  udało się w 1974 roku w moim mieście doprowadzić do zbliżenia
partii z kościołem, chociaż na krótko. bo koncert trwał niespełna 2
godziny.

Wacław Kruszewski

niedziela, 4 stycznia 2026

 

 

 

 

Pierwsze amerykańskie filmy w Sokołowie Tak było !

 

 

Początek lat sześćdziesiątych. Dom Kultury ciągle w budowie, ale już są chętni do jego adaptacji na Centrum Handlowe MHD, bowiem budowa się ślimaczy, a kultura, jak zawsze, nie ma pieniędzy. Co robić? Jak uratować obiekt dla kultury? Wpadam na pomysł, by w jako tako już wykończonych pomieszczeniach, bez budżetu, etatów i wyposażenia coś robić, by zaistnieć. Wprowadzamy się do 2 pokoi. Zaczynamy od remontu jednego        z nich – narożnej sali na I piętrze. Trzeba przełożyć „parkiet” spuchnięty po ostatnich deszczach. Bo trzeba wiedzieć, że w planowej gospodarce, zgodnie z harmonogramem dostarczono parkiet, ale nie dostarczono na czas dachówki. Ułożono więc parkiety, ba - nawet wykonano gipsowe sztukaterie, ale nie dokończono pokrycia dachowego. Za zdobyte gdzieś pieniądze, przełożyliśmy parkiet i pomalowaliśmy pokój. Mamy więc ponad 60-metrową salę. Przeznaczamy ją na młodzieżowy klub.  Związku Młodzieży Wiejskiej” Amigo” Zaczynamy! Od Andrzeja Sałajczyka (kadrowca w Wojewódzkim Zarządzie Kin w Warszawie), dostałem 16 mm projektor  a od Wojtka Paczuskiego z Klubu studentów Stodoła dowiedziałem się o możliwościach bezpłatnych wypożyczeń filmów dokumentalnych  z Ambasady USA. Wysłałem   więc  do 6 ambasad krajów socjalistycznych i dwóch kapitalistycznych (USA i Finlandii), listy  z prośbą o wypożyczenie  tych filmów . Bowiem chcieliśmy rozpocząć cykl imprez pt. „Wędrujemy bez wiz i paszportów”. Pokazy miały chociaż  w ten sposób, spełnić marzenia wielu sokołowian o wyjazdach za „żelazną kurtynę” – w tamtych czasach nierealne, bo wiz ani paszportów nie było.

 

Po 2 tygodniach z ambasady amerykańskiej przyszedł spory katalog, zawierający ponad 100 tytułów filmów z różnych dziedzin, oferowanych do wypożyczenia bez żadnych opłat i problemów. Wystarczy wybrać tytuły i odebrać je z ambasady. Poczułem się kimś ważnym. Wsiadam na Junaka z koszem, nasz służbowy pojazd, i wyruszam do Warszawy w Aleje Ujazdowskie. Parkuję przed budką strażnika ,pilnującego by pracownikom ambasady nie stała się żadna krzywda w Warszawie,i bez specjalnych przeszkód dostaję się do budynku. Odbieram pudła z krążkami taśm, ładuję do Junaka i uskrzydlony wracam do Sokołowa. Wieczorem puszczam kontrolną projekcję dla towarzysza K. z Wydziału Propagandy oraz Michała Woźniaka, który w tym czasie był I sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR. Film był o Parku Narodowym w Yellowstone. Wszystko w porządku – grizzli nie nosi uszatki z czerwoną gwiazdą, wiewiórki nie są agentkami wywiadu, a szop-pracz pierze tylko własne jedzenie, a nie nasze  brudy. Nie ma śladu imperialistycznej propagandy ani nawet drobnych aluzji.

Werdykt – film nadaje się do publicznej projekcji. Następnego dnia film wyświetlany jest przy pełnej widowni. Nabieram wiatru w żagle, cieszę się, że pomysł chwycił i taką samą drogą i tym samym środkiem transportu przywożę jeszcze kilka filmów. I tu zaczynają się schody. Zostaję wezwany na dywanik do towarzysza Feliksa Ch., ówczesnego szefa służby bezpieczeństwa. Dostali właśnie meldunek z Warszawy, że motocykl marki Junak z sokołowską rejestracją parkowany bywa przed ambasadą USA, a kierowca bezczelnie, w biały dzień, wynosi z obiektu tajemnicze pudła. Trzeba sprawdzić, co to za „szpion”, jaki materiał jest wynoszony i gdzie jest skrzynka kontaktowa. Po skrupulatnym śledztwie okazuje się, że skrzynką jest Powiatowy Dom Kultury, a „szpionem” jej dyrektor. Bezpieka jest bardzo czujna. Zarzucają mi, że za promocję filmów amerykańskich dostaję dolary. Jestem więc płatnym agentem amerykańskiej ambasady. Zarzut jest bardzo poważny i brzemienny w skutkach. Wystraszony relacjonuję wszystko bardzo dokładnie i dochodzi do wstępnych pokazów. Mówię, że filmy były komisyjnie oglądane i powołuję się na towarzysza K. oraz na pana Michała W. Wzywają na przesłuchanie szefa Wydziału Propagandy KP PZPR, ale on, ku memu zdziwieniu oświadcza, że nigdy nie brał udziału w pokazach i nie są mu znane filmy z wrogiego obozu. Robi mi się gorąco, bo cóż znaczą zapewnienia dwudziestoparoletniego młokosa przeciwko słowom wypróbowanego działacza. Czekam już tylko na zeznania drugiego „jurora”. Pan Michał mężnie jednak przyznaje się do oglądania „wrażych” filmów i zapewnia, że były one naprawdę apolityczne. To mi ratuje skórę, ale też rozkłada popularną w Sokołowie imprezę.    A reperkusje są szersze. Po pierwszym sokołowskim eksperymencie, kierownik Wydziału Kultury WRN w Warszawie, Aleksandra Forbert-Koftowa, wydaje zarządzenie, zabraniające kierownikom placówek kultury, bezpośredniego kontaktu z ambasadami. Tak, że ani   z wizami, ani bez nich, społeczeństwo nie ma prawa wyściubiać nosa poza szczelną kurtynę.

PS. Pozostałe ambasady, oprócz fińskiej, nigdy nie odpowiedziały na moje pisma.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

 

W cyklu ,,Patroni naszych ulic” proponuję naszym czytelnikom mały spacerek po jednej z najstarszych ulic Sokołowa Sokołowa

         Rozpoczynamy od pomnika księdza Brzóski i Franciszka Wilczyńskiego, straconych w tym miejscu 23 maja 1865 roku. Pomnik wzniesiono ze składek społecznych. Komitet budowy, na czele z burmistrzem Janem Pędzichem, przedstawiamy w kąciku ,,Urok starych fotografii”. Odsłonięcie pomnika odbyło się w 60 rocznicę stracenia bohaterskich synów podlaskiej ziemi, najdłuższej walczących o niepodległą Polskę w powstaniu styczniowym 1863 roku.

         Naprzeciwko pomnika, przy ulicy Franciszka Wilczyńskiego, stoi czteropiętrowy blok nr 1, tzw. rotacyjny, zbudowany w latach siedemdziesiątych według projektu Zdzisława  Laksa - architekta powiatowego w Sokołowie. Zaraz po wyzwoleniu były tu kasy biletowe i poczekalnia PKS oraz liczne kioski i stragany wciśnięte między wypalon e mury zburzonych kamienic. Dalej idąc w kierunku wschodnim mijamy Dom Rzemiosła, zajmowany obecnie przez różne sklepy i zakłady usługowe, biura Cechu i biuro parlamentarne chłopskiej Samoobrony. Uważny przechodzień zobaczy zapewne płaską płaskorzeźbę Jana Pendzicha w wianuszku taśmy filmowej. Burmistrz Sokołowa był bowiem z zawodu i zamiłowania fotografem. Sokołów zawdzięcza mu wiele. Przewodniczył on komitetowi budowy pomnika ks. Brzóski i Franciszka Wilczyńskiego, ale przede wszystkim dokumentował obiektywem wszystkie ważne uroczystości i wydarzenia. Zdjęcia Jana Pendzicha wykonane w starej technice bromowej są dzisiaj najpiękniejszym dowodem historii naszego miasta. Szkoda, że zachowały się one jedynie w prywatnych zbiorach. Część z nich udostępnił naszej redakcji Kazimierz Miłobędzki i będziemy je sukcesywnie pokazywać w każdym kolejnym numerze naszej gazety, przypominając ludzi i wydarzenia z Sokołowa lat 1915 - 1945. Następna posesja była posiadłością Ufnalów, gdzie w głębi naprawiał buty nestor sokołowskich szewców, pan Antolik. Dalej mijamy dawną piekarnię i sklep ze znakomitymi niegdyś wyrobami piekarniczymi. Kiedy, przed paroma laty, spotkałem się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa. dziś pułkownikiem WP, Jurkiem Maksajdowskim. Przypomniał on, że jedyne, co zapamiętał na całe życie z pobytu w Sokołowie, to zapach i smak ciepłych bułeczek pana Wyganowskiego. I kolejny dom - kolejna historia ulicy Wilczyńskiego. To jeden z pierwszych, nowych budynków wyciśniętych pomiędzy żydowskie kamienice - dom państwa Benedykciuków. To tu zrodziła się zapewne jedna z wielu sokołowskich anegdot, świadcząca o wielkim poczuciu humoru sokołowiaków.

,,Pan z ptakiem, to proszę na górę, do żony” - miał mawiać pan Benedykciuk do klienta taszczącego sowę Specjalnością Benedykciuka były bowiem rowery i ich naprawa, a żony - wypychanie ptaków. Po przekroczeniu ulicy Krótkiej, kolejne sklepy i zakłady usługowe, a pośród nich od niepamiętnych czasów mieściło się w tej samej siedzibie do niedawna sklep owocowo-warzywniczy pana Głąbikowskiego. Firma Głąbikowskich przetrwała wszystkie powojenne reformy i pseudoreformy, wszystkie „bitwy o handel” prowadzone przez Ministra Hilarego Minca - (był taki, kto o nim teraz pamięta). A o Głąbikowskim, jak Sokołów długi i szeroki, wie każdy mieszkaniec. I jeśli teraz tak dużo się mówi o zdrowej żywności, to po nauki producenci i handlowcy powinni przyjechać właśnie do Sokołowa, do pana Jerzego Głąbikowskiego. Naprzeciw pierzei zamykającej tzw. Szewski Rynek, frontem do ulicy Długiej, dawniej Bohaterów Chodakowa, a jeszcze dawniej gen. Bolesława Pierackiego, stoi dawna żydowska bożnica, dziś sklep z odzieża damską i męską. Idąc dalej, ku wschodowi, mijamy drewniany budynek hotelu pani Ireny Kucewiczowej, gdzie w saloniku spotykali się przy brydżu żołnierze AK obwodu ,,Proso”, majora Franciszka Świtalskiego. Dalej się nie zapuszczałem, stąd moja niewiedza, kto mieszkał i pracował na tej ulicy od skrzyżowania w Nieciecką do jej końca. Ulica Wilczyńskiego jest bezspornie jedną z najstarszych ulic Sokołowa,  jej nazwa nie podlega koniunkturalnym modom politycznym i na pewno nie zostanie zmieniona. Mieszkańcy tej ulicy, jak żadnej innej, mogą być tego pewni. Na koniec kilka zdań o tym, którego imię nadano tej ulicy i z którego jej mieszkańcy mogą  być  i są dumni.

         Franciszek Wilczyński z zawodu kowal, pochodził z Węgrowa. Do powstania przyłączył się w Łukowie. Walczył w ośmiu bitwach, początkowo w partii Lewandowskiego, później cały czas z księdzem Stanisławem Brzóską, aż do pamiętnego 23 maja 1865 roku, dnia egzekucji na sokołowskim rynku. Nie opuścił swego dowódcy do ostatniej chwili. Tę ostatnią drogę wybrał sam, dając dowód wierności i oddania. Był  już bezpieczny, w lesie, który dawał szanse ukrycia przed ścigającymi ich kozakami. Pojmawszy bowiem rannego ks. Brzóskę, stracili zainteresowanie drugim uciekinierem. Jednak Franciszek Wilczyński, wierny przysiędze, widząc swojego dowódcę, krępowanego przez kozaków, wyszedł i dołączył do niego ze słowami: „Razem znosiliśmy dole i niedole, razem zginiemy za Polskę”. Tak też się stało 23 maja 1865 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim.           Wacław Kruszewski

  Rak telewizyjny, czyli dlaczego kultura choruje? Brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydując...