środa, 3 czerwca 2026

 



Zapoczątkowany przeze mnie cykl spotkań z Sokołowiakami ,którzy osiągnęli sukcesy w życiu zawodowym i społecznym przyniósł już pierwsze trwałe ślady. Jest nią niewątpliwie wydana aż we Wrocławiu kolejna książka gen. bryg. Dr Zdzisława Rozbickiego pt. „Trochę wspomnień o przeszłości mieszkańców Sokołowa Podlaskiego”Generał potwierdził swoje związki z Sokołowem i jego mieszkańcami miłym gestem.Przesłał uczestnikom wrześniowego spotkania w kawiarence „U Radka” tę właśnie książkę.Są w niej wspomnienia

dzieciństwa i lat młodzieńczych spędzonych w Sokołowie, nieznane szerzej fakty z czasów okupacji i trudnych nie rzadko tragicznych losów powojennej historii wielu sokołowskich rodzin.Dużo miejsca poświęca autor relacjom polsko- żydowskim.Znalazłem tam ciekawy opis działalności polskich kolejarzy sabotujących z narażeniem życia , .okupacyjne przepisy.Potwierdza te mało znane fakty por. Franciszek Ząbecki- kolejarz z posterunku kolejowego Treblinka w swojej książce pt „Wspomnienia dawne i nowe „ wydanej przez Instytut Wydawniczy Pax w 1977 roku Dla interesujących się historią informuję, że obie te książki są w zbiorach naszej biblioteki i warto je przeczytać by utrwalić w pamięci współczesnych kto w nieodległej przeszłości był katem a kto jego ofiarami i dlaczego tak emocjonalnie reagujemy na każdą krzywdzącą opinię o zachowaniach Polaków w czasach hitlerowskiej okupacji.Wprawdzie ta wiedza bardziej przydałaby się urzędnikom „białego domu” – piszących przemówienia prezydentowi Obamie,by ustrzec Go przed oczywistymi gafami- niż naszym rodakom.Póki jednak absolwenci Harwardu będą popisywać się publicznie taką „wiedzą”o najnowszej historii Polski trzeba pisać i wydawać takie książki jak Rozbickiego i Zabeckiego a przde wszystkim Edwarda Kopówki i ks .Pawła Rytel-Andranika: „Dam im imię na wieki”o Polakach z okolic Treblinki ratujących Żydów i przesłać je w upominku by poznali prawdę.

Kolejne spotkanie odbyło się w Bibliotece Miejskiej z prof. Janem Izdebskim –wybitnym polskim biochemikiem pracującym do niedawna w zespole zdobywcy nagrody Nobla w dziedzinie nauk medycznych w 1977 roku prof. Andrew V. Schallego Polaka urodzonego w Wilnie w 1926 roku.Ze spotkania tego ukazała się krótka notatka autorstwa Katarzyny Markusz z której nic nie wynika ponad to że takie spotkanie się odbyło.Znający publikacje redaktorki Wieści Sokołowskich byli rozczarowani.Oto do Sokołowa przyjeżdża mało znany Sokołowiakom nasz rodak z ulicy Lipowej-mający liczący się w świecie dorobek naukowy, wynalazca leku łagodzącego bóle porodowe kobiet, autor haseł do Encykloppedii,i kilkunastu artykułów zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych USA Niemiec Anglii i Japonii.W kraju ,promotor licznych doktorantów.Jeden z 4 polskich naukowców – profesorów zwyczajnych ,mających związek z ziemią sokołowską a obsługująca spotkanie redaktorka Wieści nie znajduje powodu by opisać to czytelnikom gazety pomimo, że miała dostęp do materiałów żródłowych W piśmie do profesora wyraziłem swoją delikatnie negatywną opinię o profesjonalizmie i kompetencjach redaktorki.W odpowiedzi dostałem uprzejmy list z którym warto czytelników Życia Siedleckiego zapoznać, W moim przekonaniu list ten jest potwierdzeniem ,że ciągle nie umiemy docenić i wykorzystać własnego dorobku w myśl hasła „Cudze chwalicie ,swego nie znacie ,sami nie wiecie co posiadacie” Redakcja Życia Siedleckiego daje takie możliwości więc w następnym numerze ukaże się artykuł o prof. Janie Izdebskim i Jego pracy naukowej w Stanach Zjednoczonych i w Polsce.

i

Kolejne spotkanie odbyło się w Bibliotece Miejskiej z prof. Janem Izdebskim –wybitnym polskim biochemikiem pracującym do niedawna w zespole zdobywcy nagrody Nobla w dziedzinie nauk medycznych w 1977 roku prof. Andrew V. Schallego Polaka urodzonego w Wilnie w 1926 roku.Ze spotkania tego ukazała się krótka notatka autorstwa Katarzyny Markusz z której nic nie wynika ponad to że takie spotkanie się odbyło.Znający publikacje redaktorki Wieści Sokołowskich byli rozczarowani.Oto do Sokołowa przyjeżdża mało znany Sokołowiakom nasz rodak z ulicy Lipowej-mający liczący się w świecie dorobek naukowy, wynalazca leku łagodzącego bóle porodowe kobiet, autor haseł do Encykloppedii,i kilkunastu artykułów zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych USA Niemiec Anglii i Japonii.W kraju ,promotor licznych doktorantów.Jeden z 4 polskich naukowców – profesorów zwyczajnych ,mających związek z ziemią sokołowską a obsługująca spotkanie redaktorka Wieści nie znajduje powodu by opisać to czytelnikom gazety pomimo, że miała dostęp do materiałów żródłowych W piśmie do profesora wyraziłem swoją delikatnie negatywną opinię o profesjonalizmie i kompetencjach redaktorki.W odpowiedzi dostałem uprzejmy list z którym warto czytelników Życia Siedleckiego zapoznać, W moim przekonaniu list ten jest potwierdzeniem ,że ciągle nie umiemy docenić i wykorzystać własnego dorobku w myśl hasła „Cudze chwalicie ,swego nie znacie ,sami nie wiecie co posiadacie” Redakcja Życia Siedleckiego daje takie możliwości więc w następnym numerze ukaże się artykuł o prof. Janie Izdebskim i Jego pracy naukowej w Stanach Zjednoczonych i w P

 

Rak telewizyjny, czyli dlaczego kultura choruje?  zagrożona  przez zanikający mecenat państwa nad strefą twórczości i upowszechniania kultury. W najtrudniejszej sytuacji dziś znalazły się biblioteki i domy kultury na wsi i małych miastach. Nasz apel kierowaliśmy do liderów partii politycznych, mając nadzieję, że wzbogacą swoje programy wyborcze o tak potrzebną dzisiaj – kulturę. Jej braku doświadczamy na każdym kroku, szczególnie wśród zacietrzewionych polityków, nawet tych z tytułami profesorskimi. Widać to w programach telewizyjnych, w transmisjach z obrad Sejmu. Nie umiemy ze sobą rozmawiać bez agresji, pomówień i kłamstw. Nie umiemy pięknie się różnić w sprawach, co do których mamy różne poglądy. Moim zdaniem przyczyną jest zanik kultury przede wszystkim wśród tych, którzy za nią odpowiadają. A odpowiedzialność ta należy do elity społecznej, do liderów środowisk w których żyją i działają. Zasłużenie czy nie, uchodzę za takiego lokalnego lidera w środowisku pracowników kultury, z którymi pracowałem w Sokołowie i Siedlcach przez 42 lata mojej aktywności zawodowej. Dlatego ,w miarę swoich skromnych możliwości, staram się by doceniano pracę bibliotek, domów kultury, świetlic i klubów szczególnie tych najmniejszych działających na wsi. W latach sześćdziesiątych założyliśmy ich ze Zdzisławem Lechem – przewodniczącym Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Wiejskiej 46 w powiecie sokołowskim. Po połowie – Klubów Rolnika, utrzymywanych przez Gminne Spółdzielnie i Klubów Ruch – koncernu RSW Prasa Książka „Ruch” Nie ostał się żaden. Zmarła niedawno śp. Lucyna Maksimiak doprowadziła Wiejski Klub Rolnika w Hołowienkach do pierwszego miejsca w Polsce. Do dziś mieszkańcy wsi i aktorzy Teatru Ziemi Mazowieckiej z sentymentem wspominają wzajemne przyjacielskie kontakty zapoczątkowane realizacją konkursu „Wieś bliżej teatru” Brak takich bezpośrednich ludzkich kontaktów mieszkańców wsi z artystami, pisarzami, dziennikarzami dodatkowo zubaża intelektualną kondycje wiejskiego elektoratu, ulegającego wszelkiej demagogicznej manipulacji przed wyborami. Kto pamięta pobyty w sokołowsko-podlaskich wsiach pisarzy: Jana Gerharda, Wojciecha Żukrowskiego, Cezarego Chlebowskiego, Edwarda Redlińskiego; aktorów: Stanisława Mikulskiego, Wacława Kowalskiego, Leonarda Pietraszaka, Ryszarda Pietruskiego, Ryszarda Filipskiego i wielu, wielu innych w organizowanych przez biblioteki i kluby kultury spotkaniach literackich pod nazwą „Niedziel na wsi”, ten wie, jaka była przyjazna atmosfera tych spotkań, jaka wzajemnie wartościowa wymiana poglądów. Z nastaniem nowego modelu upowszechniania kultury zmieniły się metody kontaktów społecznych. Pamiętam, jak na jednej z narad w sprawie braku pieniędzy na kontynuację budowy domu kultury w Sokołowie, przewodniczący Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej inż. Mierzwiński, wyraźnie rozeźlony moimi wypowiedziami oświadczył: „jeśli chcecie mieć dostęp do kultury w Sokołowie, to zaprenumerujcie każdemu mieszkańcowi miasta „Trybunę Ludu”. Będzie taniej i skuteczniej”. Z propozycji nie skorzystaliśmy i dom kultury, chociaż po 14 latach, został zbudowany. Mam nieodparte wrażenie, że koncepcja inż. Mierzwińskiego znalazła naśladowców. Wielu samorządowców myśli podobnie. Po co utrzymywać domy kultury na wsi, skoro każdy prawie mieszkaniec ma telewizor, a nawet komputer z dostępem do Internetu. Przecież to nic nie kosztuje naszej gminy. Dostęp do kultury jest bardzo bogaty. Kto ma taka potrzebę, może dowolnie wybierać pomiędzy serialami, filmami, poradnikami gotowania, debatami polityków, itp. itd. Pomińmy tu jakość programów telewizyjnych, na które widzowie nie mają żadnego wpływu. O wszystkim dziś decydują politycy. To jednak nikt nie zaprzeczy, że brak bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, jakie oferują placówki kultury, ma decydujące znaczenie dla jakości życia i dla rozumienia problemów świata. W 1975 roku studenci Uniwersytetu Warszawskiego prowadzili badania naukowe na temat potrzeb kulturalnych młodzieży w gminie Jabłonna Lacka. Z badań tych wynikało, że młodzież chodzi do kina przede wszystkim dlatego, by spotkać się ze swoimi rówieśnikami, porozmawiać, a przy tej okazji obejrzeć film w kinie, które jeszcze funkcjonowało we wsi zanim zlikwidował je wszechogarniający rak telewizyjny. Teraz wystarczy browarek ,kanapa i pilot do telewizora. Na rozmowę z drugim człowiekiem ,na przeczytanie książki szkoda czasu.

Początek formularza













Dół formularza

Dół formularza






 

Ocalić od Zapomnienia

Niedawno w telewizji pokazali- już nie pierwszy raz -polsko-rumuński film pt” Złoty pociąg”Interesujący to film opisujący wojenne losy „polskiego złota” wywiezionego do Anglii we wrześniu 1939 roku.Twórcy filmu w sensacyjnej formie ukazali zmagania polskich i rumuńskich funkcjonariuszy służb specjalnych z niemiecką agenturą i dyplomacją mającą olbrzymią chęć zawłaszczenia skarbu polskiego banku narodowego.- 82 ton złota w sztabach Historia polskiego złota znana jest wszystkim interesującym się drugą wojną światową,ale nie wielu wie, że w tej historii znaczący udział miał nasz rodak Krystyn Ostrowski –syn dziedzica Korczewa.

Akcja ratowania polskiego złota rozpoczęła się 5 września 1939 roku w Warszawie.Ze skarbca banku na 12 wynajętych i zarekwirowanych samochodów cieżarowych i miejskich autobusów żołnierze i pracownicy banku przenieśli umieszczone w zapląbowanych skrzynkach sztabki złota .w workach pieniadze i papiery wartościowe i wyruszyli pod ochroną wojskową do Rumunii,która nie tylko zgodziła się przyjąć polskich uchodźców wojennych ale też polski skarb narodowy.Nie była to decyzją łatwa,skoro neutralna Szwecja odmówiła przyjęcia polskiego skarbu.Hitlerowscy dyplomaci uznali Skarb polskiego banku za zswoją wojenna zdobycz i starali się zastraszyć władze państw neutralnych przed podjeciem jakiej kolwiek formy pomocy ,nawet humanitarnej. Decyzję tę premier Rumunii przepłacił życiem zamordowany przez rodzimych faszystowskich bojówkarzy.Droga wiodła przez Lublin, Łuck, Dubno, Śniatyń aż do portu Konstancji ,gdzie czekał na cenny ale i niebezpieczny ładunek- francuski okręt Kolumna samochodów przemieszczała się bocznymi drogami, najczęściej nocą a i tak była ciągle bombardowana przez niemieckie samoloty.Jednym z szoferów okazał się niemiecki agent naprowadzający na nią samoloty z czarnymi krzyżami ,Mający zadanie ochrony transportu major Bobryk poradził sobie z niemieckim agentami .a jego kolega” po fachu” –rumuński policjant Munteanau zdekonspirował piękną polską pracowniczkę banku –będącą na służbie niemieckiego wywiadu.Nie będę jednak streszczał filmu Bohdana Poręby-ale zachęcam do jego obejrzenia na Yutubie, bowiem w ciekawej ,sensacyjnej formie ukazuje on kawałek naszej historii w którego „ złotym „epizodzie brał udział Krystyn Ostrowski syn właściciela Korczewa.Był bardzo przydatny w czasie podróży przez kilka krajów Europy ze względu na znajomość języków obcych i kontakty jakie miał w sferach dyplomatycznych i arystokratycznych krajów przez które trzeba było polski skarb bezpiecznie przetransportować.Opis tej podróży można znaleźć na stronie Pałacu w Korczewie skąd za zgodą uczestniczki tej eskapady hr.Beaty Ostrowskiej – Harris przytaczam czytelnikom interesującym się historią naszej małej i wielkiej Ojczyzny.

W dniu 4 września 1939 roku u premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego zameldowali się pułkownicy Ignacy Matuszewski i Adam Koc oraz minister handlu Henryk Floyar-Rajchman. Wszyscy zaliczali się do czołówki polityków obozu rządzącego. Oznajmili premierowi, iż z polecenia ministra skarbu i wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego podjęli się zadania ewakuacji złota Banku Polskiego z Warszawy. Jeszcze tego samego dnia autobusami należącymi do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych wywieziono z Warszawy pierwszą dużą partię złota. Skierowano ją do Brześcia n. Bugiem. Trasa wiodła przez Siedlce i to tam prawdopodobnie płk Matuszewski zboczył do Korczewa i namówił Krystyna Ostrowskiego, aby dołączył do „złotego” transportu. Czym kierował się pułkownik angażując hrabiego w akcję ewakuacji złota, nie wiemy. Można przyjąć, iż uznał, że Krystyn Ostrowski będzie osobą przydatną w pokonywaniu różnych przeszkód na zagranicznym etapie akcji ewakuacyjnej. Już wówczas prawdopodobnie zdawano sobie sprawę, że złoto trzeba będzie ewakuować przez Rumunię i kraje Bliskiego Wschodu do Francji. Ostrowski, który znał położone tam kraje, władał językami obcymi i miał rozliczne znajomości z racji swej pracy w agendach Ligi Narodów, mógł okazać się osobą niezastąpioną.

Do transportu polskiego złota dołączył Krystyn Ostrowski, jego żona Wanda, nieletnia córka Beata i matka Helena z Tyszkiewiczów Ostrowska. Poruszali się w kolumnie ewakuacyjnej własnym samochodem, który towarzyszyć im miał aż do Portugalii. Niestety, niewiele wiadomo o udziale Krystyna Ostrowskiego w „odysei” polskiego złota. Towarzyszył transportowi skarbu Banku Polskiego aż do Bejrutu, gdzie znalazł się on pod opieką sojuszników francuskich. Jego rola musiała być znaczna, skoro uczestniczył w naradach kierownictwa transportu, podczas których podejmowano ważne decyzje pozwalające ujść pogoni niemieckich agentów i skutecznie pokrzyżować plany przechwycenia skarbu przez władze niemieckie i sowieckie.

Po szczęśliwym wywiezieniu skarbu Rzeczypospolitej płk Matuszewski dotarł do Paryża, gdzie funkcjonował już rząd polski na uchodźstwie. Zamiast pochwał czekały go tam jednak zarzuty, m.in. za włączenie familii Ostrowskich do transportu i pokrywanie z kasy państwowej ich wydatków. Matuszewski w pisemnym wyjaśnieniu przyznał, iż Ostrowscy zostali włączeni do transportu, ale zarazem dodał, że: „Ponieważ osoby te dzieliły pracę, warunki niebezpieczeństwa transportu na równi z innymi, a kwoty, jakie posiadały ze sobą, nie odbiegały od zgłoszonych przez niektórych pracowników Banku, tedy potraktowałem ich na równi ze stałym personelem”.

Jak ustalił prof. Wojciech Rojek, zarzuty stawiane Matuszewskiemu nie miały istotnego uzasadnienia, skoro ogólne wydatki związane z przewiezieniem złota były mniejsze niż wyniosłyby koszty przewozu i asekuracji tak cennego ładunku w warunkach pokojowych.

Beata Ostrowska Harris, która jest obecnie jedynym żyjącym uczestnikiem tej niezwykłej eskapady, pamięta, iż podróżowali w ciągłej obawie przed bombardowaniami. Ich samochód wypełniony szklanymi zbiornikami benzyny był istną bombą, która mogła eksplodować i zabić wszystkich w razie zwykłego wypadku lub niemieckiego nalotu. Nie godzi się również z opinią, iż rodzice korzystali w jakiś szczególny sposób z pomocy finansowej kierowników transportu. Pamięta, iż matka, aby pokryć koszty pobytu w Bejrucie, musiała sprzedać cenną kolię.

Po wyjeździe Krystyna Ostrowskiego do Francji w Polsce przebywała tylko hrabianka Renata Ostrowska, która pracowała jako pielęgniarka w warszawskim Szpitalu Maltańskim. Niosła pomoc rannym żołnierzom i cywilom, których w dniach oblężenia stolicy było coraz więcej. W swoich wspomnieniach opisała dramatyczny epizod owych tragicznych dni, kiedy to tuż obok niej wybuchł niemiecki pocisk; cudem uniknęła wówczas śmierci.

Po zakończeniu kampanii wrześniowej i nastaniu niemieckiej okupacji dobra korczewskie zostały oddane w zarząd niemiecki. Ponieważ na pobliskim Bugu przebiegała granica pomiędzy strefą okupacji niemieckiej i sowieckiej, w pałacu ulokowali się niemieccy pogranicznicy. Żołdacy bezceremonialnie obchodzili się z pałacem, dewastując niedawno z tak wielkim trudem odremontowane wnętrza. Ku ich zaskoczeniu jesienią 1939 r. w pałacu pojawiła się Renata Ostrowska, żądając rozmowy z dowódcą. Gdy ten się zjawił, spokojnie oświadczyła, iż jest właścicielką i zamierza ponownie zamieszkać w swej rezydencji. O dziwo niemiecki oficer zgodził się spełnić jej życzenie i wkrótce wojsko zwolniło pokój ojca, w którym zamieszkała. Niestety, warunków do pobytu na stałe w pałacu nie było. Niemieccy żołdacy panoszyli się wszędzie, zachowywali się ordynarnie i hałaśliwie, niszczyli wyposażenie pałacu. Renata Ostrowska opuściła Korczew, a wkrótce i Polskę. Wyjechała do Włoch jako członek Zakonu Maltańskiego, aby złożyć sprawozdanie z jego działalności na terenie Polski. Z Włoch pojechała do Francji, gdzie po raz pierwszy od wielu miesięcy spotkała się z najbliższą rodziną.

Dla tysięcy polskich uchodźców Francja miała być ostatnim etapem ich wojennej ucieczki. Spodziewano się, że alianci zachodni szybko pokonają Niemcy i będą mogli wrócić do Polski. Niestety, losy wojny potoczyły się inaczej. 10 maja ruszyła wielka ofensywa niemiecka na Francję, Belgię i Holandię. Bardzo szybko siły alianckie zostały oskrzydlone i zmuszone do bezładnego odwrotu. Polscy uchodźcy cywilni raz jeszcze musieli uciekać przez pancernymi czołówkami Wehrmachtu.

Dzięki temu, iż Ostrowscy dysponowali własnym samochodem, mogli szybko wyjechać na zachód i dotrzeć do granicy hiszpańskiej i dalej do Portugalii, na samym krańcu Europy. Władze portugalskie umieściły ich w ośrodku dla uchodźców wojennych w Caldas da Rainha. Pobyt Ostrowskich w Portugalii przedłużył się do kilku lat. Jedynie losy Renaty potoczyły się inaczej. Z Francji w 1940 r. wyjechała do Casablanki w Maroku, skąd po pewnym czasie przedostała się do Wielkiej Brytanii.

O pobycie Ostrowskich w Portugalii znajdujemy kilka wzmianek w interesujących pamiętnikach Stanisława Schimitzka, przedwojennego szefa Departamentu Administracyjnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Portugalii kierującego z ramienia rządu polskiego Komitetem Opieki nad Uchodźcami oraz akcją pomocy humanitarnej dla rodaków pod okupacją niemiecką. Portugalia była krajem neutralnym i dzięki temu istniała możliwość wysyłania do kraju paczek z pomocą żywnościową i odzieżową.

Schimitzek pisze, iż w działalność charytatywną zaangażował się Krystyn Ostrowski. Dzięki swemu wykształceniu, obyciu towarzyskiemu i znajomości języków brał udział w pertraktacjach z władzami portugalskimi i uczestniczył w pracach polskiego komitetu i Komitetu Międzysojuszniczego, który koordynował działalność charytatywną dla obywateli państw koalicji antyniemieckiej przebywających na terenie Portugalii.

Schimitzek zadowolony był z pomocy Ostrowskiego, zaprzyjaźnił się z nim, samochodem Krystyna razem wyjeżdżali na niedzielne turystyczne wypady. Wanda Ostrowska również nie marnowała czasu. Oddała się swojej artystycznej pasji. Jej akwarele wystawiane były z powodzeniem w lizbońskiej galerii przy rua San Pedro de Alcántara. Obrazami hr. Ostrowskiej udekorowano pomieszczenia polskiej świetlicy w Lizbonie.

Dla postawy Ostrowskich w tym okresie znamienny jest fakt, iż w czasie, gdy obawiano się niemieckiej inwazji na Portugalię, zgodzili się odstąpić swe miejsce w transporcie ewakuacyjnym do Anglii osobom bardziej zagrożonym represjami nazistów. W tym trudnym okresie, kiedy wynik wojny był niepewny, Krystyn Ostrowski mógł mieć również powody do satysfakcji. Gdy przez Lizbonę przejeżdżał pewien Amerykanin wracający z okupowanej Polski, wręczył urzędnikom polskich placówek opiekuńczych w Lizbonie oryginalne pokwitowania odbioru odzieży wysłanej z Portugalii przez „hrabiego Ostrowskiego”. Był to dowód, że wysyłana z krańców Europy pomoc dla rodaków w kraju rzeczywiście dotarła.

Kres portugalskiego rozdziału w wojennej epopei Ostrowskich nastąpił w 1942 r., kiedy to samolotem odlecieli do Anglii. Hrabia Krystyn wypełnił z powodzeniem zleconą mu przez Schimitzka misję poinformowania władz polskich w Londynie o sytuacji polskich uchodźców w Portugalii. Przez pewien czas w kręgach polskiej dyplomacji krążyły jeszcze pogłoski, iż hr. Krystyn wkrótce wróci do Lizbony i obejmie stanowisko posła RP, ale jeśli nawet takie plany były, to nic z nich nie wyszło.

W Londynie Krystyn Ostrowski, a potem również jego starsza córka, która przybyła z Casablanki, aktywnie uczestniczyli w życiu publicznym. Hrabia Krystyn stał się jednym z czołowych działaczy utworzonej w połowie 1949 r. Niezależnej Grupy Społecznej – organizacji, która skupiała emigrantów o różnych światopoglądach zrażonych dotychczasową polityką działających na Zachodzie polskich partii politycznych. NGS stała na stanowisku kontynuowania na obczyźnie walki o niepodległość Polski w oparciu o zasadę legalizmu, czyli prawnej kontynuacji II Rzeczypospolitej w warunkach emigracyjnych. Członkowie tej organizacji dużą wagę przywiązywali do zapewnienia rządowi polskiemu na uchodźstwie własnych, niezależnych źródeł finansowania, dlatego też uczestniczyli w powołaniu i funkcjonowaniu tzw. Skarbu Narodowego, który zbierał fundusze wśród Polonii i emigracji polskiej na całym świecie. Krystyn Ostrowski był członkiem komisji Skarbu Narodowego w Wielkiej Brytanii.

Renata Ostrowska po wojnie rozpoczęła pracę w BBC, gdzie prowadziła nawet własną audycję radiową. W środowisku emigracji polskiej dużo plotkowano o jej romansie ze Stanisławem Cat-Mackiewiczem, przed wojną redaktorem wileńskiego Słowa, dużo publikującym również na emigracji. Mackiewicz był ważną personą jako członek uchodźczego parlamentu Rzeczypospolitej i błyskotliwym, a zarazem bardzo kontrowersyjnym publicystą. Zadedykował Renacie Ostrowskiej jedną ze swoich najważniejszych książek o królu Stanisławie Auguście Poniatowskim. Po wojnie Mackiewicz był krótko premierem rządu RP na uchodźstwie.

W 1956 r., ku zaskoczeniu polskich środowisk emigracyjnych Mackiewicz niespodziewanie wrócił do Polski, co komuniści wykorzystali w swej propagandzie przeciwko emigracji niepodległościowej. Jak pisze prof. Krzysztof Tarka: „W niemałej mierze na decyzję Mackiewicza o powrocie do kraju wpłynęła również »wielka tragedia osobista« (porzuciła go przyjaciółka – Renata Ostrowska)”. Mackiewicz często wspominał w listach do znajomych piękną hrabiankę, a wydaną w Warszawie książkę zatytułował „Zielone oczy”, bo – jak napisał do przyjaciela – „Renata ma oczy tego koloru”. Ku jego rozpaczy, Renata do Polski przyjechać nie chciała i ich drogi ostatecznie się rozeszły.

Ostrowscy do komunistycznej Polski nie wrócili, a ich majątkiem „zaopiekowały” się władze Polski Ludowej. Grunty orne rozparcelowano w ramach reformy rolnej, która miała pozyskać dla nowej władzy masy chłopskie. Pałac przejęło państwo, ale zamiast go zabezpieczyć i przeznaczyć na pożyteczne cele, dopuściło najpierw do rozgrabienia jego wyposażenia, a potem całkowitej dewastacji. Pod koniec rządów komunistycznych stan pałacu w Korczewie był tak zły, iż wydawało się, że wkrótce zniknie z powierzchni ziemi, a wraz z nim pamięć o Ostrowskich herbu Rawicz.

Na szczęście tak się nie stało. Mieszkające w Wielkiej Brytanii córki hr. Krystyna Ostrowskiego nie zapomniały o kraju swego pochodzenia i rodowych dobrach. W 1983 r. Beata Ostrowska przywiozła do Korczewa prochy ojca, zmarłego w Londynie trzy lata wcześniej, i pochowała w krypcie kościoła w Knychówku. W końcu lat osiemdziesiątych w Korczewie była również Renata Ostrowska. Wstrząsnęły nią rozmiary dewastacji pałacu, ale nie poddała się rozpaczy i wspólnie z siostrą postanowiły ratować rodzinną posiadłość.

Dzięki upadkowi komunizmu w Polsce możliwe stało się odzyskanie pałacu i części parku obejmującego 15,5 ha. W 1990 r. obie siostry wróciły do Polski i z ogromną energią wzięły się za ratowanie zabytkowej rezydencji swych przodków. Wymagało to wielu zachodów, ogromu pracy i niemałych pieniędzy. Pracy nad ratowaniem rezydencji w Korczewie poświęciły się nie tylko obie siostry, ale również mąż p. Beaty, rodowity Brytyjczyk Rodney Harris, oraz ich dzieci.

Dziś pałac w Korczewie, chociaż restauracja wnętrz daleka jest jeszcze od zakończenia, znowu cieszy oko piękną, klasycystyczną elewacją. Znając upór i zaangażowanie pani Beaty Ostrowskiej Harris i jej rodziny można być przekonanym, że Korczew już wkrótce będzie zaliczany do rzędu największych turystycznych atrakcji Podlasia. W Korczewie historia zatoczyła niezwykły krąg. Świat, który miał ulec zniszczeniu, odradza się na naszych oczach.

Wacław Kruszewski)

 

 

Artykuł o losach Poznaniaków deportowanych w  czasie okupacji do Sokołowa spotkał się z dużym zainteresowaniem naszych czytelników. Pan Janusz Czarnocki pamięta przedstawienia teatralne organizowane dla dzieci w mieszkaniu przesiedleńców na rogu ulic Pięknej i Kupientyńskiej, Pamięta że ojciec zawsze prowadzał go do strzyżenia na ulicę Kilińskiego gdzie pracował w salonie fryzjerskim Dzieciątka deportowany z Poznania pan Papajewski. Rodzice Janka Czarnockiego ,dopóki żyli jeszcze wiele lat po wojnie utrzymywali kontakty z rodziną Papajewskich W budynku Szkoły na ulicy Polnej jeszcze wiele lat pracował na stanowisku wożnego pan Kowalczyk zanim powrócił do Gośliny Murowanej gdzie prowadził ciastkarnie. Mało znane są losy pana Betańskiego, który w Sokołowie prowadził skup skór surowych. poza tym ,ze Rosjanie w latach czterdziestych nie dowieżli go na Sybir gdyż zmarł w transporcie.. Przez 5 lat żyła wśród nas pani Maryla Hałaszkiewicz. mieszkała przy ulicy Ogrodowej. Z wywiadów i rozmów ze starszymi mieszkańcami miasta wynika ,ze w tak ciężkich ,okupacyjnych czasach, Sokołowianie zdali egzamin z człowieczeństwa. Przyjmowali pod swój dach całe rodziny przesiedleńców i dzielili się z nimi tym co mieli. Dlatego nie mogą zrozumieć, stanowiska generującego strach przed uciekinierami z państw objętych wojnami. ,Sokołowianie nie boją się ani pierwotniaków ani terrorystów i deklarują ,ze tak jak kiedyś ich rodzice przyjmą każdego człowieka potrzebującego pomocy. Taki jest nasz kodeks moralny kształtowany przez wieki i nikt nie jest w stanie go zmienić. Warto jednak dbać o niego i dlatego prosimy naszych czytelników o zachowanie w pamięci informacji o pobycie w Sokołowie deportowanych mieszkańców Wielkopolski. Historyków prosimy o podjęcie badań a siedleckie uczelnie o inspirację prac magisterskich dla studentów. Nie może być tak ,by młodzi mieszkańcy Siedlec, Węgrowa i Sokołowa czerpali swoją wiedzę na temat życia w czasach okupacji z pamiętników kapitana W. Hofenfelda chociaż był to dobry Niemiec.

Dziś dostałem odpowiedz na wysłany wcześniej do Gośliny Murowanej tekst artykułu. Kustosz Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej pan Marian Pflanz przysłał mi kopie artykułów lokalnej gazety . W niej wspomnienia z przed 60 laty pana Władysława Prussa z pierwszych dni pobytu jego rodziny w Sokołowie w grudniu 1939 roku. W artykule wspólne zdjęcia z sokołowskimi rodzinami Szulców i Langowskich , Bałkowców które przyjęły pod swój dach” poznaniaków”. Jest też zdjęcie drewnianego kościoła św. Rocha w którym pan Pruss dzięki protekcji Aleksandra Langowskiego u księdza proboszcza ,pełnił funkcję organisty w tym kościele. Niestety nie da się na tych zdjęciach rozpoznać sokołowiaków ale warto poszukać ich oryginałów w redakcji gazety lub Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej. Od zdjęć jednak ważniejsze są opisane wspomnienia, które przytaczam tu w całości uznając ,że dobrze oddają charakter naszych rodaków.”Stacja kolejowa w Sokołowie jest usytułowana na przedmieściu, tak ze do centrum jest 2 km. Więc starsi panowie z naszego transportu zostali wydelegowani do miasta by powiadomić burmistrza o naszej tragedii i prosić o pomoc. Burmistrz pan Staniszewski, zacna figura miasta Sokołowa, bardzo serdecznie iz wielkim współczuciem oraz zrozumieniem sytuacji,bo przecież było zimno,a tylu ludzi pod gołym niebem, natychmiast wydał rozkaz swoim podwładnym ,aby nikt na noc nie został na dworze. Zrobił się wielki ruch w całym mieście, ludzie ze łzami w oczach gdzie kto mógł i miał jakiś wolny kąt przyjmował biednych wysiedleńców i częstował ciepłą strawą. Nasza furmanka z trzema rodzinami zatrzymała się przy mostku drewnianym na rzece zwanej Cetynja ,przy starej zabytkowej drewnianej figurze św. Jana na ulicy Siedleckiej pod nr 25/27 na której były małe drewniane domki jednorodzinne. Jedyny murowany, piętrowy dom na Siedleckiej pod numerem 16 , pana Józefa Bałkowca był już zajęty więc pojechaliśmy dalej do mostku pod figurkę..Przed domem stali już gospodarze i każdy który miał wolny kąt to zabierał do swojej posesji. W głębi podwórka był mały drewniany dom nr 25 Jego właścicielami byli państwo Szulcowie- Stanisław i Apolonia oraz dwoje dzieci. Druga połowa należała do pani Adeli Głowackiej Nr. 27 należał do państwa Bołbotowskich. Mieszkanie było wolne ,bo Żydzi ,którzy je zajmowali uciekli do ZSRR więc p. Szulc przyjął nas na to mieszkanie. Poobmiataliśmy pajęczyny i podłogę ,położyliśmy nasze toboły. Postarałem się od sąsiadów dwa snopy słomy pszennej ,rozłożyliśmy pod ścianą. Było na czym spać. Po drugiej stronie sieni na prawo było takie samo mieszkanie i pani Adela przyjęła rodzinę Marszałów z Murowanej Gośliny czyli matkę z synem Wincentym i córkę .Państwo Bołbotowscy z pod nr27 tez przyjęli dwie rodziny p. Nenemanów-mąż, żona i dwóch synów Juljan i Maciej oraz brata, który był w Goślinie Murowanej właścicielem nowoczesnego młyna i tartaku. U Bołbotowskich znalazła też schronienie rodzina Soroków ze Swarzędza .Stolarz Hilary Soroka i córka Stefania. Państwo Szulcowie mieli swoje mieszkanie od tyłu domu do którego wchodziło się przez przybudówkę ,tak ze ich mieszkanie było[powiększone. Opisuję to wszystko dokładnie, bo taki był pierwszy dzień pobytu w Sokołowie.

Dzień miał się ku końcowi. Wyszedłem przed dom na podwórze opodal figurki św. Jana i w myśli: odmówiłem skromną modlitwę: św. Janie miej nas w swojej opiece, pozwól nam szczęśliwie przeżyć wojnę i z Bożą pomocą i Twoim stawiennictwem szczęśliwie powrócić do swojego domu połączyć się z rodziną, która został rozproszona, Amen.

Jak już wspomniałem dzień się miał ku końcowi, ale to była Generalna Gubernia utworzona z łaski okupanta. Godzina policyjna obowiązywała od godziny 22. Wiec po uszykowaniu noclegu dla całej rodziny na podwórzu znalazł się nasz sąsiad pan Neneman. Chcąc jasno przedstawić obraz, muszę objaśnić, że p. Neneman był co najmniej o 30 lat starszy ode mnie, bo najstarsza ich córka Renia była w moim wieku ,ale jako sąsiedzi zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Więc sąsiad mówi :panie Władysławie teraz nam nic nie pozostało ,jak tylko wypuścić do miasta i zobaczyć jak zacny Sokołów wygląda z bliska i jak tętni życiem. Tak idąc Siedlecką, która wznosi się pod górę, doszliśmy do ul. Długiej, którą W lewo szło się do Rynku., a na prawo, na narożniku Siedleckiej i Długiej, stał duży budynek straży pożarnej. Z frontu dwa wjazdy ,wysokie wierzeje na dwa samochody pożarnicze. Na piętrze, nad garażami- wejście z ulicy Długiej – była sala kinowa ze sceną i z zapleczem. Kino było czynne. My udaliśmy się do ul. Długą w stronę Rynku, obeszliśmy Rynek, z którego wchodziło się na skwer.Klomby,ławki i alejki zasypane śniegiem. W głębi stał kościół murowany opasany murem i dzwonnicą ,podobnie jak w owym czasie w Murowanej Goślinie. Z lewj strony była Restauracja, z której unosiły się wesołe wrzaski i dym. Pan Neneman mówi p. Władziu wejdźmy, może coś zjemy, dla rodziny coś kupimy. Jak zdecydowaliśmy ,to i weszliśmy… a tu chłopów pełna knajpa. Od razu nas poznali, że my poznaniacy i wysiedleni, zrobił się od razu taki ruch i głośno. Chłopi nas ściskali, całowali, płakali nad nami. Nasze biedaki wysiedlone. Pytają się nas: za co was wysiedlili? A my odpowiadamy…Pan Neneman mówi, ja miałem młyn i tartak wspólnie z bratem, tutaj jestem z zoną i dwoma synami. Ja mówię: myśmy mieli dom, warsztat, , był kołodziejem zmarł w 1934 roku ojciec a mnie wysiedlili z mamą . ,siostrą i bratem .Pytają? To za co was wysiedlili? Odpowiadamy z podniesionym czołem .,za to żeśmy Polakami byli. Rozkaz był taki… ubrać się, bagaż do ręki i za pół godziny załadować się na furmankę która stała na ulicy przed domem. Transport, bydlęce wagony i jesteśmy w Sokołowie. To było 4 grudnia a dziś jest 11 grudnia 1939 roku. Więc jesteśmy razem z Wami. Wtem potężny głos się odzywa: p. Stasiaowo…prosimy o kolejkę i na zdrowie, ugościmy naszych rodaków z Poznania. I zaczęła się biesiada. Wypiliśmy sporo i pojedli. Ja to za bardzo nie mogłem pić ,byłem młody, nie miałem styczności z alkoholem. Mój sąsiad, starszy pan, więc przyzwyczajony do trunków .Po serdecznym pożegnaniu szczęśliwie wróciliśmy do naszych mieszkań na ulicy Siedleckiej ,pod opiekę św. Jana. To był pierwszy dzień naszego pobytu w Sokołowie

Drugi Dzień i następne

Po przespanej nocy na słomie ,na podłodze, rano wybrałem się do kościoła na mszę św. I zapoznać się z panem organistą. Poszedłem więc na chór i przedstawiliśmy się sobie. Pan organista nazywał się Aleksander Langowski. Starszy pan, bardzo sympatyczny. Bardzo się ucieszył z mojego przyjscia. Serdecznie pana zapraszam do mojego mieszkania…. W domu pan Aleksander zwraca się do żony: Franiu- przyprowadziłem gościa, to jest pan Władysław Pruss kolega organista wysiedlony wczoraj z mamą i rodzeństwem z Poznania do Sokołowa. Więc zapoznałem panią Franciszkę, dwóch synów i starszą panią czyli mamę p. Aleksandra. Pani Franciszka z uśmiechem i serdecznością zaprasza do wspólnego śniadania, p. Oleś mówi- mam wspaniałą nalewkę, więc uczcijmy nasze zapoznanie. Chyba Pan Bóg nam pana do mnie przysłał, bo ja mam bardzo dużo pracy, to już prawie połowa grudnia a ja mam jeszcze dużo opłatków do rozwiezienia po okolicznych wsiach, które należą do tutejszej parafii. Żona z chłopcami w nocy i przez dzień pieką je nad ogniem w takiej szczypcowej żeliwnej formie a ja w dzień rozwożę . Tu na Podlasiu organista prócz gry w kościele prowadzi też Kancelarię parafialną oraz spełnia obowiązki przy ślubach i pogrzebach. Więc jak pan widzi –urwanie głowy. Mam do pana serdeczną prośbę ,żeby już od jutra, za wynagrodzeniem grał pan codziennie trzy msze św. no i ewentualnie pogrzeb jak jaki będzie ,a w Swięta Bożego Narodzenia wszystkie śluby. Więc się zgodziłem. Itak w pierwsze święto /24 grudnia 1939 roku/ cztery śluby na mszach i 20 co 15 minut. Razem 24 śluby.W drugie święto tak samo 23 śluby, trzy na mszach i 20 co 15 minut. To były pierwsze święta Bożego Narodzenia w czasie wojny. Więc znalazło się tyle chętnych par małżeńskich. Po śniadaniu, pełen radości, po kielichu i z paczką żywnościową w ręku, z uśmiechem na ustach, wróciłem do domu i rodzinki. Opowiadania było co nie miara. Na razie mam zajęcie i może biedy nie będzie. Codziennie po odegranych mszach miałem przykazane przychodzić na śniadanie do państwa Langowskich. W następnych dniach zapoznałem się z księdzem Kanonikiem Stanisławem Josztem-proboszczem i oraz pozostałymi księżmi. Następnego dnia ks. Kanonik zaprosił mnie na śniadanie do siebie, był ciekaw opowiadań „Wysiedleńca” Rozmowa była bardzo interesująca, poznaliśmy nasze obopólne zapatrywania na temat polskości, narodowo –patriotycznej,której przewodnikiem naszych myśli był Roman Dmowski. Ja nakreśliłem księdzu ogólny zarys o naszej wielkopolskiej organizacji O. W, P. a ksiądz Kanonik o „Falandze”podlaskiej… Szefem Falangi sokołowskiej był Oficer W.P .pan Gradzki.,z którym póżniej nawiązałem kontakt Był też w Sokołowie wysiedlony ,a raczej uciekinier z Gniezna, profesor Seminarium Duchownego ks. Witold Gronkowski również z nim zaprzyjaźniłem się w obecności ks,Kan. Joszta. Wszyscy byliśmy jednych poglądów….. Po niedługim czasie nawiązałem kontakt ze swoją siostrą Jadwigą i szwagrem Franciszkiem Wilczyńskim,którzy zostali na starym miejscu w Smiglu. Poprosiłem szwagra by przesłał mi do Sokołowa nuty utworów kościelnych na chór mieszany. Po otrzymani przesyłki zorganizowałem chór kościelny tylko z braci wysiedleńczej. Ć wiczenia odbywały się w moim skromnym mieszkaniu. Instrumentu nie było,wiec poszczególne głosy uczyłem własnym śpiewem. Nieraz patrol „ Feldpolizel z tymi tarczami na piersiach, słysząc nasz śpiew wszedł zobaczyć co się dzieje. Ale nasza mama nad wszystkim czuwała. Dobrze mówiła po niemiecku,więc wytłumaczyła- to jest mój syn organista,który przygotowuje chór na niedziele do śpiewania w kościele. Więc posłuchali- musieliśmy im zaśpiewać i powiedzieli- no gut, gut, singen weiter,gul,gul. Nasze msze św. niedzielne dla wysiedlonych spodobały się Sokołowiakom tak ,że przychodziło dużo miejscowych obywateli. Tak wyglądały początki naszego pobytu na ziemi podlaskiej A przecież życie toczy dalej i trzeba pomyśleć o jakiejś pracy,aby utrzymać rodzinę ,bo obowiązek spadł na moje barki.

c.d.n. Władysław Pruss



Tyle wspomnień od pana Władysława. Może uda się zdobyć dalsze co zapowiadali w lokalnej gazecie Gośliniacy. Interesujące jest co w tym temacie maja do powiedzenia miejscowi historycy. A przede wszystkim starsi mieszkańcy miasta dzielący swój los z wysiedleńcami w czasach okupacji.

Wacław Kruszewski


 

  W czasie ciekawej imprezy zorganizowanej przez Sokołowski Ośrodek Kultury z cyklu „Tu pozostać muszę” zadano mi pytanie o finansowanie kultury w czasach mojej aktywności zawodowej. W pytaniu wyczuwało się tęsknotę za przywróceniem mecenatu Państwa nad twórczością i upowszechnianiem kultury. Chociaż jestem na zasłużonej emeryturze/42 lata pracy od kierownika Młodzieżowego Klubu „Amigo”,przez twórcę i dyrektora unikalnej w Polsce zintegrowanej instytucji kultury szczebla wojewódzkiego – Centrum Kultury i Sztuki woj. siedleckiego w Sokołowie,po dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego. Byłem więc nomenklaturowym dyrektorem,zdobywającym ,wiedzę i doświadczenie na kierunkowych uniwersyteckich studiach oraz w placówkach , instytucjach kultury i w administracji. O tak prowadzonych kadrach i ich awansach można teraz sobie pomarzyć.

PRL –owskie hasło „bierny, mierny ale wierny” nabrało teraz w polityce kadrowej nowego blasku.

Boleję,jak moi następcy,nad mizerią budżetową ośrodków kultury, współczuje artystom plastykom i twórcom ludowym,którym nie organizuje się wystaw,nie zleca projektów, nie kupuje ich dzieł .Do historii przeszły Ogólnopolski Festiwal Piosenki Harcerskiej ,którego finał odbywał się w siedleckim amfiteatrze i Sejmik Wiejskich Zespołów Teatralnych w Stoczku Łukowskim, Międzynarodowe warsztaty muzyczne „Jeunesse Miusicale” czy konkursy orkiestr dętych Ochotniczych Straży Pożarnych. Przestał działać Siedlecki Teatr Kameralnym, który potrafił zarabiać na swoje utrzymanie grając sztuki dla dzieci w szkołach i ośrodkach kultury rozległego woj. siedleckiego .Pozostała po nim praca magisterska Justyny Chełchowskiej napisana w Katedrze Historii Najnowszej po kierunkiem prof.dr hab. Piotra Matusaka. Warto wspomnieć ,że STK 20 lat wcześniej od spektaklu TVP wystawił za pozwoleniem cenzora sztukę „Rozmowy z Katem „ Kazimierza Moczarskiego – wysokiej rangi oficera BIP –u Komendy Głównej AK.

- dyrektora Sokołowskiego Ośrodka Kultury interesowało skąd mieliśmy tak dużo pieniędzy , że starczało i na remonty zabytkowych dworów i pałaców,i na budowę gminnych ośrodków kultury ,kin ,szkól muzycznych ,oraz różne masowe imprezy,konkursy,wystawy i festiwale, Zasada była prosta. Finansowanie kultury Państwo powierzyło Narodowemu Funduszowi Rozwoju Kultury gromadzącemu pieniądze z 1,9%odpisu od funduszu płac gospodarki uspołecznionej. A ponieważ prawie wszystko było uspołecznione – pieniędzy na kulturę nie brakowało.

Co roku w październiku w Ministerstwie Kultury i Sztuki odbywały się konsultacje budżetowe na których 49 ówczesnych dyrektorów Wydziałów Kultury walczyło o jak największe dotacje dla swoich województw,Mnie udało się namówić na wyjazd do Warszawy Wojewodę Siedleckiego płk. dypl. pilota dr. Janusza Kowalskiego. Uprosiłem go nawet ,żeby na tę okoliczność założył mundur lotnika ze wszystkimi odznaczeniami, w którym wyglądał okazale. Jeśli w składzie naszej siedleckiej delegacji byli pani poseł Bożenna Kuc z sejmowej komisji kultury i Jurek Mandał przewodniczący komisji kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej to efekt mógł być tylko jeden. Wszystkie uzasadnione postulaty woj. siedleckiego zostały przyjęte. Podsumowując konsultacje Wiceminister Wacław Janas zorientował się,że dostaliśmy więcej jak bogate w zabytki i instytucje kultury woj. krakowskie. Skreślił kilka milionów,ale i tak byliśmy zadowoleni. Uzyskana dotacja zapewniała bowiem finansowanie wszystkich zadań uchwalonych w Wojewódzkim Programie Rozwoju Kultury na sesji WRN w Sokołowie Podlaskim. Teraz przyszło się zmierzyć z problemami natury wykonawczej i materiałowej,gdyż 60 %budżetu przeznaczyliśmy na remonty i budowę bazy dla kultury a nie na modne kiedyś i zapewne teraz różne akademie i fajerwerki polityczne bardziej potrzebne władzom jak społeczeństwu. Kto pamięta te czasy ,wie ile problemów nastręczało zdobycie – tak właśnie – zdobycie a nie zwykły dziś zakup ,czerwonej cegły,miedzianej blachy czy dębowej tarcicy. Zdobywało się te materiały konieczne do remontów zabytkowych dworów i pałaców w ciągłej sprzeczności z obowiązującymi przepisami. Z wykonawstwem też były problemy. Firmy budowlane nie były zainteresowane drobnymi naprawami np. cieknącego dachu. Chętnie takie usługi wykonaliby rzemieślnicy. Tylko by je zlecić trzeba było uzyskać limit dla sektora prywatnego Bili się o takie limity w Wydziale Finansowym wszyscy dyrektorzy wydziałów UW,Uprzywilejowane było rolnictwo i oświata Jak coś zostawało dyr. Zbigniewowi Wiedęńskiemu dał kulturze byśmy mogli dokończyć remonty obiektów kultury..A do tego roboty na zabytkach, mogły wykonywać tylko specjalistyczne przedsiębiorstwa budowlane – Pracownie Konserwacji Zabytów, obciążone remontami Zamku Królewskiego w Warszawie, pałacu w Starej Wsi i innymi ważniejszymi obiektami dla kultury narodowej jak nasze ziemiańskie dworki w Chlewiskach czy Suchożebrach. hala targowa w Siedlcach i zajazd w Maciejowicach. Postanowiliśmy zorganizować własne wykonawstwo – Zespół Remontowo –budowlany Obiektów Kultury. Wykorzystaliśmy reformatorskie decyzje premiera Rakowskiego ujęte w haśle co nie jest zabronione –jest dozwolone .Prezydent Siedlec Paweł Turkowski przekazał nam działkę na ulicy Chejły gdzie pobudowaliśmy bazę magazynowo-warsztatową a na stropie trzy domki tzw. nauczycielskie z Mikołajek na mieszkania dla pracowników. Wojewoda p. ZofiaGrzebisz - Nowicka wystarała się o przydziały materiałów , środki transportu i maszyny budowlane. Zaczęliśmy od ratowania neogotyckiego pałacu w Patrykozach przeznaczonego w naszym programie na siedzibę Uniwersytetu Ludowego, kształcącego kadry dla Wiejskich Klubów Kultury Na pokrycie dachu pałacu potrzebna była blacha miedziana. Zakup jej przez Wydział Kultury graniczył z cudem. I o taki cud postarał się ks. proboszcz z Garwolina. Przyjechał do konserwatora zabytków po pieczątkę potwierdzającą,,że kościół w Garwolinie jest zabytkiem i jego dach musi być pokryty blachą miedzianą. Tej blachy potrzeba jakieś 4 - 6 ton i właśnie po asygnatę umożliwiającą jej zakup z dokumentami i parafialną kasą ,ksiądz udaje się do Centrali Materiałów Nieżelaznych w Gliwicach Uprosiliśmy księdza żeby zwiększył swój wniosek o 10 ton potrzebnych nam na pokrycie zabytkowych dworów w Chlewiskach i Suchożebrach oraz pałacu w Patrykozach Ksiądz uznał ,że ratowanie zabytków to zbożny cel i sprawę załatwił Do naprawy okazałej klatki schodowej w pałacu Dernałowiczów w Mińsku z kolei potrzebna była sucha dębina. Tarcica dębowa uznana była za materiał luksusowy i możliwa do zakupu- jak i modny parkiet dębowy-tylko przez ludność bądź rzemieślników Ale żeby zakładowi prywatnemu zlecić pracę potrzebny był limit dla gospodarki nieuspołecznionej . a jeszcze należało odprowadzić haracz do Wydział Finansowego równowartości usługi czyli tzw. podatek od luksusu. Tu pomógł Wicewojewoda siedlecki dr Marek Zelent. Załatwił w Ministerstwie Rolnictwa i Leśnictwa ,gdzie pracował zanim przyszedł do Siedlec, dodatkowy przydział na pozyskanie tarcicy dębowej. Leśnicy wycieli kilka dębów a ja wymieniłem je z producentem trumien w Sokołowie na suche bale dębowe Wystarczyło na klatkę schodową pałacu i jeszcze na ławki w siedleckim amfiteatrze .Przykłady ,które tu przytaczam dowodzą,że w każdej sytuacji można sobie poradzić,kiedy jest wola,chęć działania i trochę odwagi.Proszę mi darować,ze przypomne w tym miejscu jedną z wielu zdarzeń swiadczących o ryzyku podejmowanych wówczas decyzji Na liście nadród dla działaczy kultury umieściłem pana Chmielewskiego w podzięce za wymianę mokrych bali debowych na suche z jego firmy od pokoleń znaną z wyrobu trumien w Sokołowie. Ale moja sskrupulatna i kompetentna szefowa wyłapała z duzej listy nieznanego jej „działacza kultury „i poprosiła o uzasadnienie Ratując się odpowiedziałem ze Chmielewskiemu nagroda się należy bo ma odwagę organizować świeckie pogrzeby,ktorych jest coraz więcej. A to dobrze stwierdziła moja szefowa. Nie bez znaczenia był klimat społeczny w nowym województwie,którego władze starały się wyjść jak najszybciej z wielowiekowego zapóźnienia ..Z remontem ratusza w Siedlcach wiąże się anegdotyczna historyjka, którą mam do dziś w pamięci. Na komisji budżetowej Wojewódzkiej Rady Narodowej, jej przewodniczący Jan Kopyrski zarzucił mi niegospodarność polegającą na ułożeniu posadzki z marmuru w holu i sali wystawowej postulował powołanie spec-komisji do zbadania sprawy i wyciągnięcia wniosków, Groziło to przerwaniem robót przez lubelskie PKZ –ty a dla mnie dymisją ze stanowiska. Broniąc się wyjaśniałem komisji że ratusz ma być siedzibą Muzeum,a posadzka trwała i estetyczna będzie służyła tej instytucji wiele lat i że na taki luksus nas stać bo finansujemy remont z Funduszu Rozwoju Kultury a nie z budżetu .Gorąco się robiło ,bo czułem że moje argumenty nie trafiają do przekonania członkom komisji.

Z opresji uratował mnie Przewodniczący WRN Stanisław Lewocik zadając pytanie: ile kosztuje m2 takiej posadzki. Odpowiedziałem,wyposażony w kosztorysy przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków- Zygfryda Czapskiego ,że 240 000zł łącznie materiał i wykonanie. „To nie ma sprawy .bo m2 obory dla krów kosztuje 400 000 zł”-poinformował zebranych przewodniczący Lewocik i komisja zajęła się szukaniem niegospodarności w innych resortach.

Takich historyjek było co niemiara. Wynikały one ze zderzenia ludzkich inicjatyw z trudną do pokonania barierą wszechogarniającej biurokracji , braków i ograniczeń jakiś limitów asygnat podatków od luksusu ,przydziałów itp. A do tego różne komisje powoływane przez komitety partyjne i administrację podejmowały ,by uzasadnić swoje istnienie ,różne działania kontrolne. Nikt nikomu nie ufał.. Ale mimo zalewu różnych uchwał,sprawozdań ,programów i harmonogramów znajdowaliśmy czas na normalną pracę,na profesjonalne opracowanie wniosków o dotację,o wykonawstwo ,o przydziały materiałów budowlanych i dewiz na zakup instrumentów muzycznych bądź maszyn poligraficznych ale także o jak najwięcej miejsc na bezpłatne studia zaoczne ,odznaczenia i nagrody dla najlepszych twórców i animatorów kultury.

Skromna ,powielaczowa broszura zawierająca rysunki i opisy zabytków woj.,siedleckiego przeznaczonych do społecznego zagospodarowania zrobiła na prof. Wiktorze Zinie – Generalnym Konserwatorze Zabytów duże wrażenie.

Okazało się,że nasze propozycje by przez remonty obiektów zabytkowych poprawić bazę lokalową placówek kultury było zgodne ze strategią ratowania kultury materialnej ziemiaństwa polskiego po latach jej niszczenia. Niebawem ukazały się przepisy dające możliwość instytucjom i osobom prywatnym na. przejecie zabytku ,jego remont i użytkowanie/Słynna uchwała nr 179 Rady Ministrów/Dziś wiele obiektów z tej broszury jest uratowanych i z powodzeniem pełnią funkcje do jakich je przystosowano. Okazały pałac Doria – Dernałowiczów przekazał mieszkańcom Mińska Mazowieckiego Minister Kultury i Sztuki prof. Aleksander Krawczuk, Klucze do Zajazdu w Maciejowicach i utworzonego tam Muzeum Tadeusza Kościuszki przekazał Bogdanowi Witczukowi prof. Bogdan Suchodolski –Przewodniczący Narodowej Rady Kultury, Bibliotekę w tzw. Domu Gdańskim w Węgrowie przekazała Izie Perczyńskiej pani poseł Maria Cichocka

Przykłady ,które tu przytaczam dowodzą,że w każdej sytuacji można sobie poradzić,kiedy jest wola,chęć działania i trochę odwagi. Nie bez znaczenia był klimat społeczny w nowym województwie,którego władze starały się wyjść jak najszybciej z wielowiekowego zapóźnienia ..Z remontem ratusza w Siedlcach wiąże się anegdotyczna historyjka, którą mam do dziś w pamięci .Na komisji budżetowej Wojewódzkiej Rady Narodowej, jej przewodniczący śp. Jan Kopyrski zarzucił mi niegospodarność polegającą na ułożeniu posadzki z marmuru w holu i sali wystawowej postulował powołanie spec-komisji do zbadania sprawy i wyciągnięcia wniosków, Groziło to przerwaniem robót przez lubelskie PKZ –ty a dla mnie dymisją ze stanowiska. Broniąc się wyjaśniałem komisji że ratusz ma być siedzibą Muzeum,a posadzka trwała i estetyczna będzie służyła tej instytucji wiele lat i że na taki luksus nas stać bo finansujemy remont z Funduszu Rozwoju Kultury a nie z budzetu .Gorąco się robiło ,bo czułem że moje argumenty nie trafiają do przekonania członkom komisji.

Z opresji uratował mnie Przewodniczący WRN Stanisław Lewocik zadając pytanie: ile kosztuje m2takiej posadzki .Odpowiedziałem,wyposażony w kosztorysy przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków- Zygfryda Czapskiego ,że 240 000zł łącznie materiał i wykonanie. „To nie ma sprawy .bo m2 obory dla krów kosztuje 400000 zł”-poinformował zebranych przewodniczący Lewocik i komisja zajęła się szukaniem niegospodarności w innych wydziałach Urzędu Wojewódzkiego

 

Byłem wczoraj na jubileuszu 60 lecia
Towarzystwa Społeczno-kulturalnego Ziemi sokołowskiej. Było uroczyście
i na bogato ! Zasłużyli na to przede wszystkim wydawnictwami
utrwalającymi po wsze czasy historię naszej małej ojczyzny i
Sokołowian którzy w tej historii pozostawili trwałe ślady. Zabrakło
prawdy ,chociażby wspomnienia ,o poprzednikach Wandy Wierzchowskiej,
Krysi Matysiak czy obecnej prezes pani Barbary Mosiej. Żyję już tak
długo, że pamiętam czasy słusznie minione a w nich działalność  w
stowarzyszeniu Michała Wozniaka, Eugeniusza Łukasiuka, Waldka
Iwaniaka, Witka Brzozowskiego, Mariana Stecia Henryka Rucińskiego,
Henryka  Domańskiego ,Jadzi Witkowskiej i wielu ,wielu innych
społeczników. Zgoda nie było w tamtych latach tak spektakularnych
wydawnictw, bo papier na nie był ściśle reglamentowany a cenzura
paraliżowała każdą inicjatywę. Ale ukazała się pierwsza monografia
Sokołowa pod red. J Kazimierskiego ,a prof. Doroszewski rozpoczął
badania nad gwarą podlaską, której kontynuację zapewniła jego ówczesna
asystentka prof. Falińska. Na sławne spotkania z ciekawymi ludźmi  w
kawiarni Niespodzianka, Eugeniusz Łukasiuk zaprosił Jana Marię
Rokitę-lidera Ruchu Młodej Polski  z odległego Krakowa. Frekwencja
była mizerna, bo Ci co teraz tak głośno krzyczą „Precz z komuną „ nie
byli zainteresowani” co ma do powiedzenia przeciwnik ówczesnej władzy.
Piszę sobie i muzom bo mam taką  potrzebę przywoływać prawdę o
zdarzeniach w których brałem udział. Oczywiście jest to moja prawda.
Jaka jest Wasza ? Piszcie i posyłajcie do Pracowni Dziejów Miasta
naszej wspaniałej biblioteki. Oby to nie była gówno prawda jak mawiał
ks. Tischer.

tel: 516 134 365


wtorek, 2 czerwca 2026

 

Albośmy to jacy tacy – My Sokołowiacy

Pod takim tytułem będę opisywał życie i kariery zawodowe naszych rodaków, tych powszechnie znanych ,którzy zasłużenie patronują naszym ulicom ,szkołom i instytucjom publicznym jak i tych ,mniej znanych, żyjących tu i teraz, których dokonania w pracy zawodowej ,sukcesy w polityce ,w kulturze i sporcie warte są upowszechnienia, szczególnie wśród młodego pokolenia. Dla niego stanowić bowiem mogą wzorce i inspiracje do nauki i pracy niezbędnej dla osiągnięcia sukcesu .Bohaterami moich artykułów będą Ci Sokołowianie , którzy pozostawili trwały ślad na sokołowskiej ziemi, w Polsce, a być może i w Europie. Takich postaci trzeba będzie szukać w odległej historii. To poszukajmy razem. Moim kandydatem jest np. Ludwik Górski ,właściciel Ceranowa i Sterdyni. Najlepszą rekomendację dla Niego dał Henryk Sienkiewicz .który z okazji jubileuszu 60-lecia pracy obywatelskiej Ludwika Górskiego zamieścił w swojej redakcji taki tekst. :”Na wszystkich polach społecznej roboty byłeś zawsze obecny. A także Życie Twoje było ,jak łza czyste. Że świecisz przykładem żywej wiary, poczucia obowiązku, wytrwania woli, siły charakteru i cnoty, przeto wręczamy Ci ten wieniec obywatelski ze czci ,miłości i wdzięczności narodu uwity .Dożyłeś sędziwych lat życia.w nieprzerwanej i owocnej pracy dla Ojczyzny i społecznego dobra Gdy zwątpienie wdzierało się w dusze ludzkie, nie przestawałeś nigdy głosić, że naród jest odrębną i nieśmiertelną myślą Bożą… Wierzyłeś niezłomnie ,że chyba taki naród zginąć może, który sam dobrowolnie uchyli się od włożonego nań posłannictwa. Umiłowałeś dzieje przeszłe nasze i wielkość ich przepełnia cię poczuciem dumy i narodowej godności, o której nie zapomniałeś nigdy. Umiłowałeś wreszcie młode pokolenia….Albowiem wiara i miłość zrodziły w Tobie niemniej silną i niemniej niezłomną nadzieję,że komu nie zabraknie pod stopami ziemi ten przy pracy i woli zdoła zawsze odbudować dom zrujnowany ”Uroczysty jubileusz odbył się w 1902 roku w Katedrze św, Jana w Warszawie. Prorocze to słowa naszego Noblisty

Więcej o życiu i działalności Ludwika Górskiego można dowiedzieć się z pracy magisterskiej pani Jadwigi Ostromeckiej którą można wypożyczyć z Biblioteki Pedagogicznej w Sokołowie .lub w siedzibie Towarzystwa Miłośników Ziemi Sterdyńskiej –organizatorze sesji popularno–naukowej w 2003 roku Do panteonu zasłużonych Sokołowian, obok Ludwika Górskiego trzeba zaliczyć i właściciela Grochowa –Władysława Rawicza z którym los zetknął go w jednej celi siedleckiego więzienia. Stało się to po zamachu na carskiego generała policji barona Budberga .Konspiratorzy rzucili pod pojazd „oberpolicmajstra ”bombę z okna pałacu Zamojskiego w którym przebywał w tym czasie Ludwik Górski. Pod zarzutem udziału w spisku został wraz z innymi aresztowany i uwięziony w Siedlcach, gdzie czekał na egzekucję Władysław Rawicz-naczelnik cywilny województwa podlaskiego w powstaniu styczniowym 1863 roku. Postać Władysława Rawicza jest powszechnie znana. Dodam więc tylko małą ale pouczającą informację ,ze o Jego ratowanie przed stryczkiem słała listy do cara księżna Golicyna ze Starej Wsi k/ Węgrowa. Car zamienił wcześniej wydany wyrok śmierci na katorgę, ale zanim carski ukaz dotarł do naczelnika siedleckiego więzienia naszego rodaka 21 listopada 1863 roku publicznie powieszono. Zawiodła technika komunikacji pomiędzy Petersburgiem a Warszawą. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.

Z wdową po baronie Budbergu ożenił się w dalekiej Odessie nasz rodak, bodaj najbogatszy w historii sokołowianin -Adolf Lorsch. Barwne losy tego utracjusza , rzadcy majątków w Grodzisku i Kupientynie opisała Helena Mniszek w powieści „Panicz” Pisaliśmy o Nim w numerze 22 Życia Siedleckiego z dnia 28 listopada 2014 Nasz artykuł zamieścił dla Polaków zamieszkałych na Ukrainie. Kurier Galicyjski. Rządcy majątków Grodzisk i Kupientyn, wdowa po baronie wniosła w wianie miasto Grożny i pola naftowe w Czeczenii. Za dzierżawę amerykanom tych pól naftowych wynoszacą 110 000 dolarów rocznie Lorsch jako prezes Towarzystwa Kaułkazkiego zbudował kurort w Kisłowodzku oraz dla swojej siostry okazały hotel w Warszawie. Aresztowany przez Gestapo pod zarzutem pracy dla angielskiego wywiadu ,zginął w publicznej egzekucji polskich patriotów w Palmirach 21 czerwca 1940 roku wraz z Maciejem Ratajem –Marszałkiem Sejmu i olimpijczykiem Januszem Kusocińskim. Czytelników zainteresowanych barwnymi losami „Panicza”odsyłamy do książki Heleny Mniszek-panienki z sabniowskiego dworu której talent pisarski odkrył mistrz prozy i reportażu Bolesław Prus- absolwent siedleckiego gimnazjum i artykułu w Kurierze Galicyjskim ukazującym się dla Polaków zamieszkałych na Ukrainie.

W następnym tygodniu zamieścimy artykuł o generale Stanisławie Trębickim – właścicielu majątku Kurowice- komendancie Szkoły Rycerskiej skąd podchorążacy wbrew woli swego przełożonego ruszyli na Belweder po znienawidzonego namiestnika cara W.K.Konstatego, dając sygnał do kolejnego powstania, powstania listopadowego 1831 roku

Wacław Kruszewski




  Zapoczątkowany przeze mnie cykl spotkań z Sokołowiakami ,którzy osiągnęli sukcesy w życiu zawodowym i społecznym przyniósł ju...