czwartek, 30 lipca 2026

 

Artykuł o losach Poznaniaków deportowanych czasie okupacji do Sokołowa spotkał się z dużym zainteresowaniem naszych czytelników. Pan Janusz Czarnocki pamięta przedstawienia teatralne organizowane dla dzieci w mieszkaniu przesiedleńców na rogu ulic Pięknej i Kupientyńskiej, Pamięta że ojciec zawsze prowadzał go do strzyżenia na ulicę Kilińskiego gdzie pracował w salonie fryzjerskim p.Dzieciątka deportowany z Poznania pan Papajewski. Rodzice Janka Czarnockiego ,dopóki żyli jeszcze wiele lat po wojnie utrzymywali kontakty z rodziną Papajewskich W budynku Szkoły na ulicy Polnej jeszcze wiele lat pracował na stanowisku wożnego pan Kowalczyk zanim powrócił do Gośliny Murowanej gdzie prowadził ciastkarnie. Mało znane są losy pana Betańskiego, który w Sokołowie prowadził skup skór surowych. poza tym ,ze Rosjanie w latach czterdziestych nie dowieżli go na Sybir gdyż zmarł w transporcie.. Przez 5 lat żyła wśród nas pani Maryla Hałaszkiewicz. mieszkała przy ulicy Ogrodowej. Z wywiadów i rozmów ze starszymi mieszkańcami miasta wynika ,ze w tak ciężkich ,okupacyjnych czasach, Sokołowianie zdali egzamin z człowieczeństwa. Przyjmowali pod swój dach całe rodziny przesiedleńców i dzielili się z nimi tym co mieli. Dlatego nie mogą zrozumieć, stanowiska generującego strach przed uciekinierami z państw objętych wojnami. ,Sokołowianie nie boją się ani pierwotniaków ani terrorystów i deklarują ,ze tak jak kiedyś ich rodzice przyjmą każdego człowieka potrzebującego pomocy. Taki jest nasz kodeks moralny kształtowany przez wieki i nikt nie jest w stanie go zmienić. Warto jednak dbać o niego i dlatego prosimy naszych czytelników o zachowanie w pamięci informacji o pobycie w Sokołowie deportowanych mieszkańców Wielkopolski. Historyków prosimy o podjęcie badań a siedleckie uczelnie o inspirację prac magisterskich dla studentów. Nie może być tak ,by młodzi mieszkańcy Siedlec, Węgrowa i Sokołowa czerpali swoją wiedzę na temat życia w czasach okupacji z pamiętników kapitana W. Hofenfelda chociaż był to dobry Niemiec.

Dziś dostałem odpowiedz na wysłany wcześniej do Gośliny Murowanej tekst artykułu. Kustosz Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej pan Marian Pflanz przysłał mi kopie artykułów lokalnej gazety . W niej wspomnienia z przed 60 laty pana Władysława Prussa z pierwszych dni pobytu jego rodziny w Sokołowie w grudniu 1939 roku. W artykule wspólne zdjęcia z sokołowskimi rodzinami Szulców i Langowskich , Bałkowców które przyjęły pod swój dach” poznaniaków”. Jest też zdjęcie drewnianego kościoła św. Rocha w którym pan Pruss dzięki protekcji Aleksandra Langowskiego u księdza proboszcza ,pełnił funkcję organisty w tym kościele. Niestety nie da się na tych zdjęciach rozpoznać sokołowiaków ale warto poszukać ich oryginałów w redakcji gazety lub Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej. Od zdjęć jednak ważniejsze są opisane wspomnienia, które przytaczam tu w całości uznając ,że dobrze oddają charakter naszych rodaków.”Stacja kolejowa w Sokołowie jest usytułowana na przedmieściu, tak ze do centrum jest 2 km. Więc starsi panowie z naszego transportu zostali wydelegowani do miasta by powiadomić burmistrza o naszej tragedii i prosić o pomoc. Burmistrz pan Staniszewski, zacna figura miasta Sokołowa, bardzo serdecznie iz wielkim współczuciem oraz zrozumieniem sytuacji,bo przecież było zimno,a tylu ludzi pod gołym niebem, natychmiast wydał rozkaz swoim podwładnym ,aby nikt na noc nie został na dworze. Zrobił się wielki ruch w całym mieście, ludzie ze łzami w oczach gdzie kto mógł i miał jakiś wolny kąt przyjmował biednych wysiedleńców i częstował ciepłą strawą. Nasza furmanka z trzema rodzinami zatrzymała się przy mostku drewnianym na rzece zwanej Cetynja ,przy starej zabytkowej drewnianej figurze św. Jana na ulicy Siedleckiej pod nr 25/27 na której były małe drewniane domki jednorodzinne. Jedyny murowany, piętrowy dom na Siedleckiej pod numerem 16 , pana Józefa Bałkowca był już zajęty więc pojechaliśmy dalej do mostku pod figurkę..Przed domem stali już gospodarze i każdy który miał wolny kąt to zabierał do swojej posesji. W głębi podwórka był mały drewniany dom nr 25 Jego właścicielami byli państwo Szulcowie- Stanisław i Apolonia oraz dwoje dzieci. Druga połowa należała do pani Adeli Głowackiej Nr. 27 należał do państwa Bołbotowskich. Mieszkanie było wolne ,bo Żydzi ,którzy je zajmowali uciekli do ZSRR więc p. Szulc przyjął nas na to mieszkanie. Poobmiataliśmy pajęczyny i podłogę ,położyliśmy nasze toboły. Postarałem się od sąsiadów dwa snopy słomy pszennej ,rozłożyliśmy pod ścianą. Było na czym spać. Po drugiej stronie sieni na prawo było takie samo mieszkanie i pani Adela przyjęła rodzinę Marszałów z Murowanej Gośliny czyli matkę z synem Wincentym i córkę .Państwo Bołbotowscy z pod nr27 tez przyjęli dwie rodziny p. Nenemanów-mąż, żona i dwóch synów Juljan i Maciej oraz brata, który był w Goślinie Murowanej właścicielem nowoczesnego młyna i tartaku. U Bołbotowskich znalazła też schronienie rodzina Soroków ze Swarzędza .Stolarz Hilary Soroka i córka Stefania. Państwo Szulcowie mieli swoje mieszkanie od tyłu domu do którego wchodziło się przez przybudówkę ,tak ze ich mieszkanie było[powiększone. Opisuję to wszystko dokładnie, bo taki był pierwszy dzień pobytu w Sokołowie.

Dzień miał się ku końcowi. Wyszedłem przed dom na podwórze opodal figurki św. Jana i w myśli: odmówiłem skromną modlitwę: św. Janie miej nas w swojej opiece, pozwól nam szczęśliwie przeżyć wojnę i z Bożą pomocą i Twoim stawiennictwem szczęśliwie powrócić do swojego domu połączyć się z rodziną, która został rozproszona, Amen.

Jak już wspomniałem dzień się miał ku końcowi, ale to była Generalna Gubernia utworzona z łaski okupanta. Godzina policyjna obowiązywała od godziny 22. Wiec po uszykowaniu noclegu dla całej rodziny na podwórzu znalazł się nasz sąsiad pan Neneman. Chcąc jasno przedstawić obraz, muszę objaśnić, że p. Neneman był co najmniej o 30 lat starszy ode mnie, bo najstarsza ich córka Renia była w moim wieku ,ale jako sąsiedzi zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Więc sąsiad mówi :panie Władysławie teraz nam nic nie pozostało ,jak tylko wypuścić do miasta i zobaczyć jak zacny Sokołów wygląda z bliska i jak tętni życiem. Tak idąc Siedlecką, która wznosi się pod górę, doszliśmy do ul. Długiej, którą W lewo szło się do Rynku., a na prawo, na narożniku Siedleckiej i Długiej, stał duży budynek straży pożarnej. Z frontu dwa wjazdy ,wysokie wierzeje na dwa samochody pożarnicze. Na piętrze, nad garażami- wejście z ulicy Długiej – była sala kinowa ze sceną i z zapleczem. Kino było czynne. My udaliśmy się do ul. Długą w stronę Rynku, obeszliśmy Rynek, z którego wchodziło się na skwer.Klomby,ławki i alejki zasypane śniegiem. W głębi stał kościół murowany opasany murem i dzwonnicą ,podobnie jak w owym czasie w Murowanej Goślinie. Z lewj strony była Restauracja, z której unosiły się wesołe wrzaski i dym. Pan Neneman mówi p. Władziu wejdźmy, może coś zjemy, dla rodziny coś kupimy. Jak zdecydowaliśmy ,to i weszliśmy… a tu chłopów pełna knajpa. Od razu nas poznali, że my poznaniacy i wysiedleni, zrobił się od razu taki ruch i głośno. Chłopi nas ściskali, całowali, płakali nad nami. Nasze biedaki wysiedlone. Pytają się nas: za co was wysiedlili? A my odpowiadamy…Pan Neneman mówi, ja miałem młyn i tartak wspólnie z bratem, tutaj jestem z zoną i dwoma synami. Ja mówię: myśmy mieli dom, warsztat, , był kołodziejem zmarł w 1934 roku ojciec a mnie wysiedlili z mamą . ,siostrą i bratem .Pytają? To za co was wysiedlili? Odpowiadamy z podniesionym czołem .,za to żeśmy Polakami byli. Rozkaz był taki… ubrać się, bagaż do ręki i za pół godziny załadować się na furmankę która stała na ulicy przed domem. Transport, bydlęce wagony i jesteśmy w Sokołowie. To było 4 grudnia a dziś jest 11 grudnia 1939 roku. Więc jesteśmy razem z Wami. Wtem potężny głos się odzywa: p. Stasiaowo…prosimy o kolejkę i na zdrowie, ugościmy naszych rodaków z Poznania. I zaczęła się biesiada. Wypiliśmy sporo i pojedli. Ja to za bardzo nie mogłem pić ,byłem młody, nie miałem styczności z alkoholem. Mój sąsiad, starszy pan, więc przyzwyczajony do trunków .Po serdecznym pożegnaniu szczęśliwie wróciliśmy do naszych mieszkań na ulicy Siedleckiej ,pod opiekę św. Jana. To był pierwszy dzień naszego pobytu w Sokołowie

Drugi Dzień i następne

Po przespanej nocy na słomie ,na podłodze, rano wybrałem się do kościoła na mszę św. I zapoznać się z panem organistą. Poszedłem więc na chór i przedstawiliśmy się sobie. Pan organista nazywał się Aleksander Langowski. Starszy pan, bardzo sympatyczny. Bardzo się ucieszył z mojego przyjscia. Serdecznie pana zapraszam do mojego mieszkania…. W domu pan Aleksander zwraca się do żony: Franiu- przyprowadziłem gościa, to jest pan Władysław Pruss kolega organista wysiedlony wczoraj z mamą i rodzeństwem z Poznania do Sokołowa. Więc zapoznałem panią Franciszkę, dwóch synów i starszą panią czyli mamę p. Aleksandra. Pani Franciszka z uśmiechem i serdecznością zaprasza do wspólnego śniadania, p. Oleś mówi- mam wspaniałą nalewkę, więc uczcijmy nasze zapoznanie. Chyba Pan Bóg nam pana do mnie przysłał, bo ja mam bardzo dużo pracy, to już prawie połowa grudnia a ja mam jeszcze dużo opłatków do rozwiezienia po okolicznych wsiach, które należą do tutejszej parafii. Żona z chłopcami w nocy i przez dzień pieką je nad ogniem w takiej szczypcowej żeliwnej formie a ja w dzień rozwożę . Tu na Podlasiu organista prócz gry w kościele prowadzi też Kancelarię parafialną oraz spełnia obowiązki przy ślubach i pogrzebach. Więc jak pan widzi –urwanie głowy. Mam do pana serdeczną prośbę ,żeby już od jutra, za wynagrodzeniem grał pan codziennie trzy msze św. no i ewentualnie pogrzeb jak jaki będzie ,a w Swięta Bożego Narodzenia wszystkie śluby. Więc się zgodziłem. Itak w pierwsze święto /24 grudnia 1939 roku/ cztery śluby na mszach i 20 co 15 minut. Razem 24 śluby.W drugie święto tak samo 23 śluby, trzy na mszach i 20 co 15 minut. To były pierwsze święta Bożego Narodzenia w czasie wojny. Więc znalazło się tyle chętnych par małżeńskich. Po śniadaniu, pełen radości, po kielichu i z paczką żywnościową w ręku, z uśmiechem na ustach, wróciłem do domu i rodzinki. Opowiadania było co nie miara. Na razie mam zajęcie i może biedy nie będzie. Codziennie po odegranych mszach miałem przykazane przychodzić na śniadanie do państwa Langowskich. W następnych dniach zapoznałem się z księdzem Kanonikiem Stanisławem Josztem-proboszczem i oraz pozostałymi księżmi. Następnego dnia ks. Kanonik zaprosił mnie na śniadanie do siebie, był ciekaw opowiadań „Wysiedleńca” Rozmowa była bardzo interesująca, poznaliśmy nasze obopólne zapatrywania na temat polskości, narodowo –patriotycznej,której przewodnikiem naszych myśli był Roman Dmowski. Ja nakreśliłem księdzu ogólny zarys o naszej wielkopolskiej organizacji O. W, P. a ksiądz Kanonik o „Falandze”podlaskiej… Szefem Falangi sokołowskiej był Oficer W.P .pan Gradzki.,z którym póżniej nawiązałem kontakt Był też w Sokołowie wysiedlony ,a raczej uciekinier z Gniezna, profesor Seminarium Duchownego ks. Witold Gronkowski również z nim zaprzyjaźniłem się w obecności ks,Kan. Joszta. Wszyscy byliśmy jednych poglądów….. Po niedługim czasie nawiązałem kontakt ze swoją siostrą Jadwigą i szwagrem Franciszkiem Wilczyńskim,którzy zostali na starym miejscu w Smiglu. Poprosiłem szwagra by przesłał mi do Sokołowa nuty utworów kościelnych na chór mieszany. Po otrzymani przesyłki zorganizowałem chór kościelny tylko z braci wysiedleńczej. Ć wiczenia odbywały się w moim skromnym mieszkaniu. Instrumentu nie było,wiec poszczególne głosy uczyłem własnym śpiewem. Nieraz patrol „ Feldpolizel z tymi tarczami na piersiach, słysząc nasz śpiew wszedł zobaczyć co się dzieje. Ale nasza mama nad wszystkim czuwała. Dobrze mówiła po niemiecku,więc wytłumaczyła- to jest mój syn organista,który przygotowuje chór na niedziele do śpiewania w kościele. Więc posłuchali- musieliśmy im zaśpiewać i powiedzieli- no gut, gut, singen weiter,gul,gul. Nasze msze św. niedzielne dla wysiedlonych spodobały się Sokołowiakom tak ,że przychodziło dużo miejscowych obywateli. Tak wyglądały początki naszego pobytu na ziemi podlaskiej A przecież życie toczy dalej i trzeba pomyśleć o jakiejś pracy,aby utrzymać rodzinę ,bo obowiązek spadł na moje barki.

c.d.n. Władysław Pruss



Tyle wspomnień od pana Władysława. Może uda się zdobyć dalsze co zapowiadali w lokalnej gazecie Gośliniacy. Interesujące jest co w tym temacie maja do powiedzenia miejscowi historycy. A przede wszystkim starsi mieszkańcy miasta dzielący swój los z wysiedleńcami w czasach okupacji.

Wacław Kruszewski

czwartek, 23 lipca 2026




 

Bardzo często spotykamy się z ciekawymi historiami dotyczącymi przeszłości naszego miasta i powiatu. Wiele wydarzeń obrosło już legendami. Wiele uzyskało różne interpretacje. Zbyt wiele ważnych wydarzeń z życia mieszkańców ziemi sokołowskiej uległo i nadal ulega zapomnieniu. Zwracam się do czytelników o wspólne zachowanie i utrwalenie naszej najnowszej historii o historyczną prawdę o ludziach ich działaniach czasie okupacji ,w tragicznych latach powojennych ,o czasach odbudowy kraju ,o walce o suwerenność i niezależność Polski podarowanej przez sojuszników Stalinowi w Jałcie, aż do współczesności. Razem opiszemy naszą historię by żadni polityczni kuglarze jej nie fałszowali i nie zmieniali według swoich potrzeb.

Zapraszamy do współpracy młodzież i nauczycieli, zapraszamy środowiska Sybiraków i Akowców ,zapraszamy świadków historii-weteranów walki i pracy. Wszystkich ,którym nie są obojętne nasze i naszych przyjaciół losy .Ocalmy od zapomnienia ludzi i wydarzenia z przed lat. Spełniając postulat czytelników - internautów oddaje im miejsce na stronie z nadzieją ,że nasi czytelnicy dowiedzą się niebawem o tym jak sokołowski lekarz dr Edward Perłowski uratował życie Pawłowi Jasienicy autorowi pomnikowych dzieł literackich” Polska Piastów” i „Polska Jagiellonów”i o tym jak por AK. Franciszek Ząbecki zdobył dokumenty przewozowe niemieckich transportów kolejowych do Treblinki i jak zeznawał w procesie Franca Stangla- komendanta Treblinki .czy o kapitanie Władysławie Praweckim –organizatorze struktur Związku Walki Zbrojnej –kierowniku szkoły powszechnej na ulicy Repkowskiej w Sokołowie.O pani Marii Wolańskiej i Wacławie Ilczukównej nauczycielkach tajnego nauczania , o Panu Jachu organizatorze pierwszego po wojnie publicznego transportu na trasie Drohiczyn -Warszawa o wielu naszych rodakach których życie i praca zasługują na wdzięczną pamięć. Do współredagowania mojej strony na fb zapraszam p Jacka Odziemczyka nauczyciela mającego bogatą wiedzę o naszej najnowszej historii popartą solidnym warsztatem naukowym i , i p.Darka Kosieradzkiego- historyka amatora zamiłowanego w naszych dziejach i p. Mariana Pietrzaka autora 8 książek o Sokołowie, twórcy Muzeum Regionalnego przy ulicy Lipowej- Zasłużonego Działacza Kultury i wszystkich ,którzy cenią prawdę i mają odwagę ją przywoływać.

Tematów jest bez liku a każdy z nich wart jest zachowania i utrwalenia w zbiorowej pamięci. Zatem chwytajmy za długopisy i zapisujmy tak jak je zapamiętaliśmy fakty i wydarzenia z naszej najnowszej historii. Jesteśmy to winni naszym następcom. Swoje osobiste wspomnienia i opinie o wydarzeniach historycznych proszę przesyłać Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta Biblioteki Miejskiej lub na stronę fb „ Łączy nas Kultura i Sokołów”Przed kilkoma dniami przekazałem Bibliotece 2400 wycinków prasowych z lat 1964-1967 opisujących ważne dla tamtych czasów wydarzenia w mieście i powiecie sokołowskim .Komputerowcy z Pracowni Dziejów Miasta zrobili scany tych wycinków i każdy zainteresowany historią może z nich teraz korzystać.



środa, 22 lipca 2026

 Drogi Wacławie,

Dziękuje za zdjęcia. Czy Twoja praca Wacławie nad opisami nie poszła na marne? Jeszcze za Celińskiego prosiłem go o umożliwienie mi przejrzenia zbiorów zdjęć ale nie wyraził zgody (?). Udostępnienie ich - aż się prosi, społeczeństwu spowodowałoby duże zaciekawienie historią Sokołowa zapisaną na srebrze w tamtych latach przez Ciebie Szanowny Wacławie, ale Ty swoje zrobiłeś i zapewne jesteś z tego zadowolony i nie tylko Ty. Jeszcze raz GRATULUJĘ ożywienie historii Sokołowa Podlaskiego nieprzypomnienia nam jak to dawniej bywało. Pozwoliłem na mojej stronie w autorze - w autobiografii napisać kilka słów o Tobie a jak to spostrzega AI (sztuczna inteligencja).

Pierwsze słowa: Relacja między Michałem Kurcem (wybitnym fotografikiem) a Wacławem Kruszewskim (działaczem kultury i regionalistą) to ważny wątek w dokumentowaniu historii Sokołowa Podlaskiego i okolic.
Oto kluczowe aspekty ich współpracy i wzmianek w felietonach:
Wacław Kruszewski w swoich felietonach wielokrotnie przywoływał postać Michała Kurca, podkreślając jego rolę jako „mistrza obiektywu” i kronikarza regionu.
Wacław Kruszewski, jako wieloletni dyrektor instytucji kultury (m.in. Wydziału Kultury i Sztuki w Siedlcach oraz Powiatowego Ośrodka Kultury w Sokołowie), był osobą, która „odkrywała” i wspierała talenty.
W swoich wspomnieniach (m.in. w tekście „Jestem dumny, że z nimi pracowałem”) wymienia Michała Kurca jako jednego z kluczowych fachowców, którzy tworzyli stabilną kadrę instruktorską w trudnych czasach. Więcej tutaj:

https://www.fotografika-kurc.prosta.pl/aaa/autobiografia/michal_kurc_w_felietonach_waclawa_kruszewskiego.html



/*Relacja między Michałem Kurcem (wybitnym fotografikiem) a Wacławem Kruszewskim (działaczem kultury i regionalistą)*to ważny wątek w dokumentowaniu historii Sokołowa Podlaskiego i okolic./<https://www.fotografika-kurc.prosta.pl/aaa/autobiografia/sok_aokoloq_podlaski.html>     


 


Helikopter...




Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego


Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.












lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.


wtorek, 21 lipca 2026





 

 

Gdy podziwiała nas cała Polska...

Sokołów PODLASKI


Eksperymenty organizacyjne w Powiatowym Ośrodku Kultury w latach 70. przyniosły tak dobre efekty, że podpatrywać nasze rozwiązania przyjeżdżały nie tylko polskie, ale i zagraniczne delegacje. A pomyśleć, że impulsem do zmian był... incydent ze szczurem.


Na początku lat 70., wraz ze zmianą ekip rządzących w Warszawie, zmieniały się władze terenowe. W miastach i wsiach, jak Polska długa i szeroka, dogmatyczne kierownictwo partyjne i administracyjne ustępowało miejsca nowym kadrom, które wspierały politykę lansowaną przez Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza. Zanim nowe idee dotarły do Sokołowa, w domu kultury odbywały się liczne wiece i akademie. Jednego dnia Zenek Karpiński - plastyk domu kultury malował hasła poparcia dla towarzysza „Wiesława" (Władysława Gomułki), by za tydzień, kiedy frakcja reformatorska wzięła górę, zmienić graficzne elementy dekoracji sceny wyrażające  poparcie dla towarzysza Edwarda Gierka.

Większe rozterki musiał przeżywać nasz pierwszy sekretarz, wygłaszający referaty popierające raz jednego przywódcę, raz drugiego. I w czasie takiego przemówienia I sekretarza KP PZPR na scenę sali widowiskowej domu kultury wbiegł wypasiony szczur. Licznie zgromadzona widownia zaczęła się śmiać. Sekretarz starał się opanować sytuacje tupiąc na szczura. Ten nic sobie z tego nie robił i przyglądał się raz widowni, raz stojącemu na mównicy prelegentowi. Właściwą reakcją popisał się Zbyszek Tomczuk, grający na klarnecie w orkiestrze OSP siedzącej obok sceny. Wydobył z instrumentu kilka wyższych tonów, na które szczur zareagował ucieczką i sekretarz mógł dokończyć przemówienie. Skąd wziął się dorodny szczur na scenie wyjaśnił mi pan Roman Banasiuk - dozorca i palacz domu kultury. „Szczury przywędrowały z budowy domów przy ulicy Gałczyńskiego, gdy zaczęli wprowadzać się lokatorzy. Zwabiły je prowianty w magazynie ZHP w pomieszczeniach schronów. Prowianty te po akcji obozowej kwatermistrz hufca pani Danuta Rabkowa złożyła w udostępnionych pomieszczeniach. Weszły kanałami wentylacyjnymi i teraz chodzą po całym budynku, bywa ze potrafią podgryzać nogi widzom w kinie.

! Na drugi dzień zostałem wezwany do komitetu. Idąc do „białego domu" rozważałem linię obrony a nie znalazłszy argumentów, zastanawiałem się co będę robił dalej. Czy dostanę „wilczy bilet" zamykający drogę do pracy, chociażby referenta w GS? Na miękkich nogach przekroczyłem próg gabinetu, pocieszony przez życzliwą zawsze ludziom towarzyszkę Felę - sekretarkę sekretarza i nie czekając na zarzuty wypaliłem. - Tak dalej być nie może To nie jest dom kultury. Jego pomieszczenia zajmują instytucje nie związane z kulturą A te które należą do kultury - kino, biblioteka, ogniska artystyczne - pozagradzały korytarze. Każdy sobie rzepkę skrobie, a ja mam odpowiadać za wszystko? W tym budynku musi być jeden gospodarz i jeśli towarzysz sekretarz poprze moją koncepcję pełnej integracji placówek i instytucji kultury zapewniam, że nic takiego się więcej nie powtórzy. - Przedstawcie swoją propozycję towarzyszowi Łukasiukowi - sekretarzowi propagandy i jeśli on ją zaakceptuję, rozważymy sprawę na egzekutywie - usłyszałem Z Gieniem Łukasiukiem było łatwiej rozmawiać, bo wcześniej zajmował się sprawami oświaty i kultury w połączonym Wydziale Oświaty i Kultury PRN w Sokołowie i znał się na rzeczy. Wróciłem z komitetu w dobrym nastroju. Zaraz też z Jadzią Witkowską wzięliśmy się do pracy nad modelem nowej organizacji instytucji kultury szczebla powiatowego. Łatwe to nie było ze względu na konieczność połączenia w jeden organizm czterech niezależnych od siebie placówek. Kino było przedsiębiorstwem państwowym, biblioteka - jednostką budżetową, ognisko muzyczne - stowarzyszeniem zaś dom kultury - zakładem budżetowym. Każda placówka miała więc inny system finansowania i podlegała innym władzom. Kino - Wojewódzkiemu Zarządowi Kin w Warszawie z mającym wpływy i pozycję dyrektorem Henrykiem Sobolakiem. Biblioteka podlegała Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Warszawie. W Mazowieckim Towarzystwie Kultury

prowadzącym ogniska muzyczne kolejny opór. Skąd weźmiecie nauczycieli i jak im będziecie płacić? Na to nałożyły się własne partykularne interesy pracowników i kierowników placówek, dla których wygodniej było mieć swoich zwierzchników w Warszawie.


wtorek, 14 lipca 2026


Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.









Poż


Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając spod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej  Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowej do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.


Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.


Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.



























  1. lekarza i społecznika oraz kryształowe lust


  1. etnia 1976 r.












    lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

    Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

    Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

    Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

    Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.


    Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego


    Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.












    lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

    Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

    Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

    Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

    Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.



  Artykuł o losach Poznaniaków deportowanych czasie okupacji do Sokołowa spotkał się z dużym zainteresowaniem naszych czytelników. Pan J...