Drogi Wacławie,
Dziękuje za zdjęcia. Czy Twoja praca Wacławie nad opisami nie poszła na
marne? Jeszcze za Celińskiego prosiłem go o umożliwienie mi przejrzenia
zbiorów zdjęć ale nie wyraził zgody (?). Udostępnienie ich - aż się
prosi, społeczeństwu spowodowałoby duże zaciekawienie historią Sokołowa
zapisaną na srebrze w tamtych latach przez Ciebie Szanowny Wacławie, ale
Ty swoje zrobiłeś i zapewne jesteś z tego zadowolony i nie tylko Ty.
Jeszcze raz GRATULUJĘ ożywienie historii Sokołowa Podlaskiego
nieprzypomnienia nam jak to dawniej bywało. Pozwoliłem na mojej stronie
w autorze - w autobiografii napisać kilka słów o Tobie a jak to
spostrzega AI (sztuczna inteligencja).
Pierwsze słowa: Relacja między Michałem Kurcem (wybitnym fotografikiem)
a Wacławem Kruszewskim (działaczem kultury i regionalistą) to ważny
wątek w dokumentowaniu historii Sokołowa Podlaskiego i okolic.
Oto kluczowe aspekty ich współpracy i wzmianek w felietonach:
Wacław Kruszewski w swoich felietonach wielokrotnie przywoływał postać
Michała Kurca, podkreślając jego rolę jako „mistrza obiektywu” i
kronikarza regionu.
Wacław Kruszewski, jako wieloletni dyrektor instytucji kultury (m.in.
Wydziału Kultury i Sztuki w Siedlcach oraz Powiatowego Ośrodka Kultury w
Sokołowie), był osobą, która „odkrywała” i wspierała talenty.
W swoich wspomnieniach (m.in. w tekście „Jestem dumny, że z nimi
pracowałem”) wymienia Michała Kurca jako jednego z kluczowych fachowców,
którzy tworzyli stabilną kadrę instruktorską w trudnych czasach. Więcej
tutaj:
https://www.fotografika-kurc.prosta.pl/aaa/autobiografia/michal_kurc_w_felietonach_waclawa_kruszewskiego.html
/*Relacja między Michałem Kurcem (wybitnym fotografikiem) a Wacławem
Kruszewskim (działaczem kultury i regionalistą)*to ważny wątek w
dokumentowaniu historii Sokołowa Podlaskiego i
okolic./<https://www.fotografika-kurc.prosta.pl/aaa/autobiografia/sok_aokoloq_podlaski.html>
Wacław Kruszewski
środa, 22 lipca 2026
Helikopter...
Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego
„Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.
lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.
Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.
wtorek, 21 lipca 2026
Gdy podziwiała nas cała Polska...
Sokołów PODLASKI
Eksperymenty organizacyjne w Powiatowym Ośrodku Kultury w latach 70. przyniosły tak dobre efekty, że podpatrywać nasze rozwiązania przyjeżdżały nie tylko polskie, ale i zagraniczne delegacje. A pomyśleć, że impulsem do zmian był... incydent ze szczurem.
Na początku lat 70., wraz ze zmianą ekip rządzących w Warszawie, zmieniały się władze terenowe. W miastach i wsiach, jak Polska długa i szeroka, dogmatyczne kierownictwo partyjne i administracyjne ustępowało miejsca nowym kadrom, które wspierały politykę lansowaną przez Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza. Zanim nowe idee dotarły do Sokołowa, w domu kultury odbywały się liczne wiece i akademie. Jednego dnia Zenek Karpiński - plastyk domu kultury malował hasła poparcia dla towarzysza „Wiesława" (Władysława Gomułki), by za tydzień, kiedy frakcja reformatorska wzięła górę, zmienić graficzne elementy dekoracji sceny wyrażające poparcie dla towarzysza Edwarda Gierka.
Większe rozterki musiał przeżywać nasz pierwszy sekretarz, wygłaszający referaty popierające raz jednego przywódcę, raz drugiego. I w czasie takiego przemówienia I sekretarza KP PZPR na scenę sali widowiskowej domu kultury wbiegł wypasiony szczur. Licznie zgromadzona widownia zaczęła się śmiać. Sekretarz starał się opanować sytuacje tupiąc na szczura. Ten nic sobie z tego nie robił i przyglądał się raz widowni, raz stojącemu na mównicy prelegentowi. Właściwą reakcją popisał się Zbyszek Tomczuk, grający na klarnecie w orkiestrze OSP siedzącej obok sceny. Wydobył z instrumentu kilka wyższych tonów, na które szczur zareagował ucieczką i sekretarz mógł dokończyć przemówienie. Skąd wziął się dorodny szczur na scenie wyjaśnił mi pan Roman Banasiuk - dozorca i palacz domu kultury. „Szczury przywędrowały z budowy domów przy ulicy Gałczyńskiego, gdy zaczęli wprowadzać się lokatorzy. Zwabiły je prowianty w magazynie ZHP w pomieszczeniach schronów. Prowianty te po akcji obozowej kwatermistrz hufca pani Danuta Rabkowa złożyła w udostępnionych pomieszczeniach. Weszły kanałami wentylacyjnymi i teraz chodzą po całym budynku, bywa ze potrafią podgryzać nogi widzom w kinie.
! Na drugi dzień zostałem wezwany do komitetu. Idąc do „białego domu" rozważałem linię obrony a nie znalazłszy argumentów, zastanawiałem się co będę robił dalej. Czy dostanę „wilczy bilet" zamykający drogę do pracy, chociażby referenta w GS? Na miękkich nogach przekroczyłem próg gabinetu, pocieszony przez życzliwą zawsze ludziom towarzyszkę Felę - sekretarkę sekretarza i nie czekając na zarzuty wypaliłem. - Tak dalej być nie może To nie jest dom kultury. Jego pomieszczenia zajmują instytucje nie związane z kulturą A te które należą do kultury - kino, biblioteka, ogniska artystyczne - pozagradzały korytarze. Każdy sobie rzepkę skrobie, a ja mam odpowiadać za wszystko? W tym budynku musi być jeden gospodarz i jeśli towarzysz sekretarz poprze moją koncepcję pełnej integracji placówek i instytucji kultury zapewniam, że nic takiego się więcej nie powtórzy. - Przedstawcie swoją propozycję towarzyszowi Łukasiukowi - sekretarzowi propagandy i jeśli on ją zaakceptuję, rozważymy sprawę na egzekutywie - usłyszałem Z Gieniem Łukasiukiem było łatwiej rozmawiać, bo wcześniej zajmował się sprawami oświaty i kultury w połączonym Wydziale Oświaty i Kultury PRN w Sokołowie i znał się na rzeczy. Wróciłem z komitetu w dobrym nastroju. Zaraz też z Jadzią Witkowską wzięliśmy się do pracy nad modelem nowej organizacji instytucji kultury szczebla powiatowego. Łatwe to nie było ze względu na konieczność połączenia w jeden organizm czterech niezależnych od siebie placówek. Kino było przedsiębiorstwem państwowym, biblioteka - jednostką budżetową, ognisko muzyczne - stowarzyszeniem zaś dom kultury - zakładem budżetowym. Każda placówka miała więc inny system finansowania i podlegała innym władzom. Kino - Wojewódzkiemu Zarządowi Kin w Warszawie z mającym wpływy i pozycję dyrektorem Henrykiem Sobolakiem. Biblioteka podlegała Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Warszawie. W Mazowieckim Towarzystwie Kultury
prowadzącym ogniska muzyczne kolejny opór. Skąd weźmiecie nauczycieli i jak im będziecie płacić? Na to nałożyły się własne partykularne interesy pracowników i kierowników placówek, dla których wygodniej było mieć swoich zwierzchników w Warszawie.
wtorek, 14 lipca 2026
„Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.
„Poż
Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając spod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowej do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.
Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.
- lekarza i społecznika oraz kryształowe lust
-
etnia 1976 r.
lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.
Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.
Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi kultury przez dr Edwarda PERŁOWSKIEGO, wielce zasłużonego
„Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.
lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.
Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.
Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.
Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.

Jak widać z załączonego zdjęcia są jeszcze instytucje kultury pamietające Dzień Działacza Kultury. Za moich czasów świętu animatorów kultury towarzyszyło otwarcie nowych placówek i instytucji kultury najczęściej w wyremontowanych zabytkowych obiektach ,jak w pałacu Doria Dernałowiczów w Mińsku Mazowieckim czy Biblioteki w Węgrowie w tzw. Domu Kupców Gdańskich. Oczywiście zgodnie z przyjętym rytuałem " rączka, goździk ,klapa ,buźka przedstawiciele władz wręczali animatorom kultury medale, dyplomy i nagrody pieniężne o czym po latach opowiedział mi pan Z. Adamski- wybitny rzeźbiarz ludowy z Woli Gułowskiej Jak dostałem nagrodę wojewody siedleckiego to starczyło mi na zakup dwóch rowerów i jeszcze flaszkę
by to uczcić.
środa, 8 lipca 2026
Od Władywostoku do Wirowa n/Bugiem czyli „polskie drogi” płk Jerzego Maksajdowskiego.
Przed paru laty zdzwoniła do mnie pani Jadwiga Trzcińska autorka ciekawej książki o czasach okupacji w Jabłonnie Lackiej i zapytała czy chcę po rozmawiać ze swoim kolegą Jurkiem Maksajdowskim,którego gości u siebie .Oczywiście, że chcę. Po ustaleniu adresu natychmiast ruszyłem do Jabłonny na spotkanie z kolegą z którym nie miałem kontaktu od czasu wspólnych zabaw na koloniach w Domu Dziecka w Wirowie w końcówce lat czterdziestych. On był wychowankiem domu dziecka , ja uczestnikiem letnich kolonii tam organizowanych. Imponował mi zaradnością i sprytem w łowieniu rękami miętusów, barwnymi opowieściami z pobytu w Związku Radzieckim grą w „Zośkę”i szydełkowaniem barwnych siatek bardzo modnych w tamtych czasach chłopięcych nakryć na głowę. Mimo upływu dziesiątek lat poznałem Go po szczerym ,rozbrajającym uśmiechu. Myślę teraz,gdy poznałem jego losy,że ten uśmiech zapewne pomógł mu wyjść z wielu opresji i tragicznych zdarzeń które towarzyszyły mu od Kazachstanu przez Władywostok do Wirowa i dalej przez Legnicę, Oficerską Szkołę Samochodową w Pile, karierę wojskową zwieńczoną stopniem pułkownika.Opowieści Jurka,szczególnie te odnoszące się do pobytu w Związku Radzieckim ,to w moim przekonaniu doskonały scenariusz dla filmu ukazującego losy polskich dzieci w czasach wojny i po jej zakończeniu w wolnej Polsce. Postaram się z pamięci ,bo przecież nie nagrywa się rozmowy z przyjacielem,opisać niektóre fragmenty z naszych kilkugodzinnych spotkań.
Jurek urodził się na Kresach w 1937 roku w rodzinie oficera KOP-u i farmaceutki i te niezawinione przez niego ani jego rodziców radosne wydarzenie przesądziło o jego tragicznym dzieciństwie .Ojciec nie wrócił z wojny,matkę z dziećmi zesłano do łagrów w Kazachstanie . Przeżycie zawdzięcza kazachskim kobietom ,które dokarmiały” małego Polaczka”kosztem swoich, równie niedożywionych ,dzieci .Z Kazachstanu dostał się do domu dziecka we Władywostoku,W pamięci pozostał. mu strach przed głodem i zimnem jakich doznał w tym portowym mieście. Zimą owijał bose nogi gazetami i wychodził na miasto żebrać dla siebie i kolegów o żywność. Jak zdobył trochę kaszy lub fasoli przynosił do domu dziecka by podzielić się z pozostałymi ,mniej zaradnymi bądź słabszymi kolegami. Ale i tam były radosne chwile. Pewnego razu Jurek po polsku obsztorcował swojego kolegę któremu wypadła na chodnik pajda chleba .Przechodzący obok oficer zainteresował się małymi urwisami i zapytal co robią pod koszarami Dalnowostocznej Fłoty ZSSR. Jurek opowiedział ,że szukają pożywienia,bo w kołonii produktow niet .Polski akcent i widok małych obdartusów wzruszył oficera ,który zaproponował że dostaną od marynarzy prowiant jak zostaną barabańszczykami. Odtąd każdą defiladę we Władywostoku otwierała grupa werblistów z Jurkiem na czele. Tymi marszami i waleniem w bębny ,ubrani i obuci przez wojsko zarabiali na poprawę wyżywienia w całym domu dziecka. Aż któregoś dnia odwiedziny złożyli dzieciom Japończycy,przebywający we Władywostoku w celu wymiany jeńców. Jednym z członków komisji był przedwojenny ambasador Cesarstwa Japonii w Warszawie znający doskonale język polski. On też usłyszawszy rozmowę Jurka z kolegami przeplataną,polskimi niecenzuralnymi słówkami zapytał kim są te dzieciaki i jak się znaleźli tak daleko od Polski?Czy chcą wrócić do Warszawy. Chcieli wszyscy.Jurek szybko zrobił listę blisko szśdziesięciu kolegów i wręczył ją ambasadorowi. Ten po konsultacjach z kierownictwem domu dziecka i zapewne z władzami zaproponował zbilansowanie wymiany jeńców japońskich na radzieckich o tę liczbę dzieci wojny z listy Jurka..Niebawem ,mój kolega znalazł się w Świdrze pod Warszawą ale już w polskim domu dla sierot wojennych .Musiał być kłopotliwym wychowankiem ,bo po krótkim pobycie i kilku niedanych ucieczkach wysłano go do Państwowego Domu Dziecka w Wirowie ,mającego nie najlepszą sławę wśród takich jak on,z powodu panującej tam dyscypliny i twardych metod wychowawczych.
Kilka lat pobytu w Wirowie ,to najlepsze co go spotkało w dzieciństwie. Do dziś pamięta smak szynki ze sklepiku p Marii Kruszewskiej i ciepłe bułeczki z piekarni p. Wyganowskiego,podczas nielicznych wypadów do Sokołowa. Pamięta wszystkie pochwały i nagrody za dobre wyniki w nauce. Był prymusem w każdej klasie .Ale też pamięta jak po ukończeniu 7 klasy chciał dalej uczyć się w wymarzonym technikum samochodowym a wychowawca wybrał dla niego jako przedstawiciela „umarłej klasy” Zasadniczą Szkołę Górniczą. Był przecież synem przedwojennego oficera ,więc w/g ówczesnych kanonów wychowawczych mógł stanowić zagrożenie dla nowej chłopsko-robotniczej władzy .Spakował więc swoje manatki i czekał na okazję ucieczki. Okazja nadeszła z chwilą wizyty dziennikarza „Trybuny Ludu” w Wirowie. Poprawił redaktorowi coś w zdezelowanej” Warszawie” i poprosił o podwiezienie do Skrzeszewa gdzie z poczty mógłby zadzwonić do Technikum Samochodowego w Pile i dowiedzieć się czy przyjmą go do szkoły. Dziennikarz okazał się b. pomocny i nie tylko zawiózł Jurka na pocztę ale sam zadzwonił i opłacił telefon oraz zaprotegował go do szkoły jako dobrego ucznia o niebywałych zdolnościach technicznych. Pozostała teraz operacja zdobycia dokumentów uprawniających do przyjęcia w szkole. Z tym nie miał problemów po doświadczeniach w łagrach i kilku domach dziecka. Niebawem z dwoma kolegami,bez stosownego ubrania ,pieniędzy i pożywienia ruszyli w daleką drogę z Wirowa do Piły. Z byłego prawosławnego klasztoru nad Bugiem –siedziby Państwowego Domu Dziecka w Wirowie aż hen do Piły na Ziemiach Odzyskanych .Po drodze zarabiali na kromkę chleba rozładowując wagony z węglem . Kiedy za pierwsze zarobione pieniądze kupili kolejarzom wino by dali im jeszcze większy wagon do rozładowania zaskarbili sobie ich uznanie i pomoc przy jego rozładunku następnych oraz cenną podpowiedź jak bez biletów dojechać do Piły. Najpewniej zabrać się z transportem żołnierzy radzieckich jadących do garnizonu w tym mieście Uczynni kolejarze wskazali im taki transport a dalej już Jurek sobie poradził. Poprostu podszedł do konduktorki i w jej języku zapytał „ciocia waz-micie w Legnicu.’?Jurek wiedział ,że r adzieckie kobiety w czasach wojny były dla wszystkich dzieci ciociami i nigdy nie odmawiały pomocy. Napewno takiej prośbie nie mogła odmówić funkcjonariuszka radzieckich kolei mimo regulaminowego zakazu. Wprowadziła brudnych obdartusów do oficerskiego przedziału.i poczęstowała czajem. Chwilowy komfort podróżowania zakłócił syn radzieckiego oficera ,który zaczął szydzić z wyglądu polskich rówieśników. Dla Jurka była to zniewaga nie do zniesienia. Po wymianie kilku nieprzyzwoitych słów” dał w papę” Saszy co skutkowało wysadzeniem” polskich chuliganów”na najbliższym przystanku .Do szkoły jednak dotarli , zostali przyjęci a Jurek ukończył ją z najlepszymi wynikami. Służbę wojskową zakończył w stopniu pułkownika i żyje sobie spokojnie w Grudziądzu Od czasu do czasu,jak tylko zdrowie dopisze rusza swoim fantastycznie utrzymanym Wartburgiem,na Podlasie,które jest jego małą i najmilszą Ojczyzną. Czekają tu na niego koledzy spragnieni jego barwnych opowieści .
Wacław Kruszewski
Drogi Wacławie, Dziękuje za zdjęcia. Czy Twoja praca Wacławie nad opisami nie poszła na marne? Jeszcze za Celińskiego prosiłem go o umożl...
-
Jak widać moje teksty nie pasują pani do portalu Życia Sokołowa . Naiwnie sądziłem, że od zdolnej i wykształconej na katolickiej uczelni...
-
Przejrzałem ostatnio sterty pieczołowicie zachowanych plansz dokumentujących działalność domu kultury z lat mojej aktywności w sokołowsk...
-
Dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Sterdyni zaprosiła mnie na promocje mojej nowej książki "Patroni naszych ulic"26 czerwca 20...



