sobota, 16 maja 2026

 

Szanowni Państwo,

serdecznie zapraszam na premierę 39. numeru magazynu „Kraina Bugu” oraz otwarcie 5. sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu, które odbędą się 24 maja 2026 roku o godz. 15.00 w Skrzeszewie (hala-Skrzeszew 151A).

Spotkanie będzie okazją do rozmów o nowej ,,Krainie Bugu” ale także o kulturze, reportażu, fotografii i pograniczu, a także do wspólnego świętowania kolejnego sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu.

W programie wydarzenia znajdą się m.in.:
– spotkania z autorami i współtwórcami „Krainy Bugu”
– wystawy fotografii i ikon
– projekcja filmu „Abakamania. Magdalena Abakanowicz – artystka osobna”
– oprowadzenia po wystawach przy lampce wina

Będzie nam niezwykle miło spotkać się z Państwem tego dnia w Skrzeszewie (prawie nad Bugiem). A jeśli macie Państwo ochotę to także można zabrać ze sobą znajomych lub poinformować o naszym wydarzeniu :)

Z serdecznymi pozdrowieniami

 Wybieram się bo interesują mnie tematy historyczne z Krainy Bugu Spodziewam się nowej aktywności  i nowych pomysłów ulubionego kwartalnika

czwartek, 14 maja 2026

 

Pisałem niedawno o generale Zdzisławie Rozbickim - naszym rodaku z ulicy Lipowej i Krzywej dawniej Kasprowicza. Rodzinny dom generała sąsiaduje z domem innego sławnego Sokołowianina prof, Jana Izdebskiego- mojego kolegi z Liceum na Kupientyńskiej i rówieśnika. Jeszcze zdążyłem zorganizować z nimi spotkanie  mieszkańców  Sokołowa ,w Bibliotece z profesorem Izdebskim i w Domu Kultury z generałem Rozbickim. Dziś już odeszli z tego świata  i pozostawili  nam swoje wspomnienia. Generał w książkach o Sokołowie a profesor  w dokumentach z lat szkolnych. Oryginalne świadectwa jeszcze z czasów okupacji profesor  przekazał dyrektorce biblioteki natomiast książki o Sokołowie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przesłane mi kurierem z Wrocławia przekazałem pani Hannie Lecyk osobiście podczas z jednej z publicznych imprez w naszej bibliotece. Wczoraj chciałem przypomnieć sobie i czytelnikom powojenne lata w naszym mieście opisane przez generała jak np. pogrzeb  pod pomnikiem ks. Brzóski 17  milicjantów i żołnierzy LWP  zabitych w bratobójczej wojnie Polaków z Polakami. pod Mołomotkami 13 kwietnia 1945 roku.  Niestety w zbiorach  biblioteki  nie  ma żadnej książki autorstwa Józefa Rozbickiego. Pytam publicznie Czy dla tego .że zdobył tytuł doktora nauk humanistycznych i generalskie lampasy w Polsce Ludowej czy ,że ma odwagę pisać prawdę o czasach słusznie minionych.


tel: 516 134 365

Nie zawiera wirusów.www.avast.com


--


 

Posługując się słowami Onufrego Zagłoby

nie chwaląc się ,jam to uczynił” że Chodowiacy otwarli drogę do Rzymu. Tak było i warto to przypomnieć na Jubileusz tego zespołu,który z Alicją Siwkiewicz i Zbyszkiem Myrchą współorganizowałem w pod siedleckim Chodowie

Pewnego dnia 1982 r. do Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach przyszła pani Alicja Siwkiewicz _ twórca i kierownik artystyczny Zespołu Pieśni i Tañca „Chodowiacy_.

Z dumą i nieukrywaną satysfakcją okazała zaproszenie dla zespołu do złożenia wizyty w ... Rzymie.

Kto pamięta czasy stanu wojennego wie, że nawet podróże z miasta do miasta i ze wsi do wsi odbywały się wówczas za specjalnymi i nie każdemu wydawanymi przepustkami. Wyjazd 45 osobowej grupy z Siedlec do Watykanu mógł w tym czasie przyprawić o bóle głowy każdego decydenta. Ale pani Alicja udając, że nie zna się na procedurach i nie wie nic o ograniczeniach, drążyła z przekonaniem sprawę wyjazdu.

„Przecież się to należy zespołowi, który jest na każde pana zawołanie. Czy powitać bułgarską pieśnią i kwiatami towarzysza Todora Żiwkowa, czy wypełnić program artystyczny wojewódzkich dożynek. Dla mojego zespołu to sprawa prestiżowa i mam nadzieję, że ją pan załatwi. Trzeba tylko rozwiązać kilka drobnych problemów takich jak paszporty, dewizy na opłaty tranzytowe, autokar dla ludzi i dostawczy samochód na stroje i instrumenty. Dobrze by było każdemu członkowi zespołu dać skromne „kieszonkowe"_. Pan to załatwi, a ja dopilnuję, żeby zespół jak najlepiej reprezentował Siedlce i podlaską kulturę na koncertach w Rzymie._

Podział zadań dokonany przez panią Alicję był logiczny i zgodny z naszymi kompetencjami. Rzecz w tym, że w Polsce obowiązywały przepisy stanu wojennego, a i stosunek władz do papieża nie był skrystalizowany. Z drugiej strony trudno było odmówić racji kierownikowi zespołu, z którego dumne były społeczeństwo i władze województwa siedleckiego.

Wziąłem się do pracy, chociaż przyznaję, że nie wierzyłem w powodzenie naszych wspólnych działań.

Konsultacje z panem Wacławem Janasem _ sekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki dawały nadzieję. Dyrektor „Pagartu" pan Włodzimierz Sandecki znalazł rozwiązanie: wyjazd jest możliwy na zbiorowy paszport, pod warunkiem uzyskania pozytywnej opinii o poziomie artystycznym zespołu, zgodności etnograficznej strojów, repertuaru itp. Wszystkie wymogi zostały spełnione, pozostał problem najważniejszy: Jak przekonać do wyjazdu do papieża _ decydujących o wszystkim komisarzy wojskowych i kierownictwo polityczne województwa?

Zanim wykonałem jakiś ruch w tym kierunku, już otrzymałem
polecenie:

„Stroje i instrumenty muzyczne są własnością państwa, proszę je zabezpieczyć i nie wydawać zespołowi, wtedy bez nich zespół nie wyjedzie._

Dla pani Alicji Siwkiewicz nie było to żadną przeszkodą. Oświadczyła, że

„Instrumenty i stroje otrzymamy w Rzymie z Domu Pielgrzyma Polskiego, zaś takie utrudnianie nam wyjazdu kompromituje władzę i doprowadzi do rozwiązania zespołu_.

Dziś, po lekturze wywiadu Moniki Olejnik z ministrem Kuberskim _ ówczesnym ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej wiem na jakie kłopoty mogła nas narazić, dziś oczywista propozycja pani Alicji Siwkiewicz. Szczęśliwie zwyciężył zdrowy rozsądek politycznych i wojskowych decydentów. Zespół pojechał do Rzymu, gdzie godnie reprezentował województwo siedleckie i bogactwo podlaskiego folkloru.

Papież wyraźnie wzruszony zaprosił „Chodowiaków_ do Castel Gandolfo", a tam razem z nimi śpiewał ... podlaskie piosenki.

Władze wojewódzkie otrzymały gratulacje od swoich zwierzchników a ja podziękowania od zespołu ze zdjęciem i dedykacją. Można dziś spekulować, czy pobyt i podlaskie pieśni i tańce nie przyczyniły się do obrania właściwego kursu, określającego stosunek władz polskich do papieża Polaka, nad czym tak usilnie i w końcu z sukcesem pracował m.in. ambasador Kuberski.

Wacław Kruszewski   


Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365


niedziela, 3 maja 2026

 

Lubię „Majowe, dawne dni”. Pamiętam maje z pochodów 1 majowych – jak teraz mówią przymusowych. Pamiętam z zabaw ludowych na stadionie i wielu spotkań mieszkańców Sokołowa organizowanych przez Dom Kultury i Bibliotekę z literatami i dziennikarzami. W pamięci pozostało mi takie spotkanie z Janem Gerhardem – pisarzem i naczelnym redaktorem „Tygodnika Forum” w gminnej bibliotece w Bielanach kierowanej przez p. Alinę Pietrzakową.

Wchodzimy do skromnej salki Gminnej Spółdzielni, zatłoczonej po brzegi mieszkańcami wsi. Od progu wójt gminy wita pisarza takim tekstem: Panie pułkowniku. Sierżant Władysław Brodziak melduje mieszkańców wsi Bielany na spotkaniu w ramach Dni Oświaty, Książki i Prasy. Po chwili pisarz i wójt wykonują rytualnego niedźwiedzia co zebrani kwitują oklaskami na stojąco.

Okazało się, że pułkownik Jan Gerhard, autor powieści „Łuny w Bieszczadach”, na podstawie której powstał znany filmowy dramat wojenny „Ogniomistrz Kaleń” z Wiesławem Gołasem w roli głównej, był dowódcą 34 pułku, w którym służył sierżant Władysław Brodziak – wójt gminy. Krwawe bieszczadzkie drogi obu żołnierzy spotkały się po latach w małej podlaskiej wiosce.

Oczywiście zrobiłem serię zdjęć z tego spotkania, ale wszystkie zostały zabrane łącznie z negatywami z archiwum domu kultury przez funkcjonarjuszy prowadzących rozległe śledztwo w sprawie zabójstwa pisarza w sierpniu 1971 roku.

Tamte maje kojarzą mi się jeszcze z Bibliobusem – pierwszą w Polsce ruchomą biblioteką na kółkach. Pomysł przywiozłem z Danii, gdzie posłał mnie Minister Kultury i Sztuki prof. Aleksander Krawczuk, bym poznał organizację, finansowanie i działalność domów kultury. Gościnni gospodarze w mieście urodzin Andersena zaproponowali wycieczkę po duńskich wioskach autobusem zabudowanym regałami pełnymi książek, zmyślnie zabezpieczonych przed wypadaniem na też wyboistych i krętych drogach okolic Odense.

Półki regałów ustawiono pod katem i dodatkowo zamontowano regulowane ściskacze. Taki patent zastosował Wiesiek Olszewski – wykonawca adaptacji naszego autobusu marki Robur na potrzeby ruchomej biblioteki. 1 maja 1983 roku – czy mogło być inaczej? – sokołowska biblioteka na kółkach ruszyła w teren.

Niebawem Polska Kronika Filmowa sfilmowała pracę Barbary Wielogórskiej – kierowniczki i Jana Gęsiny, kierowcy Biblibusa, docierającego o stałych dniach i godzinach do najodleglejszych wsi nadbużańskich z dobrą i oczekiwaną książką.

Zrobiona po kilku miesiącach analiza ekonomiczna działalności ruchomej biblioteki wykazała duże oszczędności w kosztach wypożyczeń książek z bibliobusu w porównaniu do tych samych z punktów bibliotecznych nie mówiąc o jakości obsługi czytelników i zasobów księgozbioru. Później drugi taki bibliobus „podarowaliśmy Wojewódzkiej Bibliotece w Siedlcach.

Uroczystą wstęgę, w majowych Dniach Oświaty Książki i Prasy przecinał Wojewoda Siedlecki Marian Woźniak. Tym miłym gestem staraliśmy się przekonać bibliotekarzy do pożytków jakie przynosi integracja instytucji kultury.



piątek, 1 maja 2026

 

Od Władywostoku do Wirowa n/Bugiem czyli „polskie drogi” płk Jerzego Maksajdowskiego.

Przed paru laty zdzwoniła do mnie pani Jadwiga Trzcińska autorka ciekawej książki o czasach okupacji w Jabłonnie Lackiej i zapytała czy chcę się spotkać ze swoim kolegą Jurkiem Maksajdowskim ,którego gości u siebie .Oczywiście, że chcę. Po ustaleniu adresu natychmiast ruszyłem do Jabłonny na spotkanie z kolegą z którym nie miałem kontaktu od czasu wspólnych zabaw na koloniach w Domu Dziecka w Wirowie w końcówce lat czterdziestych. On był wychowankiem domu dziecka , ja uczestnikiem letnich kolonii tam organizowanych. Imponował mi zaradnością i sprytem w łowieniu rękami miętusów, barwnymi opowieściami z pobytu w Związku Radzieckim grą w „Zośkę ”i szydełkowaniem barwnych siatek bardzo modnych w tamtych czasach chłopięcych nakryć na głowę. Mimo upływu dziesiątek lat poznałem Go po szczerym ,rozbrajającym uśmiechu. Myślę teraz, gdy poznałem jego losy że ten uśmiech zapewne pomógł mu wyjść z wielu opresji i tragicznych zdarzeń które towarzyszyły mu od Kazachstanu przez Władywostok do Wirowa i dalej przez Legnicę, Oficerską Szkołę Samochodową w Pile, karierę wojskową zwieńczoną stopniem pułkownika. Opowieści  Jurka, szczególnie te odnoszące się do pobytu w Związku Radzieckim ,to w moim przekonaniu doskonały scenariusz dla filmu ukazującego losy polskich dzieci w czasach wojny i po jej zakończeniu w wolnej Polsce. Postaram się z pamięci ,bo przecież nie nagrywa się rozmowy z przyjacielem, opisać niektóre fragmenty z naszych kilkugodzinnych spotkań.

Jurek urodził się na Kresach w 1937 roku w rodzinie oficera KOP-u i farmaceutki i te niezawinione przez niego ani jego rodziców radosne wydarzenie przesądziło o jego tragicznym dzieciństwie .Ojciec nie wrócił z wojny, matkę z dziećmi zesłano do łagrów w Kazachstanie . Przeżycie zawdzięcza kazachskim kobietom ,które dokarmiały” małego Polaczka” kosztem swoich, równie niedożywionych ,dzieci .Z Kazachstanu dostał się do domu dziecka we Władywostoku, W pamięci pozostał. mu strach przed głodem i zimnem jakich doznał w tym portowym mieście. Zimą owijał bose nogi gazetami i wychodził na miasto żebrać dla siebie i kolegów o żywność. Jak zdobył trochę kaszy lub fasoli przynosił do domu dziecka by podzielić się z pozostałymi ,mniej zaradnymi bądź słabszymi kolegami. Ale i tam były radosne chwile. Pewnego razu Jurek po polsku obsztorcował swojego kolegę któremu wypadła na chodnik pajda chleba .Przechodzący obok oficer zainteresował się małymi urwisami i zapytal co robią pod koszarami Dalnowostocznej Fłoty ZSSR. Jurek opowiedział ,że szukają pożywienia, bo w kołonii produktow niet .Polski akcent i widok małych obdartusów wzruszył oficera ,który zaproponował że dostaną od marynarzy prowiant jak zostaną barabańszczykami. Odtąd każdą defiladę we Władywostoku otwierała grupa werblistów z Jurkiem na czele. Tymi marszami i waleniem w bębny ,ubrani i obuci przez wojsko zarabiali na poprawę wyżywienia w całym domu dziecka. Aż któregoś dnia odwiedziny złożyli dzieciom Japończycy, przebywający we Władywostoku w celu wymiany jeńców. Jednym z członków komisji był przedwojenny ambasador Cesarstwa Japonii w Warszawie znający doskonale język polski. On też usłyszawszy rozmowę Jurka z kolegami przeplataną, polskimi niecenzuralnymi słówkami zapytał kim są te dzieciaki i jak się znaleźli tak daleko od Polski ?Czy chcą wrócić do Warszawy. Chcieli wszyscy.Jurek szybko zrobił listę blisko szśdziesięciu kolegów i wręczył ją ambasadorowi. Ten po konsultacjach z kierownictwem domu dziecka i zapewne z władzami zaproponował zbilansowanie wymiany jeńców japońskich na radzieckich o tę liczbę dzieci wojny z listy Jurka..Niebawem ,mój kolega znalazł się w Świdrze pod Warszawą ale już w polskim domu dla sierot wojennych .Musiał być kłopotliwym wychowankiem ,bo po krótkim pobycie i kilku niedanych ucieczkach wysłano go do Państwowego Domu Dziecka w Wirowie ,mającego nie najlepszą sławę wśród takich jak on,z powodu panującej tam dyscypliny i twardych metod wychowawczych.

Kilka lat pobytu w Wirowie ,to najlepsze co go spotkało w dzieciństwie. Do dziś pamięta smak szynki ze sklepiku p Marii Kruszewskiej i ciepłe bułeczki z piekarni p. Wyganowskiego,podczas nielicznych wypadów do Sokołowa. Pamięta wszystkie pochwały i nagrody za dobre wyniki w nauce. Był prymusem w każdej klasie .Ale też pamięta jak po ukończeniu 7 klasy chciał dalej uczyć się w wymarzonym technikum samochodowym a wychowawca wybrał dla niego jako przedstawiciela „umarłej klasy” Zasadniczą Szkołę Górniczą. Był przecież synem przedwojennego oficera ,więc w/g ówczesnych kanonów wychowawczych mógł stanowić zagrożenie dla nowej chłopsko-robotniczej władzy .Spakował więc swoje manatki i czekał na okazję ucieczki. Okazja nadeszła z chwilą wizyty dziennikarza „Trybuny Ludu” w Wirowie. Poprawił redaktorowi coś w zdezelowanej” Warszawie” i poprosił o podwiezienie do Skrzeszewa gdzie z poczty mógłby zadzwonić do Technikum Samochodowego w Pile i dowiedzieć się czy przyjmą go do szkoły. Dziennikarz okazał się b. pomocny i nie tylko zawiózł Jurka na pocztę ale sam zadzwonił i opłacił telefon oraz zaprotegował go do szkoły jako dobrego ucznia o niebywałych zdolnościach technicznych. Pozostała teraz operacja zdobycia dokumentów uprawniających do przyjęcia w szkole. Z tym nie miał problemów po doświadczeniach w łagrach i kilku domach dziecka. Niebawem z dwoma kolegami,bez stosownego ubrania ,pieniędzy i pożywienia ruszyli w daleką drogę z Wirowa do Piły. Z byłego prawosławnego klasztoru nad Bugiem –siedziby Państwowego Domu Dziecka w Wirowie aż hen do Piły na Ziemiach Odzyskanych .Po drodze zarabiali na kromkę chleba rozładowując wagony z węglem . Kiedy za pierwsze zarobione pieniądze kupili kolejarzom wino by dali im jeszcze większy wagon do rozładowania zaskarbili sobie ich uznanie i pomoc przy jego rozładunku następnych oraz cenną podpowiedź jak bez biletów dojechać do Piły. Najpewniej zabrać się z transportem żołnierzy radzieckich jadących do garnizonu w tym mieście Uczynni kolejarze wskazali im taki transport a dalej już Jurek sobie poradził. Poprostu podszedł do konduktorki i w jej języku zapytał „ciocia waz-micie w Legnicu.’?Jurek wiedział ,że r adzieckie kobiety w czasach wojny były dla wszystkich dzieci ciociami i nigdy nie odmawiały pomocy. Napewno takiej prośbie nie mogła odmówić funkcjonariuszka radzieckich kolei mimo regulaminowego zakazu. Wprowadziła brudnych obdartusów do oficerskiego przedziału.i poczęstowała czajem. Chwilowy komfort podróżowania zakłócił syn radzieckiego oficera ,który zaczął szydzić z wyglądu polskich rówieśników. Dla Jurka była to zniewaga nie do zniesienia. Po wymianie kilku nieprzyzwoitych słów” dał w papę” Saszy co skutkowało wysadzeniem” polskich chuliganów”na najbliższym przystanku .Do szkoły jednak dotarli , zostali przyjęci a Jurek ukończył ją z najlepszymi wynikami. Służbę wojskową zakończył w stopniu pułkownika i żyje sobie spokojnie w Grudziądzu Od czasu do czasu,jak tylko zdrowie dopisze rusza swoim fantastycznie utrzymanym Wartburgiem,na Podlasie,które jest jego małą i najmilszą Ojczyzną. Czekają tu na niego koledzy spragnieni jego barwnych opowieści .

piątek, 24 kwietnia 2026

 

Wczoraj odnalazłem w swoim archiwum dwa listy kierowane do mnie gdy pełniłem funkcję kierownika Powiatowego Domu Kultury w Sokołowie gdzieś w latach sześćdziesiątych i drugi Wacława Piekarskiego o dotację na wydanie książki o Armii Krajowej w pow. Sokołowskim gdy byłem dyrektorem Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach. Przekazałem postulowane pieniądze z Funduszu Rozwoju Kultury zwiększając budżet miasta a Waldek Iwaniak- Naczelnik Sokołowa dokończył dzieła i mamy opisane w dwóch tomach historię walki naszych rodaków z niemieckimi okupantami. Jeśli do niej dodać wydaną przez ISKRY w 1964 roku „Drogę przez las Witolda Retki to w moim przekonaniu za mało jak na zaangażowanie mieszkańców miasta i powiatu w walce o niepodległość, okupioną trzema publicznym egzekucjami naszych bohaterów, setkami , zesłanych do Treblinki rolników za sabotowanie kontyngentów , tysiącami aktów represji za nieposłuszeństwo wobec niemieckich przepisów okupacyjnych. Za mało wiemy o akcjach „Wichury” Oleksiaka na więzienie przy ulicy Magistrackiej ,nic nie wiemy o spaleniu magazynów benzyny na stadionie przy ulicy Lipowej po za udziałem w tej akcji bohaterskiej kobiety o adekwatnym do wydarzenia pseudonimie Etna. Niewiele wiemy o akcjach sabotażowych na kolejach ściśle nadzorowanych przez Niemców chociaż znamy nazwiska kolejarzy organizujących te akcje. Za późno zorganizowano Pracownie Dokumentacji Dziejów Miasta. Nie mamy Muzeum chociaż jesteśmy jednym z najstarszych miast na Podlasiu o 6 wiekowej tradycji. Odnotować należy pierwsze pozytywne zmiany w edukacji historycznej Sokołowian Jest nią, wydany przez Bibliotekę Album „Spacerkiem po starym Sokołowie.” Pierwszy tom poświęcony czasom przedwojennym zawiera setki zdjęć miasta i jego ówczesnych mieszkańców. Znalazłem w nim zdjęcie mojego kuzyna Romana Tyburę zamordowanego w Oświęcimiu za działalność konspiracyjną na rzecz wywiadu Armii Krajowej. Na uroczystej promocji albumu pani dyrektor zaapelowała o dostarczanie zdjęć i wspomnień z czasów okupacji i powojennej odbudowy potrzebnych do dwóch kolejnych albumów .Mnie do takiego pomysłu namawiać nie trzeba, Już szukam zdjęć i dokumentów by przekazać je autorom kolejnych tomów tak cennego wydawnictwa.

Wacław Kruszewski

  TAK Pisałem i warto to przypomnieć jeśli teraz znowu o polskim złocie tyle się opowiada.

Chociaż razi mnie polityka ekshumacyjna IPN-u, to sprowadzenie do kraju prochów tych dwóch zasłużonych dla Polski oficerów, odbieram jako akt historycznie słuszny i zasadny. Dzięki temu nasza wiedza wzbogaciła się o mało znane fakty związane z losem Funduszu Obrony Narodowej i Polskiego Skarbu w czasie II wojny światowej. Jego ocalenie zawdzięczamy tym dwóm oficerom. Nie bez znaczenia jest też udział w akcji naszego rodaka, por. Krystyna Ostrowskiego z Korczewa. Znający kilka języków obcych i mający dobre kontakty z kręgami dyplomatycznymi i europejską arystokracją, młody hrabia Ostrowski był na wagę złota, które trzeba było ratować, by mieć za co organizować polskie Siły Zbrojne na Zachodzie i utrzymać Rząd RP we Francji i w Anglii.

Wojenną historię Polskiego Skarbu Narodowego można poznać z interesującego filmu pt. „Złoty pociąg” produkcji polsko-rumuńskiej z 1986 roku. Ukazuje on epopeję Polskiego Skarbu Narodowego rozpoczętą 5 września 1939 roku w Warszawie i zakończoną w 1947 roku po podróży przez trzy kontynenty. Tomasz Zaliwski w roli pułkownika – ministra Górskiego przekonywująco realizował w tym filmie zadania, które we wrześniu 1939 roku zlecono pułkownikowi Ignacemu Matuszewskiemu. Miał do dyspozycji kilka autobusów z Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych z przypadkowymi kierowcami, a w ekipie kilku niemieckich szpiegów kierowanych przez oficera Abwehry Langa. Całą drogę od Warszawy, przez Siedlce, Lublin, Łuck, Dubno, Sniaty aż do granicy rumuńskiej, złota kolumna była atakowana przez niemieckie samoloty. W Rumunii, której rząd premiera Calinescu nie uległ presji Hitlera i zezwolił na tranzyt polskich skarbów narodowych, cały czas trwał pojedynek oficerów wywiadów: polskiego – Bobruka i rumuńskiego – Montenau z diabolicznym Langiem z niemieckiej Abwehry, wspomaganym przez rumuńskich faszystów. Brawurowe akcje szpiegowskie, gry i pułapki mylące przeciwnika, a w tle zabiegi dyplomatyczne polskiego rządu internowanego w Rumunii. Ambasador Niemiec w Rumunii Fabrycjus? Twierdził, że polski skarb to zdobycz wojenna Rzeszy, a Polacy chcą za to złoto odbudować swoją armię. Groził Rumunom za pomoc, jakiej udzielają Polakom. Calinescu odpierał te ataki, powołując się na traktaty o traktowaniu jeńców wojennych, które Niemcy podpisały. Przypłacił za to życiem, zastrzelony przez rumuńskich faszystów. Cały film B. Poręby w konwencji wojennego kryminału ukazuje trudne losy II Rzeczpospolitej, opuszczonej przez sojuszników w chwili największego zagrożenia. Nie mogliśmy w 1939 roku liczyć nawet na przyjęcie naszego skarbu narodowego przez neutralną Szwecję. Jak byłoby dziś warto się zastanowić, obserwując poczynania polskiej dyplomacji.

Czytelników zapewne zainteresuje udział naszego rodaka Krystyna Ostrowskiego z Korczewa w epopei ratowaniu Polskiego Skarbu Narodowego. Pierwsza duża partia cennego ładunku - 80 ton złota ze skarbca Narodowego Banku Polskiego, wyruszyła w nocy z 4 na 5 września 1939 roku z Warszawy, przez Siedlce do Brześcia nad Bugiem. W Siedlcach pułkownik Matuszewski zboczył do Korczewa, by pozyskać do ekipy Krystyna Ostrowskiego z uwagi na jego znajomość języków obcych, kontakty dyplomatyczne z okresu pracy w agendach Ligi Narodów oraz znajomości w sferach arystokratycznych krajów leżących na trasie wędrówki polskiego złota. Do transportu dołączyła także jego żona Wanda, nieletnia wówczas córka Beata i matka Helena z Tyszkiewiczów Ostrowska. Musieli zapewnić sobie własny transport z zapasem benzyny. Beata Ostrowska-Harris, która jest obecnie jedynym żyjącym uczestnikiem tej niezwykłej eskapady wspominała, jakim zagrożeniem był ich samochód całkowicie wypełniony szklanymi pojemnikami z benzyną, podczas częstych ataków niemieckich samolotów, naprowadzanych na transport przez ukrytych w ekipie agentów. Pamięta też, że jej matka musiała w Bejrucie sprzedać cenną rodzinną pamiątkę, by pokryć koszty pobytu, czego odmówił im pułkownik Matuszewski, chroniący każdy gram cennego ładunku. O dalszych losach Polskiego Skarbu można znaleźć wiele interesujących artykułów w Internecie. Więcej informacji i co najważniejsze, bo od pani Beaty Harris- Ostrowskiej bezpośredniego świadka epopei Polskiego Skarbu Narodowego – będziemy mogli usłyszeć gdyby kierownicy naszych placówek kultury zaprosili panią Beatę Ostrowską- Harris na spotkanie z Sokołowianami. Nie udało się przekonać do tego byłą dyrektor biblioteki to może jej następczyni zrealizuje moją propozycję. Naprawdę warto. Zaś panu dyrektorowi Marcinowi Celinskiemu nieśmiało sugeruje upowszechnienie filmu o pani Beacie przy okazji różnych imprez o charakterze patriotycznym i poznawczym. Wszystkich rodaków zachęcam do zwiedzania muzeum w Korczewie i zapoznanie się z historią rodu Ostrowskich w którym „ Do pani na Korczewie” pisał C. Norwid a Cat Mackiewicz zabiegał o łaskawe spojrzenia „zielonych oczu „’kolejnej damy z Korczewa.



Złoty pociąg – film produkcji polsko-rumuńskiej, 1986 r.


  Szanowni Państwo, serdecznie zapraszam na premierę 39. numeru magazynu „Kraina Bugu” oraz otwarcie 5. sezonu Letniej Galerii Krainy Bugu...