środa, 3 czerwca 2026

 

Artykuł o losach Poznaniaków deportowanych w  czasie okupacji do Sokołowa spotkał się z dużym zainteresowaniem naszych czytelników. Pan Janusz Czarnocki pamięta przedstawienia teatralne organizowane dla dzieci w mieszkaniu przesiedleńców na rogu ulic Pięknej i Kupientyńskiej, Pamięta że ojciec zawsze prowadzał go do strzyżenia na ulicę Kilińskiego gdzie pracował w salonie fryzjerskim Dzieciątka deportowany z Poznania pan Papajewski. Rodzice Janka Czarnockiego ,dopóki żyli jeszcze wiele lat po wojnie utrzymywali kontakty z rodziną Papajewskich W budynku Szkoły na ulicy Polnej jeszcze wiele lat pracował na stanowisku wożnego pan Kowalczyk zanim powrócił do Gośliny Murowanej gdzie prowadził ciastkarnie. Mało znane są losy pana Betańskiego, który w Sokołowie prowadził skup skór surowych. poza tym ,ze Rosjanie w latach czterdziestych nie dowieżli go na Sybir gdyż zmarł w transporcie.. Przez 5 lat żyła wśród nas pani Maryla Hałaszkiewicz. mieszkała przy ulicy Ogrodowej. Z wywiadów i rozmów ze starszymi mieszkańcami miasta wynika ,ze w tak ciężkich ,okupacyjnych czasach, Sokołowianie zdali egzamin z człowieczeństwa. Przyjmowali pod swój dach całe rodziny przesiedleńców i dzielili się z nimi tym co mieli. Dlatego nie mogą zrozumieć, stanowiska generującego strach przed uciekinierami z państw objętych wojnami. ,Sokołowianie nie boją się ani pierwotniaków ani terrorystów i deklarują ,ze tak jak kiedyś ich rodzice przyjmą każdego człowieka potrzebującego pomocy. Taki jest nasz kodeks moralny kształtowany przez wieki i nikt nie jest w stanie go zmienić. Warto jednak dbać o niego i dlatego prosimy naszych czytelników o zachowanie w pamięci informacji o pobycie w Sokołowie deportowanych mieszkańców Wielkopolski. Historyków prosimy o podjęcie badań a siedleckie uczelnie o inspirację prac magisterskich dla studentów. Nie może być tak ,by młodzi mieszkańcy Siedlec, Węgrowa i Sokołowa czerpali swoją wiedzę na temat życia w czasach okupacji z pamiętników kapitana W. Hofenfelda chociaż był to dobry Niemiec.

Dziś dostałem odpowiedz na wysłany wcześniej do Gośliny Murowanej tekst artykułu. Kustosz Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej pan Marian Pflanz przysłał mi kopie artykułów lokalnej gazety . W niej wspomnienia z przed 60 laty pana Władysława Prussa z pierwszych dni pobytu jego rodziny w Sokołowie w grudniu 1939 roku. W artykule wspólne zdjęcia z sokołowskimi rodzinami Szulców i Langowskich , Bałkowców które przyjęły pod swój dach” poznaniaków”. Jest też zdjęcie drewnianego kościoła św. Rocha w którym pan Pruss dzięki protekcji Aleksandra Langowskiego u księdza proboszcza ,pełnił funkcję organisty w tym kościele. Niestety nie da się na tych zdjęciach rozpoznać sokołowiaków ale warto poszukać ich oryginałów w redakcji gazety lub Izby Regionalnej w Goślinie Murowanej. Od zdjęć jednak ważniejsze są opisane wspomnienia, które przytaczam tu w całości uznając ,że dobrze oddają charakter naszych rodaków.”Stacja kolejowa w Sokołowie jest usytułowana na przedmieściu, tak ze do centrum jest 2 km. Więc starsi panowie z naszego transportu zostali wydelegowani do miasta by powiadomić burmistrza o naszej tragedii i prosić o pomoc. Burmistrz pan Staniszewski, zacna figura miasta Sokołowa, bardzo serdecznie iz wielkim współczuciem oraz zrozumieniem sytuacji,bo przecież było zimno,a tylu ludzi pod gołym niebem, natychmiast wydał rozkaz swoim podwładnym ,aby nikt na noc nie został na dworze. Zrobił się wielki ruch w całym mieście, ludzie ze łzami w oczach gdzie kto mógł i miał jakiś wolny kąt przyjmował biednych wysiedleńców i częstował ciepłą strawą. Nasza furmanka z trzema rodzinami zatrzymała się przy mostku drewnianym na rzece zwanej Cetynja ,przy starej zabytkowej drewnianej figurze św. Jana na ulicy Siedleckiej pod nr 25/27 na której były małe drewniane domki jednorodzinne. Jedyny murowany, piętrowy dom na Siedleckiej pod numerem 16 , pana Józefa Bałkowca był już zajęty więc pojechaliśmy dalej do mostku pod figurkę..Przed domem stali już gospodarze i każdy który miał wolny kąt to zabierał do swojej posesji. W głębi podwórka był mały drewniany dom nr 25 Jego właścicielami byli państwo Szulcowie- Stanisław i Apolonia oraz dwoje dzieci. Druga połowa należała do pani Adeli Głowackiej Nr. 27 należał do państwa Bołbotowskich. Mieszkanie było wolne ,bo Żydzi ,którzy je zajmowali uciekli do ZSRR więc p. Szulc przyjął nas na to mieszkanie. Poobmiataliśmy pajęczyny i podłogę ,położyliśmy nasze toboły. Postarałem się od sąsiadów dwa snopy słomy pszennej ,rozłożyliśmy pod ścianą. Było na czym spać. Po drugiej stronie sieni na prawo było takie samo mieszkanie i pani Adela przyjęła rodzinę Marszałów z Murowanej Gośliny czyli matkę z synem Wincentym i córkę .Państwo Bołbotowscy z pod nr27 tez przyjęli dwie rodziny p. Nenemanów-mąż, żona i dwóch synów Juljan i Maciej oraz brata, który był w Goślinie Murowanej właścicielem nowoczesnego młyna i tartaku. U Bołbotowskich znalazła też schronienie rodzina Soroków ze Swarzędza .Stolarz Hilary Soroka i córka Stefania. Państwo Szulcowie mieli swoje mieszkanie od tyłu domu do którego wchodziło się przez przybudówkę ,tak ze ich mieszkanie było[powiększone. Opisuję to wszystko dokładnie, bo taki był pierwszy dzień pobytu w Sokołowie.

Dzień miał się ku końcowi. Wyszedłem przed dom na podwórze opodal figurki św. Jana i w myśli: odmówiłem skromną modlitwę: św. Janie miej nas w swojej opiece, pozwól nam szczęśliwie przeżyć wojnę i z Bożą pomocą i Twoim stawiennictwem szczęśliwie powrócić do swojego domu połączyć się z rodziną, która został rozproszona, Amen.

Jak już wspomniałem dzień się miał ku końcowi, ale to była Generalna Gubernia utworzona z łaski okupanta. Godzina policyjna obowiązywała od godziny 22. Wiec po uszykowaniu noclegu dla całej rodziny na podwórzu znalazł się nasz sąsiad pan Neneman. Chcąc jasno przedstawić obraz, muszę objaśnić, że p. Neneman był co najmniej o 30 lat starszy ode mnie, bo najstarsza ich córka Renia była w moim wieku ,ale jako sąsiedzi zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Więc sąsiad mówi :panie Władysławie teraz nam nic nie pozostało ,jak tylko wypuścić do miasta i zobaczyć jak zacny Sokołów wygląda z bliska i jak tętni życiem. Tak idąc Siedlecką, która wznosi się pod górę, doszliśmy do ul. Długiej, którą W lewo szło się do Rynku., a na prawo, na narożniku Siedleckiej i Długiej, stał duży budynek straży pożarnej. Z frontu dwa wjazdy ,wysokie wierzeje na dwa samochody pożarnicze. Na piętrze, nad garażami- wejście z ulicy Długiej – była sala kinowa ze sceną i z zapleczem. Kino było czynne. My udaliśmy się do ul. Długą w stronę Rynku, obeszliśmy Rynek, z którego wchodziło się na skwer.Klomby,ławki i alejki zasypane śniegiem. W głębi stał kościół murowany opasany murem i dzwonnicą ,podobnie jak w owym czasie w Murowanej Goślinie. Z lewj strony była Restauracja, z której unosiły się wesołe wrzaski i dym. Pan Neneman mówi p. Władziu wejdźmy, może coś zjemy, dla rodziny coś kupimy. Jak zdecydowaliśmy ,to i weszliśmy… a tu chłopów pełna knajpa. Od razu nas poznali, że my poznaniacy i wysiedleni, zrobił się od razu taki ruch i głośno. Chłopi nas ściskali, całowali, płakali nad nami. Nasze biedaki wysiedlone. Pytają się nas: za co was wysiedlili? A my odpowiadamy…Pan Neneman mówi, ja miałem młyn i tartak wspólnie z bratem, tutaj jestem z zoną i dwoma synami. Ja mówię: myśmy mieli dom, warsztat, , był kołodziejem zmarł w 1934 roku ojciec a mnie wysiedlili z mamą . ,siostrą i bratem .Pytają? To za co was wysiedlili? Odpowiadamy z podniesionym czołem .,za to żeśmy Polakami byli. Rozkaz był taki… ubrać się, bagaż do ręki i za pół godziny załadować się na furmankę która stała na ulicy przed domem. Transport, bydlęce wagony i jesteśmy w Sokołowie. To było 4 grudnia a dziś jest 11 grudnia 1939 roku. Więc jesteśmy razem z Wami. Wtem potężny głos się odzywa: p. Stasiaowo…prosimy o kolejkę i na zdrowie, ugościmy naszych rodaków z Poznania. I zaczęła się biesiada. Wypiliśmy sporo i pojedli. Ja to za bardzo nie mogłem pić ,byłem młody, nie miałem styczności z alkoholem. Mój sąsiad, starszy pan, więc przyzwyczajony do trunków .Po serdecznym pożegnaniu szczęśliwie wróciliśmy do naszych mieszkań na ulicy Siedleckiej ,pod opiekę św. Jana. To był pierwszy dzień naszego pobytu w Sokołowie

Drugi Dzień i następne

Po przespanej nocy na słomie ,na podłodze, rano wybrałem się do kościoła na mszę św. I zapoznać się z panem organistą. Poszedłem więc na chór i przedstawiliśmy się sobie. Pan organista nazywał się Aleksander Langowski. Starszy pan, bardzo sympatyczny. Bardzo się ucieszył z mojego przyjscia. Serdecznie pana zapraszam do mojego mieszkania…. W domu pan Aleksander zwraca się do żony: Franiu- przyprowadziłem gościa, to jest pan Władysław Pruss kolega organista wysiedlony wczoraj z mamą i rodzeństwem z Poznania do Sokołowa. Więc zapoznałem panią Franciszkę, dwóch synów i starszą panią czyli mamę p. Aleksandra. Pani Franciszka z uśmiechem i serdecznością zaprasza do wspólnego śniadania, p. Oleś mówi- mam wspaniałą nalewkę, więc uczcijmy nasze zapoznanie. Chyba Pan Bóg nam pana do mnie przysłał, bo ja mam bardzo dużo pracy, to już prawie połowa grudnia a ja mam jeszcze dużo opłatków do rozwiezienia po okolicznych wsiach, które należą do tutejszej parafii. Żona z chłopcami w nocy i przez dzień pieką je nad ogniem w takiej szczypcowej żeliwnej formie a ja w dzień rozwożę . Tu na Podlasiu organista prócz gry w kościele prowadzi też Kancelarię parafialną oraz spełnia obowiązki przy ślubach i pogrzebach. Więc jak pan widzi –urwanie głowy. Mam do pana serdeczną prośbę ,żeby już od jutra, za wynagrodzeniem grał pan codziennie trzy msze św. no i ewentualnie pogrzeb jak jaki będzie ,a w Swięta Bożego Narodzenia wszystkie śluby. Więc się zgodziłem. Itak w pierwsze święto /24 grudnia 1939 roku/ cztery śluby na mszach i 20 co 15 minut. Razem 24 śluby.W drugie święto tak samo 23 śluby, trzy na mszach i 20 co 15 minut. To były pierwsze święta Bożego Narodzenia w czasie wojny. Więc znalazło się tyle chętnych par małżeńskich. Po śniadaniu, pełen radości, po kielichu i z paczką żywnościową w ręku, z uśmiechem na ustach, wróciłem do domu i rodzinki. Opowiadania było co nie miara. Na razie mam zajęcie i może biedy nie będzie. Codziennie po odegranych mszach miałem przykazane przychodzić na śniadanie do państwa Langowskich. W następnych dniach zapoznałem się z księdzem Kanonikiem Stanisławem Josztem-proboszczem i oraz pozostałymi księżmi. Następnego dnia ks. Kanonik zaprosił mnie na śniadanie do siebie, był ciekaw opowiadań „Wysiedleńca” Rozmowa była bardzo interesująca, poznaliśmy nasze obopólne zapatrywania na temat polskości, narodowo –patriotycznej,której przewodnikiem naszych myśli był Roman Dmowski. Ja nakreśliłem księdzu ogólny zarys o naszej wielkopolskiej organizacji O. W, P. a ksiądz Kanonik o „Falandze”podlaskiej… Szefem Falangi sokołowskiej był Oficer W.P .pan Gradzki.,z którym póżniej nawiązałem kontakt Był też w Sokołowie wysiedlony ,a raczej uciekinier z Gniezna, profesor Seminarium Duchownego ks. Witold Gronkowski również z nim zaprzyjaźniłem się w obecności ks,Kan. Joszta. Wszyscy byliśmy jednych poglądów….. Po niedługim czasie nawiązałem kontakt ze swoją siostrą Jadwigą i szwagrem Franciszkiem Wilczyńskim,którzy zostali na starym miejscu w Smiglu. Poprosiłem szwagra by przesłał mi do Sokołowa nuty utworów kościelnych na chór mieszany. Po otrzymani przesyłki zorganizowałem chór kościelny tylko z braci wysiedleńczej. Ć wiczenia odbywały się w moim skromnym mieszkaniu. Instrumentu nie było,wiec poszczególne głosy uczyłem własnym śpiewem. Nieraz patrol „ Feldpolizel z tymi tarczami na piersiach, słysząc nasz śpiew wszedł zobaczyć co się dzieje. Ale nasza mama nad wszystkim czuwała. Dobrze mówiła po niemiecku,więc wytłumaczyła- to jest mój syn organista,który przygotowuje chór na niedziele do śpiewania w kościele. Więc posłuchali- musieliśmy im zaśpiewać i powiedzieli- no gut, gut, singen weiter,gul,gul. Nasze msze św. niedzielne dla wysiedlonych spodobały się Sokołowiakom tak ,że przychodziło dużo miejscowych obywateli. Tak wyglądały początki naszego pobytu na ziemi podlaskiej A przecież życie toczy dalej i trzeba pomyśleć o jakiejś pracy,aby utrzymać rodzinę ,bo obowiązek spadł na moje barki.

c.d.n. Władysław Pruss



Tyle wspomnień od pana Władysława. Może uda się zdobyć dalsze co zapowiadali w lokalnej gazecie Gośliniacy. Interesujące jest co w tym temacie maja do powiedzenia miejscowi historycy. A przede wszystkim starsi mieszkańcy miasta dzielący swój los z wysiedleńcami w czasach okupacji.

Wacław Kruszewski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

  Artykuł o losach Poznaniaków deportowanych w  czasie okupacji do Sokołowa spotkał się z dużym zainteresowaniem naszych czytelników. Pa...