(brak tematu)
| 13:07 (17 minut temu) | |||
| ||||
Inspiracją do napisania tego artykułu, była kolejna reforma edukacji i prośba mojego wnuka, bym opowiedział, jak się uczyłem w szkole, która go niebawem czeka, jeśli reforma pana Czarnka się spełni. Kacperka, co rozumiem, nie interesuje codzienne wkuwanie, ale prawdziwe życie szkoły; jakie były w moich czasach zabawy i różne atrakcje.
Nie było ich wiele, jak na potrzeby młodych, ciekawych życia licealistów. Nasi nauczyciele starali się jak mogli, by w tych siermiężnych czasach stworzyć nam w miarę dobre warunki do nauki i wychowania. Nie było telewizji, nie było komputerów. Raz w miesiącu przyjeżdżało do Sokołowa kino ruchome z filmem najczęściej radzieckim. Jak był to film wojenny, szło wytrzymać, ale przeważnie stolicę rolniczego powiatu uszczęśliwiano tematyką kołchozową. I z tym były problemy natury wychowawczej; jakieś śmiechy, głośne komentarze. Gdy tylko zgasła żarówka nad projektorem ustawionym pośrodku sali widowiskowej księży salezjanów, zaczynały na sali buzować hormony. Chłopaki przesiadali się do sektora żeńskiego, by korzystając z chwilowego zaciemnienia potrzymać swoją sympatię za rączkę, a co bardziej odważni nawet za kolanko. Piski dziewcząt, głośne komentarze zazdrośników, zagłuszały propagandę sielskiego kołchozowego życia w Związku Radzieckim. Z trudem przychodziło nam później streszczanie sukcesów Miczurina i jego genialnego ucznia Łysenki – tego, który opóźnił rozwój radzieckiej genetyki o 20 lat, jak na fali „pierestrojki” podały wiele lat później gazety. Pani prof. Wiśniewolska okazywała jednak duże zrozumienie i tolerancję dla naszej skromnej wiedzy po tych seansach, podobnie jak prof. Wojtkowski, który uczył nas geografii. Obowiązującym wtedy podręcznikiem była „Geografia gospodarcza świata” Iwana Witwera (z 1953 roku), a w niej wszystko co najlepsze, to oczywiście w Związku Radzieckim. Trzeba było wtedy dużej odwagi, by takie tezy kwestionować w totalnie indoktrynowanej szkole. A ja pamiętam z lekcji geografii w naszym Liceum, że ropa naftowa była i na Półwyspie Arabskim i (o zgrozo!) w Teksasie oraz w Wenezueli, oczywiście i w Związku Radzieckim.
Zimnowojenne lata pięćdziesiąte
Atrakcją były wówczas niedzielne wyjazdy aktywu szkolnego na wieś. Polegało to na udziale młodzieży w grupach agitatorów mających przekonać opornych rolników do zakładania kołchozów, na gruncie polskim tzw. spółdzielni produkcyjnych. Innym razem była to pomoc w przeprowadzaniu remanentów w sklepach „Samopomocy Chłopskiej”, szczególnie przy zmianach cen. Dostałem wtedy dobrą, bo praktyczną lekcję ekonomii. Na wiejskim zebraniu w Wyrozębach, rolnik domagał się odpowiedzi na proste pytanie: dlaczego tanieją statki i lokomotywy a drożeją brony i lemiesze?
Żaden z agitatorów nie potrafił tego wytłumaczyć. Jakby na to nie patrzeć były to dobre lekcje „wychowania obywatelskiego”, z elementami ekonomii socjalistycznej, które do dziś pamiętamy. Wspominaliśmy te czasy z Heńkiem Puchalskim w jego rodzinnych Białobrzegach nad Bugiem. Heniek zanim przeszedł na emeryturę chronił życie i mienie mieszkańców Białostocczyzny, pracując na kierowniczych stanowiskach w Zawodowej Straży Pożarnej. To zdarzenie z wiejskiego zebrania w Wyrozębach, każdy z nas pamiętał inaczej, ale jedno wrażenie było wspólne i zakiełkowało nieufnością do władzy w głowach młodych ZMP-owców. Ja na przykład, już mniej żarliwie przekonywałem swojego dziadka do podpisania listy kandydatów do rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, mającej powstać w Bachorzy. Ze wszystkich moich argumentów o wyższości kolektywnego gospodarowania nad indywidualnym, dziadek Paweł robił sieczkę, jeśli mam zostać przy rolniczej terminologii. A ja dostałem właśnie bojowe zadanie przekonać dziadka – nonkonformistę do podpisania listy założycieli Spółdzielni w Bachorzy. Wtedy niewiele wiedziałem o zasługach dla Ojczyzny właścicieli majątku w Bachorzy – Z


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz