sobota, 10 października 2026

 

Ponad pół wieku  Sokołowski Ośrodek Kultury  pracuje nad  twórczością i upowszechnianiem kultury wśród mieszkańców miasta  i powiatu. To piękny jubileusz, godny zapisania na kartach naszej najnowszej historii. Mam swój skromny udział w dorobku tej instytucji, skoro pani Maria Koc, moja następczyni na stanowisku dyrektora  a następnie poseł RP poprosiła mnie bym, opisał narodziny domu kultury w Sokołowie

Czynię to z przyjemnością i obawą. Z przyjemnością, bo miło powspominać młode lata, ale i z obawą, czy będę dobrze zrozumiany. Byłem przecież nomenklaturowym dyrektorem instytucji, realizującej zadania w zakresie twórczości i upowszechniania kultury socjalistycznej. A czasy, na które przypadła „pierwsza pięćdziesiątka” – mam nadzieję, że będą następne – nie są wolne od zniekształceń i braku obiektywizmu. By sprostać niełatwemu zadaniu, przejrzałem sterty osobistych dokumentów, wycinków prasowych. Przeczytałem prace magisterskie pisane przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Podlaskiej w Siedlcach. Niestety, nigdzie nie znalazłem dokumentów które dałyby mnie i czytelnikom odpowiedź- jak to się stało, że w biednym, małym miasteczku, pozbawionym przemysłu i związanej z nim klasy robotniczej, postanowiono zbudować okazały dom kultury. Jedną z dwóch inwestycji tego typu w całej Polsce. Druga identyczna pod względem architektury powstała w Mrągowie. Na początku lat pięćdziesiątych trwała jeszcze „zimna wojna”, pomiędzy krajami obozu socjalizmu i kapitalizmu i „gorąca” w Korei. Cały wysiłek narodu nakierowany był na wzmocnienie obronności kraju, rzekomo zagrożonego przez zachodnich imperialistów. W nadbużańskich lasach, kryli się jeszcze ostatni żołnierze Łupaszki, Huzara, Młota, Sokolika i Marynarza czekających na wybuch III wojny światowej. W ocenie warszawskich decydentów, powiat sokołowski miał opinię powiatu, gdzie władza ludowa nie miała poparcia wśród społeczeństwa. Nie pomagały reforma rolna i nacjonalizacja przemysłu. Do serc i rozumów Podlasiaków postanowiono trafić przez kulturę. Zadania organizowania i prowadzenia działalności kulturalnej na wsi powierzono Gminnym Spółdzielniom: „Samopomoc Chłopska”. W Kosowie Lackim wiejską świetlicą kierowała pani Wanda Lenczewska, w Sterdyni – pani Halina Stefaniak. Jak grzyby po deszczu powstawały remizo-świetlice ochotniczych straży pożarnych a przy nich amatorskie zespoły teatralne. Na szczeblu powiatu nie było instytucji, która mogłaby koordynować i nadzorować działalność kulturalną na wsi. Takie funkcje spełniał Referat Kultury Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, ale ograniczały się one do wydawania zezwoleń ma publiczne imprezy, wypożyczanie kostiumów, zapewnienie repertuaru dla zespołów teatralnych. W zderzeniu z niebywałą aktywnością mieszkańców wsi, była to namiastka pomocy jakiej można było udzielać. Dlatego władze powiatowe wszystkich partii, chociaż z różną argumentacją, rozpoczęły starania o pozyskanie dla Sokołowa domu kultury. Józef Kuźma – lider Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, uzasadniał potrzebę budowy domu kultury, wyrównaniem krzywd jakie chłopstwo doznało za sanacji i okupacji, pozbawione dostępu do oświaty i kultury oraz konieczności zachowania bogatej tradycji kultury ludowej. Wacław Śliwiński I sekretarz KP PZPR, w domu kultury widział oręż do walki z ciemnotą i klerykalizmem mieszkańców powiatu, kultywującym ludowo-endeckie tradycje  ziemiańskie. Tylko Józef Borecki reprezentant Stronnictwa Demokratycznego, nie szukał argumentów ideologicznych, skupiając się na potrzebie obcowania z polską kulturą, którą zapamiętał z czasów dzieciństwa i młodości spędzonych w Buczaczu. W tym gronie p. Józef był najbardziej biegłym w mowie i piśmie. Na Ukrainie skończył tzw. małą maturę. Jemu przypadało więc opracowanie wniosków i ich obronę w czasie różnych narad i konsultacji. Był skuteczny na początku bojów o dom kultury, jak i później, gdy trzeba było bronić przed jego przekształceniem   w największy na Mazowszu – Dom Towarowy. Wnioski opracowane przez Józefa Boreckiego, trafiły do Dyrektora Departamentu Domów Kultury           i Bibliotek Ministerstwa Kultury i Sztuki. Był nim pan Grzegorz Radomski, jeden z pierwszych po wojnie, starostów sokołowskich. Pan Grzegorz wyniósł z Sokołowa miłe wspomnienia i jak opowiadał – życie. Zawdzięczał je zwyczajowi nie brania ze sobą obstawy ubeckiej, gdy jechał na wiejskie zebrania przekonywać chłopów do poparcia demokratycznej robotniczo-chłopskiej władzy. Tym gestem zyskiwał uznanie leśnych i mieszkańców wsi, którzy im pomagali. Decyzja o budowie okazałego domu kultury zapadła w 1953 roku. Wykonawcą było Powiatowe Przedsiębiorstwo Budowlane w Sokołowie a inwestorem Wydział Kultury i Sztuki Wojewódzkiej Rady Narodowej w Warszawie. Koparki i spychacze weszły na plac budowy wiosną 1955 roku rujnując pielęgnowane ogródki pracowników Powiatowej Rady Narodowej. Pierwszym kierownikiem budowy był p. Jan Janista a ostatnim p Eugeniusz Lewkowicz. Już na początku pojawiły się kłopoty finansowe, materiałowe i wykonawcze. Ślimacząca się budowa domu kultury, nagle pozbawiona została finansowania ze środków Funduszu Odbudowy Stolicy i Kraju. W zbiórce społecznych pieniędzy na ten fundusz, powiat sokołowski osiągał bardzo dobre wyniki, chcąc zapewnić sobie stałe finansowanie rozpoczętej inwestycji. Z jakim zaangażowaniem zbierano pieniądze, niech świadczy taka urzędnicza historyjka, która zapamiętałem    z roku 1964. Do Wydziału Kultury i Sztuki, przyszedł pan Bartel ze wsi Grzymki gm. Ceranów, po decyzję o przydzieleniu dotacji na budowany przez mieszkańców wsi Dom Ludowy. Po jego wyjściu zauważyłem worek oparty o piec kaflowy. Wybiegłem z pokoju, ale interesanta już nie było. Zajrzałem do worka a w nim jakieś mięso. Natychmiast udałem się do mojego szefa p. Józefa Boreckiego Wiceprzewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i zameldowałem o znalezisku i wizycie w Wydziale inicjatora budowy domu ludowego. Pan Józef, jak zawsze, spokojnie i bez emocji wydał mi polecenie. Miałem zobaczyć jakie to mięso, ustalić jego cenę na wolnym rynku, u pani Zofii Jazurkowej kierowniczki Wydziału Handlu, następnie u dozorcy p. Jana Małychy zważyć zawartość, podzielić na trzy części, obliczyć i zebrać należność od trzech beneficjentów i najdalej następnego dnia przedstawić przewodniczącemu dowód wpłaty na konto Funduszu Odbudowy Stolicy i Kraju.  I jeszcze jedno- powiadomi pan komitet budowy, że na otwarcie domu ludowego przyjadę osobiście pod warunkiem, że na poczęstunek przyrządzą ryby z Bugu, a nie zakazaną cielęcinę. A ponieważ zapowiadają się goście z województwa, niech nie serwują swoich wyrobów alkoholowych w których, nie wiem dlaczego, warszawiacy nie gustują .  Tylko pani Jazurkowa odmówiła udziału w tej transakcji uznając, że konsumpcja zakazanej przez władze cielęciny, jest wysoce naganna i grozi nieokreślonymi bliżej konsekwencjami. Obowiązuje bowiem zakaz uboju cieląt, zatem obrót cielęciną jest karalny. Pani Zofia radziła, by zgłosić to zdarzenie na MO, bo może się to źle dla mnie skończyć. Pełen obaw, wykonałem jednak polecenie mojego zwierzchnika i sokołowski Fundusz Odbudowy Stolicy i Kraju wzbogacił się o 85 zł. uzyskanych od przewodniczącego, dozorcy i kierownika.

Po wstrzymaniu finansowania budowy ze środków Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy i Kraju, władze powiatowe pilnie szukały pieniędzy na dokończenie rozgrzebanej inwestycji. Na jednej z narad p. Józef Nasiłowski-dyrektor MHD oznajmił, że w MHD są pieniądze i jeśli dostanie dom kultury, za rok zrobi z niego największy w województwie warszawskim Wielki Dom Towarowy, dający prestiż miastu i zatrudnienie jego mieszkańcom. Władze powiatu przyjęły propozycje dyrektora Nasiłowskiego z zadowoleniem, bo pozbywają się kłopotów a jednocześnie zyskują uznanie ministra Hilarego Minca, likwidującego w Polsce relikty prywatnego handlu.

Przez p. Boreckiego poprosiłem o danie mi tygodnia na znalezienie dotacji umożliwiającej kontynuowanie robót i pozostawienie obiektu kulturze. Poprosiłem jednocześnie o przeniesienie mnie z kierownika Wydziału Kultury i Sztuki PPRN, na kierownika domu kultury w budowie mając nadzieję, że takim zabiegiem uratuję dom kultury. I zaczęło się. W strukturze Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie nie było wśród jednostek i zakładów budżetowych – domu kultury, nie było więc budżetu, etatu i funduszu osobowego umożliwiającego zatrudnienie kierownika. Takie decyzje w ustalonych i planowanych terminach podejmowano          w Warszawie. Dotąd Sokołów nie występował z wnioskami o etaty i dotacje na dom kultury, bo nie miał odpowiednich lokali na organizację takiej instytucji. Koło się zamknęło. Zagrożony utratą pracy, którą polubiłem i zaufaniem swojego szefa, którego przekonałem do wstrzymania oddania budynku handlowcom, zacząłem działać. Przez Andrzeja Sałajczyka – kadrowca w Wojewódzkim Zarządzie Kin dotarłem do dyrektora WZK – Henryka Sobolaka i przekonałem go o potrzebie otwarcia w Sokołowie nowoczesnego kina panoramicznego. Kino „Zdobycz” przy ulicy Lipowej nie nadaje się do tego ze względów technicznych, a ponadto trzeba płacić wysoki czynsz za wynajem pomieszczeń od OSP. Moja propozycja jest taka- przekażemy Wojewódzkiemu Zarządowi Kin okazały budynek domu kultury, w którym Wojewódzki Zarząd Kin za niewielkie pieniądze uruchomi wspaniałe, liczące 420 miejsc – kino panoramiczne. Dyrektorowi Sobolakowi propozycja podobała się i prosił tylko o pomoc, w przekonaniu do tego planu Naczelniczki Wydziału Kultury i Sztuki Wojewódzkiej Rady Narodowej        w Warszawie pani Aleksandry Forbert-Koftowej. Cieszyłem się uznaniem pani naczelniczki, za skuteczny nadzór i zawsze wiarygodne meldunki        z budowy upamiętnienia byłego obozu pracy i zagłady w Treblince. Miałem też przywilej bezpośrednich kontaktów z jej zastępcą, Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków – Wacławem Kochanowskim, którego staraniom zawdzięczamy odnalezienie na plebanii w Kosowie obrazu El Greco – Ekstaza św. Franciszka. Gdzie i z kim się dało, drążyłem temat dokończenia budowy, jeśli nie całego domu kultury, to przynajmniej jego sali widowiskowej, sceny i kabiny projekcyjnej. Udało się! 10 października 1964 roku polską premierą filmu Ewy i Czesława Petelskich pt. Naganiacz z udziałem aktorów, reżyserów i grających w filmie mieszkańców miasta i powiatu otwarto w Sokołowie bajeczne, nowoczesne kino panoramiczne z pierwszym w mieście kolorowym neonem „Kino Sokół”. W kinie, wygodne tapicerowane fotele usytuowane amfiteatralnie, doskonała jakość dźwięku         i obrazu. Na suficie 2400 szt. kolorowych płynnie wygaszanych reflektorków. W tamtych siermiężnych czasach sala kinowo-teatralna Powiatowego Domu Kultury robiła niesamowite wrażenie na widzach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na realizację statutowych zadań domu kultury uzyskałem 3 etaty            i wszystkie pomieszczenia wokół sali widowiskowej i możliwość nieodpłatnego korzystania z niej raz w tygodniu, czyli w czwartki kiedy kino nie pracowało. Rzecz w tym, że pomieszczenia te nie były wykończone i w większości zdewastowane. Stało się to z powodu błędów wykonawczych.  Dach budynku pokryty był dachówką, którą ułożono bez zaprawy uszczelniającej. Wewnątrz wykonano gipsowe elementy wystroju holu, klatek schodowych i niektórych sal a w nich parkiet. Po kilku jesiennych deszczach, gipsowa sztukateria odpadła a posadzka w reprezentacyjnych salach przypominała morskie fale. Dodatkowym problemem były bezdyskusyjne decyzje władz powiatu, przydzielające niezagospodarowane lokale różnym instytucjom i organizacjom społecznym, pod warunkiem ich wykończenia. Lokali, nie instytucji, które jak Związek Młodzieży Wiejskiej czy Liga Obrony Kraju same się wykończyły, podobnie jak wydziały urbanistyki        i architektury. W 1964 roku Powiatowy Dom Kultury w całym okazałym budynku, miał do swojej dyspozycji dwa pokoje biurowe i jedna salę klubową. Razem jakieś 80 m2 Tak zaczynaliśmy nasze boje o kulturę w Sokołowie. Żeby nie ciekło nam na głowy, postanowiłem zmienić pokrycie dachowe z dachówki na eternit – jedyny w miarę dostępny materiał na dachy. Dopilnowaliśmy, by wykonawca zdjął dachówkę starannie, bez uszkodzeń   i odsprzedaliśmy ją rolnikowi na pokrycie obory. Za uzyskane pieniądze przełożono parkiet w sali klubowej i na zdobytym z Wojewódzkiego Zarządu Kin projektorze 16 M/M rozpoczęliśmy projekcje filmów krajoznawczych pod nazwą „Wędrujemy bez wiz i paszportów”. Filmy te nieodpłatnie wypożyczaliśmy z ambasady USA, co było powodem niezbyt przyjemnych wizyt w miejscowym Urzędzie Bezpieczeństwa. W IPN-nie czytałem pracowite donosy szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego majora Feliksa CH. na siebie, jako agenta ambasady amerykańskiej. Było tak. Wojtek Paczuski po krótkiej pracy w domu kultury dostał się na studia politechniczne w Warszawie. Tam działał w znanym klubie studentów „Stodoła”. Od niego dowiedziałem się, że studenci Politechniki dostają za darmo z ambasady USA ciekawe filmy dokumentalne przyrodnicze i muzyczne. Wystarczy napisać list a dostaniemy obszerny katalog, z którego można wybrać dowolne filmy i je wyświetlać bez żadnych kosztów. Napisałem do 7 ambasad 3 zachodnich i 4 naszego obozu. Z naszych odpowiedzieli tylko Węgrzy. Z ambasady amerykańskiej przysłali katalog zawierający ponad 400 filmów, od podboju kosmosu, festiwali jazzowych w New Port, filmów przyrodniczych z Yellowstonne Park po biografie słynnych muzyków Beny Gudmana, Kida Ory i innych. Wystarczy wybrać sobie, przyjechać do ambasady     i odebrać. Służbowym Junakiem z koszem ruszyłem w Aleje Ujazdowskie    i z fasonem podjechałem pod budkę milicjanta, pilnującego, by nikomu       z Jankesów nie zrobiono krzywdy w Warszawie. Załadowałem kilka pudeł z filmami i ile koni w „Junaku” pognałem do Sokołowa. Zanim jednak zdecydowałem się na publiczną projekcję, czujnie postanowiłem obejrzeć filmy komisyjnie. Zaprosiłem do domu kultury przedstawicieli komitetu powiatowego PZPR i Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Po projekcji wszyscy stwierdzili, że są to filmy neutralne pod względem politycznym      i można je publicznie pokazać Sokołowianom. Na drugi dzień wezwano mnie na komendę Milicji Obywatelskiej na przesłuchanie. Zarzuty współpracy z ambasadą amerykańską, postawił mi, dobroduszny o fizjonomii        i posturze biskupa, sam szef miejscowego urzędu bezpieczeństwa major Feliks CH. Najbardziej interesowało, go ile dostaję dolarów za współpracę. Oczywiście zaprzeczyłem i przyznałem się, że poczęstowano mnie jakimś ciemnym słodkim i gazowanym płynem, który wypiłem, bo był upał. Niedobrze, bardzo niedobrze towarzyszu kierowniku. Nie powinniście tego amerykańskiego świństwa brać do ust. Nie wiadomo co tam Amerykanie wsadzili. Z działalnością kina wiąże się jeszcze jedna anegdotka. Przypominam ją, bo warto, szczególnie młodym czytelnikom wzbogacić wiedzę     o tym „jak było” np. z repertuarem kina. W czasie mojej kadencji, zależało nam na jak największych dochodach z kin Nie było narady, by nie analizowano przyczyn spadku wpływów ze sprzedaży biletów kinowych. Wprawdzie zwiększony nadzór i częste kontrole doprowadziły do trzykrotnego zwiększenia wpływów do budżetu ośrodka kultury, ale to nas nie zadawalało. Na jednej z takich narad, p. Edward Dyl – kierownik kina ruchomego tłumaczył, że ludzie na wsi nie chcą już oglądać radzieckich filmów, gdzie karzą matkę, za zerwanie ogórka dla głodnego dziecka z kołchozowego pola. Z kolei główny operator Janek Godlewski uzasadniał, nie bez racji, że nie opłaci się wyświetlać filmu, jak nie ma na sali odpowiedniej ilości widzów. Drożej kosztują wypalone elektrody w aparatach projekcyjnych. Ale jak tu nie grać filmu skoro do kina przyszedł nasz dotychczasowy przełożony, a teraz już poseł na Sejm pan Józef Borecki. Musiałem, by zachować twarz przed załogą kina, ich słuszny postulat rozwiązać. Zdobyłem się na rozmowę z panem Józefem, która wyglądała mniej, więcej tak:  „Panie pośle! Mamy taką prośbę. Ponieważ na filmy radzieckie nie możemy, choć się staramy, zorganizować więcej widzów, ze względów na koszty, chcemy zawiesić projekcje a pracowniom dać wolne. Jednak nie możemy tego zrobić, gdy pan przychodzi na te filmy. Mam taką propozycję. Jeśli przyjdzie na seans minimum 20-stu widzów wyślę na ZOR-y Nyskę i Gienio Burchard pana przywiezie do kina. Tylko chciałbym jeszcze wyjaśnić pracownikom, znającym pana przekonania, skąd u pana tak wielkie zainteresowanie filmami radzieckimi”. Pan Józef odprowadził mnie na boczny korytarz    i wyjaśnił. „Z transportu nie skorzystam, bo lekarz zalecił mi długie spacery. Łączę więc przyjemne z pożytecznym. Zapewne pan wie, że przychodzę wyłącznie na radzieckie filmy wojenne. Mam nadzieję, że kiedyś poznam tego oficera, który w 1939 roku, gdy Armia Czerwona weszła do Buczacza, zabrał mi zegarek, jaki ojciec podarował za zdaną maturę”. Mówił to z całą powagą, bez cienia szyderstwa. Zbaraniałem i począłem tłumaczyć, że to filmy fabularne, że grają w nich aktorzy, że po tylu latach odszukanie sprawcy kradzieży „Omegi” nie jest możliwe i ze trzeba się z tym pogodzić. Pan Józef udając zmartwionego przyjął moją propozycję .    Roboty na dachu trwały do wyczerpania przydziałowego eternitu. Zabrakło płyt na pokrycie około 400m2 połaci dachowej. Udałem się do Warszawy na ulicę Kolejową, gdzie były magazyny i centrale materiałów budowlanych. Wyłuszczyłem sprawę, złożyłem zamówienie i pismo popierające od Przewodniczącego PPRN Stanisława Zambronia, by usłyszeć, że powiat sokołowski wybrał wszystkie przyznane mu w rozdzielniku przydziały, na kompleksową w gminie Repki, zamianę słomianych strzech na ogniotrwałe dachy z eternitu falistego, w tym i następnym roku. O dodatkowym przydziale dla Sokołowa mowy nie ma. Zawiedziony fiaskiem swojej misji, wlokłem się długim korytarzem, czytając tabliczki informacyjne różnych branżowych dystrybutorów, deficytowych wciąż materiałów budowlanych. Na tej drodze minąłem tabliczkę z napisem „Sekretarz KZ PZPR”. Pomyślałem, że może uda się przekonać partyjnego decydenta o potrzebie dokończenia krycia dachu domu kultury, gdzieś w Sokołowie. Miałem ze sobą „Trybunę Mazowiecką” wychwalającą Powiatowy Dom Kultury i Klub Rolnika w Hołowienkach, za zajęcie pierwszego miejsca w Polsce w konkursie „Wieś bliżej teatru”. Sekretarz wykazał zainteresowanie artykułem zamieszczonym w partyjnej gazecie i pochwalił naszą robotę. ”Ale… wicie… rozumicie rozdzielnik już wyczerpany. Nic wam towarzyszu nie mogę pomóc. Na co ja „A ja wam mówię towarzyszu sekretarzu, że jak nie dostanę przydziału na 400 m2 eternitu falistego, to pokryję resztę dachu domu kultury słomą i zaproszę telewizję, by to sfilmowała. I za ten skandal będziecie odpowiedzialni”. Sekretarz pomyślał, kazał mi zaczekać na korytarzu i po odwiedzeniu kilku pokoi przyniósł mi wymarzoną asygnatę na zakup i odbiór eternitu, bezpośrednio z fabryki w Małkini. Do Sokołowa wracałem szczęśliwy, jakbym wygrał w totolotka. Na nasze głowy i przede wszystkim, głowy odwiedzających Sokołów artystów, przestała lać się woda. Symbolicznie „lano wodę” na sali kinowo-teatralnej przy okazji częstych akademii i narad aktywu powiatowego. Na początku lat siedemdziesiątych wraz ze zmianą ekip rządzących w Warszawie zmieniały się władze terenowe. Jak Polska długa i szeroka, dogmatyczne kierownictwa partyjne i administracyjne, ustępowały miejsca nowym kadrom, wspierającym politykę lansowaną przez Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza. Zanim nowe idee dotarły do Sokołowa, w domu kultury, niemal co kilka dni odbywały się wiece i konferencje. Jednego dnia, Zenek Karpiński malował hasła poparcia dla towarzysza „Wiesława” (Władysława Gomułki), by za tydzień, kiedy frakcja reformatorska „wzięła górę”, zmienić graficzne elementy dekoracji sceny, wyrażające poparcie Sokołowian dla Edwarda Gierka. Współczułem naszemu pierwszemu sekretarzowi, który musiał jednego dnia, w referacie popierać jednego przywódcę, a za kilka dni drugiego. I w czasie takiego przemówienia towarzysza Kazimierza Witta na scenę wybiegł wypasiony szczur. Widownia się ożywiła. Powstał niebywały, na tego typu spotkaniach rozgardiasz. Głośne śmiechy, uwagi i nawoływanie do zachowania powagi i spokoju. Mówca starał się opanować sytuację tupiąc na szczura. Ten nie reagował i przyglądał się raz sekretarzowi a raz widowni. Gestem ręki przywołałem Zbyszka Tomczuka – członka orkiestry siedzącej przy scenie i poprosiłem, by wydobył ze swojego instrumentu kilka dźwięków w najwyższej tonacji jaką z klarnetu B można wydobyć. W naszej orkiestrze nie było flecistów, a jak wiedziałem, że szczury nie gustują w tych instrumentach. Sprawdziło się. Zbyszek zagrał z wysokiego C      i szczur czmychnął za kulisy i dalej do piwnic pod sceną. Z rozmowy z p. Romanem Banasiukiem legendarnym dozorcą domu kultury, dowiedziałem się, że szczury opanowały dom kultury niczym tonący statek. Przywędrowały z sąsiedniej budowy bloku mieszkalnego przy ulicy K. I. Gałczyńskiego, zwabione mąką kukurydzianą w magazynach ZHP, udostępnionych harcerzom w pomieszczeniach schronowych. Po obozowej akcji letniej, kwatermistrz hufca p. Danuta Rabkowa, złożyła niewykorzystane produkty w swoich magazynach, bezpiecznych, bo stalowo-betonowych i wentylowanych schronach. Szczury weszły kanałami wentylacyjnymi i teraz bezkarnie łażą po całym budynku. Bywa, że potrafią podgryzać nogi widzom  w kinie. Mogą z tego wyniknąć poważne kłopoty, słusznie zauważył dozorca. Nie trzeba było długo czekać. Na drugi dzień zostałem wezwany do komitetu. Idąc do sąsiadującego z domem kultury „białego domu”, rozważałem linię obrony i starałem się przewidzieć, jakie postawią mi zarzuty. Czy od razu dostanę „wilczy bilet” zamykający mi możliwość pracy chociażby referenta w GS. Na miękkich nogach, przekroczyłem próg gabinetu I sekretarza, pocieszany przez zawsze życzliwą ludziom towarzyszkę Felę – sekretarkę pierwszego sekretarza i nie czekając na zarzuty wypaliłem:

– Towarzyszu sekretarzu! Wczorajszy incydent ze szczurem dowodzi, że dom kultury musi mieć jednego gospodarza. Z pracownikami domu kultury, opracowaliśmy koncepcje pełnej integracji instytucji i placówek kultury w Powiatowy Ośrodek Kultury. Jeśli towarzysz sekretarz poprze naszą koncepcję zapewniam, że taki incydent się więcej nie powtórzy.

– Przedstawcie swoją koncepcję towarzyszowi Łukasiukowi, sekretarzowi propagandy i jeśli on ją zaakceptuję, rozważymy sprawę na egzekutywie – usłyszałem nie kryjąc zadowolenia.

Z Eugeniuszem Łukasiukiem było łatwiej rozmawiać o blaskach i cieniach integracji placówek kultury, bo wcześniej zajmował się sprawami oświaty i kultury w połączonym Wydziale Oświaty i Kultury PPRN w Sokołowie i znał się na rzeczy. Wróciłem z komitetu w dobrym nastroju. Zaraz z Jadzią Witkowską wzięliśmy się do opracowania statutu i struktury organizacyjnej nowej instytucji kultury szczebla powiatowego. Łatwe to nie było, ze względu na przyjęte i utrwalone przepisami różne formy finansowania i podległości instytucji kultury, które chcieliśmy połączyć w jeden organizm. Kino było przedsiębiorstwem państwowym, podległym Wojewódzkiemu Zarządowi Kin w Warszawie, biblioteka – jednostką budżetową, której niezależności broniła Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Ognisko Muzyczne funkcjonowało jako stowarzyszenie w strukturze i finansach Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Dom Kultury był zakładem budżetowym. Żeby kadry i finanse tych instytucji połączyć w jeden organizm, potrzebne były decyzje aż trzech ministrów: Kultury i Sztuki, Finansów i Planowania Gospodarczego. Rozpoczął się okres intensywnych konsultacji w różnych ważnych urzędach, z różnymi nie mniej ważnymi urzędnikami. „Sokołowski eksperyment kulturalny” jak określiły go media, nie wszystkim decydentom się podobał. Trafiliśmy jednak na czasy wielkich eksperymentów gospodarczych Edwarda Gierka, w których wszystko co nowe, budziło zainteresowanie. W Warszawie opory bibliotekarzy i kiniarzy łamała dyrektor Wydziału Kultury i Sztuki WRN p. Elżbieta Staniak-Rek, wspierana przez swojego zastępcę Eugeniusza Łukasiuka. Tego samego, który zaakceptował nasze pomysły, gdy pracował jeszcze w Sokołowie. W Komisji Planowania wspierał nas sokołowianin Zdzisław Żałobka – późniejszy Wojewoda Siedlecki. W Ministerstwie Kultury i Sztuki orędownikiem sokołowskiego eksperymentu kulturalnego, byli Dyrektorzy Departamentu Bibliotek i Domów Kultury panowie: Włodzimierz Sandecki          i Janusz Nowicki. Wielkiego poparcia udzielili nam dziennikarze Trybuny Mazowieckiej- Władysław Tybura i Andrzej Poroszewski i Trybuny Ludu- red. Misiorny oraz radiowego Głosu Mazowsza- Bożena Helbrecht i Józef Sobiecki. Po naradzie krajowego aktywu kulturalnego w KC PZPR, gdzie przedstawiłem koncepcje pełnej integracji instytucji kultury w Sokołowie, kierownik Wydziału Kultury KC PZPR, Jerzy Kwiatek przekonał się do naszej propozycji i zapewnił, że będzie ją wspierał. Wkrótce Wicepremier   i Minister Kultury i Sztuki Józef Tejchma zatwierdził na prawach eksperymentu statut Powiatowego Ośrodka Kultury w Sokołowie i mogliśmy zająć się pracą. A tej nie brakowało. Po włączeniu do POK-u Powiatowej i Miejskiej Biblioteki, Kina Sokół i wiejskich kin stałych w Kosowie, Sterdyni, Jabłonnie Lackiej, Mołożewie i Repkach oraz kin ruchomych zatrudnienie wzrosło do 53 etatów. Budżet wzrósł wielokrotnie i co istotne wypracowane dochody własne z kin, organizowanych imprez, usług plastycznych, ogniska muzycznego, wynajmu aparatury nagłośnieniowej, samochodów, itp. stanowiły 60% tego budżetu. Nie było problemów z wypłatą honorariów czy zatrudnieniem potrzebnych fachowców- instruktorów muzyki, plastyki, filmu i fotografii. Problemem było ich znalezienie i stworzenie warunków do osiedlenia się w naszym mieście. Szukałem ich w całej Polsce. Najwybitniejsi, jak znana aktorka filmowa i teatralna Alina Szpak, czy artysta malarz Adam Styka, muzycy Andrzej Gasik z Warszawy, Maciej Dziekoński z Siedlec i Bolesław Szaciłło z Grajewa podejmowali pracę, ale nie chcieli osiąść w Sokołowie na stałe. Domowi kultury potrzebna zaś była stabilna kadra instruktorów, gotowych do pracy w każdych warunkach i za niewielkie wynagrodzenia. Udało się taką kadrę pozyskać. W Patrykozach znalazłem absolwenta Szkoły Plastycznej w Supraślu p. Zenka Karpińskiego. Przy okazji odkryłem ruiny neogotyckiego pałacu generał Teodora Szydłowskiego w tej wsi. Z Pisza sprowadziłem dwie siostry Szmagierówny,     z których jedna do dziś, z wielkim powodzeniem edukuje plastycznie młodych Sokołowian. Uczniowie ogniska muzycznego, jak p. Kazimierz Soszka kontynuowali naukę na studiach wyższych, by po latach uczyć następne pokolenia Sokołowiaków gry na instrumentach muzycznych. Romka Brochockiego- sokołowskiego barda „porwałem” z Wielenia, gdzie u sióstr zakonnych prowadził chór. Dzisiaj pan Roman, dał już ponad 6000 koncertów swoich piosenek w szkołach i placówkach kultury w całym kraju. Pisze teksty, komponuje muzykę, gra na wielu instrumentach i śpiewa. A doszedł do tego sam. Swoim talentem i pracą. Podobnie, jak mistrz obiektywu Michał Kurc, czy Heniek Rosochacki autor biografii sokołowskich „Sybiraków”. Jestem dumny, że pracowałem z nimi w trudnych dla kultury czasach. I że tego czasu nie zmarnowaliśmy. A łatwo nie było. Przede wszystkim ze względu na problemy techniczne. Kiedy uporaliśmy się z cieknącym dachem, na koncercie wirtuoza skrzypiec Kostantego Kulki, przeciekał stropodach nad sceną. W czasie występów popularnego zespołu estradowego „No To Co” spod stropu sceny, z wysokości 14m runęła metalowa sztanga z fartuchem maskującym. Spadła tuż, za stojącymi w rzędzie czterema artystami. Nawaliło zabezpieczenie rzemieślniczej wciągarki. Na szczęście nie doszło do tragedii. Podobnie, jak podczas kontroli zaniku prądu, w czasie trwającej akademii na cześć Święta Odrodzenia w 1968 roku. Z Jurkiem Kędziorą – konserwatorem elektrykiem, zaczęliśmy szukać przyczyn braku zasilania. Główna rozdzielnia elektryczna mieszcząca się    w podziemiach stała cała w wodzie. Zabezpieczenie wyłączyło dopływ prądu, o czym świadczyło opuszczone w dół ramię wyłącznika. Trzeba go włączyć i sytuacja będzie opanowana- radził Jurek. Ale jak dostać się do niego po kolana w wodzie? Pomógł kinooperator Wacław Zbrzeżny, którego na plecach zaniosłem do szafy, a on z deską dla większego bezpieczeństwa włączył zasilanie. To jednak nie koniec kłopotów. Za kilka chwil znowu reflektory gasną. Szukamy dalej, w rozdzielni groźne pomruki dowodzą że prąd, chociaż z oporami, płynie. Na sali tylko awaryjne akumulatorowe lampki oświetlają drogi ewakuacji. Mikrofony nie działają. Widzowie się złoszczą. Decydenci dzwonią do zakładu energetycznego, gdzie pan Pomarański informuje, że żadnego sabotażu nie ma. Zasilanie domu kultury         z osobnego transformatora przy ulicy Wolności jest prawidłowe. Awaria musiała powstać w domu kultury. Szukamy z Jurkiem dalej, po omacku, bo nie mamy żadnej dokumentacji. Kolejno otwieramy skrzynki oznakowane błyskawicami. Przy jednej z nich, Jurek napotyka skręcone aluminiowe przewody ze śladami okopcenia. Czujemy swąd palonej izolacji. Ledwie poprosiłem go, żeby uważał, gdy coś huknęło i błysnęło jednocześnie. Zgasła świeczka, którą oświetlałem drogę w piwnicach. Upadliśmy na podłogę, na nasze szczęście wyłożoną grubym chodnikiem gumowym. W ciemności wołam do Jurka – żyjesz?

Tak ! Nic się nie stało, tylko ręka mnie trochę boli. Wychodzimy z piwnicy, by obejrzeć rękę. Dłoń cała czarna, tylko gładka złota obrączka nabrała jakiś dziwnych kształtów. Przewody się poluzowały i trzeba było je mocniej skręcić, oświadczył spokojnie konserwator. Dobrze, że staliśmy na dielektrycznym chodniku, co nas uratowało. Akademia ku czci „Dnia Odrodzenia” dobiegła końca. Niestety, końca z różnymi awariami nie było. Zdarzały się one w najmniej spodziewanym momencie, jak np. w czasie balu sylwestrowego. Siedzimy sobie w miłym towarzystwie i w dobrym humorze, gdy któraś z pracowniczek, pełniących smutny obowiązek dyżuru w tym niezwykłym dniu, prosi mnie i pokazuje, że z sufitu w korytarzu leje się gorąca woda, a z kotłowni dochodzą jakieś głośne dudnienia i trzaski. Biegniemy do kotłowni. Wołam palacza. Nikt się nie odzywa. W chmurach pary docieram do pomieszczenia socjalnego, gdzie palacz sobie spokojnie śpi. Krzyczę, że mamy awarię, grożę dyscyplinarnym zwolnieniem. Zero reakcji. Idę do kotłowni. A tu, trzy żeliwne piece na koks groźnie trzeszczą, spod uszczelek łączących je z rurami syczy para. Na manometrach wskazówki stoją na czerwonym polu oznaczającym 100 stopni C. Do drzwiczek zasypowych nie można się zbliżyć. Całe czerwone. Słychać trzaski na rurach i syk ulatniającej się pary. Nie słychać tylko pomp obiegowych. Olśnienie. Włączam jedną i drugą. Pracują. Biegnę do manometrów. Strzałki opuściły czerwone pole i powoli odbijają w lewo. Sytuacja opanowana. Bal sylwestrowy się udał. Tylko palacz go przespał i nie miał na Nowy Rok dobrych wspomnień. Ja zresztą też, bo która kobieta, daruje swojemu partnerowi, chwile nie przetańczone na takim balu, jak bal sylwestrowy w sokołowskim domu kultury. Ilością i różnorodnością imprez, ale przede wszystkim, ich wysokim poziomem artystycznym i intelektualnym, wytrwale          i uparcie budowaliśmy prestiż instytucji. Byliśmy, często bez wzajemności, dobrym partnerem dla władz w rozwiązywaniu różnych problemów społecznych. Kiedy pod koniec kadencji Władysława Gomułki, postanowiono polskich Romów na stałe osiedlić, do Sokołowa przybyło kilka cygańskich rodzin, którym władze miasta musiały dać mieszkania. Z praca było jeszcze gorzej. Bo jednych i drugich brakowało. Zbierały się różne gremia partyjnych i administracyjnych władz miasta i radziły, radziły, radziły. Na jednej z takich narad, na pytanie, co kto może pomóc, by rozwiązać problemy socjalne rodzin cygańskich, zaproponowałem, że jeśli nie ma dla nich pracy, to dom kultury zorganizuje zespół pieśni i tańca. Niech robią to, co potrafią najlepiej.

Po trzech miesiącach prób, zespół „Szilali Bałwał” dał pierwszy koncert, entuzjastycznie przyjęty przez sokołowian. „Głos Mazowsza”, Polska Kronika Filmowa i telewizja rozpropagowały zespół i posypały się zamówienia na występy sokołowskich Cyganów, z Warszawy, Ursusa, Płocka, stadniny końskich arabów z Janowa Podlaskiego i wielu innych miejsc i instytucji.

Józio Sobiecki, redaktor „Głosu Mazowsza”, zakochany w cygańskich pieśniach, postanowił je nagrać. Warunek – musi się to odbyć zgodnie z tradycją i w leśnej scenerii przy ognisku.

Ustaliłem z kierownikiem zespołu, Gutkiem Markowskim termin i repertuar, akcentując znaczenie tradycji dla klimatu i wierności nagrania. O umówionej godzinie, spotkaliśmy się na skraju lasu przeździeckiego od strony Kupientyna. Ekipa radiowców zjawiła się, gdy płonęły już ogniska,  a w kociołkach bulgotał smakowity czerwony barszczyk na kurze. Cyganie wypadli wspaniale. Józio promieniał ze szczęścia, nucąc:

 

Po Cyganach wiatr zaciera ślady

Deszcz romanse zmywa i ballady

Jeszcze tylko w popielisku dymi.

Biała brzoza lecieć chce za nimi

 

Następnego dnia telefon od pana Stanisława Kosmali – komendanta powiatowego MO popsuł mi humor.

– Co tam pan narozrabiał, panie Wacławie w Kupientynie z Cyganami? Wyjaśniłem, jak umiałem najlepiej, cel i przebieg imprezy. Okazało się, że w tym dniu zginęło kilkanaście kur i komendant musiał zamknąć w areszcie kilka cyganek.

Gutek zdenerwował się okropnie i zrobił najście na posterunek MO, krzycząc, że wszystko zorganizowali tak jak sobie życzyłem – zgodnie z tradycją – i za to spotkała go taka niewdzięczność. Poszedłem do komendanta, który zaproponował zadośćuczynienie strat gospodyniom. Cyganie natychmiast zebrali żądaną sumę pieniędzy i wpłacili ją poszkodowanym gospodyniom z Kupientyna, a komendant Kosmala rozkazał wypuścić aresztantki i przykry incydent udało się załagodzić. Tylko Gutka Markowskiego do dziś nie można przekonać, że nie o takie tradycje mi chodziło.

W 1974 roku zakończono budowę zakładów mięsnych – sztandarowej inwestycji w sektorze spożywczym Edwarda Gierka. Lokalizację tej inwestycji, zawdzięczamy największemu „zaświnieniu” powiatu. Musiało być 100 sztuk świń na 100 hektarów, taki warunek postawili decydenci. I było! Hodowano świnki w stodołach, w budowanych naprędce oborach i chlewniach. Nawet w garażach, zestawianych wg pomysłu inż. Franciszka Łomży z betonowych elementów przystanków autobusowych. W tej wielkiej robocie, nie zabrakło od początku do końca, Powiatowego Ośrodka Kultury. Od zabicia palików przez geodetów na polach PGR, wytyczających zarysy głównych obiektów, po otwarcie zakładów i uroczysty koncert dla budowniczych. Robiliśmy zdjęcia. Organizowaliśmy wycieczki i imprezy dla międzynarodowej grupy budowniczych. Udostępniliśmy mieszkanie dla pani Liljen Frankowski – asystentki dyrektora inwestycji pana Kępy. Zapracowaliśmy w ten sposób, na doskonałą aparaturę nagłaśniającą i dyskotekową firmy „Dynacord” o ówczesnej wartości 17 500 dm. Do magazynów Hardwiga w woj. Zielonogórskim, trzeba było wysłać dwie „Nysy”, by ten sprzęt przywieźć do Sokołowa. Później zarabialiśmy na jego wypożyczeniach np. do Ursusa, do Estrady Warszawskie,j na różne masowe imprezy   w całym województwie warszawskim.


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365


środa, 7 października 2026

 

Tak było!     Poprosił mnie pan Stanisław Oleksiak - brat legendarnego „Wichury”, bym pojechał na spotkanie kombatantów AK do Sterdyni. Spotkanie, któremu przewodniczył i gościny udzielił wójt Gminy Sterdyń pan Marian Zalewski, poświęcone było formie i miejscu upamiętnienia akcji „Burza” - zbrojnemu wystąpieniu AK przeciwko okupantowi. Z książki Jana Gozdawy-Gołębiowskiego: Obszar warszawski Armii Krajowej: „Na terenie powiatu sokołowskiego koncentracja oddziałów AK obwodu „Proso” rozpoczęła się 24 lipca 1944 roku w trzech rejonach:

I. W lasach sterdyńskich koło leśniczówki smolarnia dla ośrodków Sterdyń, Kosów Lacki, Olszew, Chruszczewka i część Sabni.

II. W lasach repkowskich koło bażantarni dla ośrodków Repki, Wyrozęby, Korczew, Jabłonna i druga część Sabni.

III. W lasach rucheńskich dla reszty obwodu.

Komendantami poszczególnych rejonów koncentracji byli: w Smolarni major Czesław Majewski ps. „Moro”, „Mieszko”. Zastępcą był porucznik Lucjan Gawryś ps. „Ryś”.

W Bażantarni komendantem był rotmistrz Jan Buraczewski ps. „Zych”. Zastępcą porucznik Wacław Piekarski ps. „Jastrzębiec”.

Na Smolarnię przybyły oddziały leśne podporucznika Tadeusza Ruszczyńskiego ps. „Sokół” - 70 ludzi, plutonowego Jana Jenscha ps. „Stojan” - 80 ludzi, oddział porucznika Lucjana Gawrysia ps. „Ryś”  - 50 ludzi, obwodowy odział dywersyjny podporucznika Aleksandra Tomaszewicza ps. „Jagoda” - 35 ludzi, 19 osobowy pluton łączności z radiostacją pod dowództwem podporucznika rezerwy Antoniego Popowskiego ps.”Zenon”, oraz zwiad konny w sile 17 kawalerzystów z podporucznikiem rezerwy inż. Jerzym Łozińskim ps. „Podkowa”. Na koncentrację przybył również Delegat Rządu na powiat sokołowski - sędzia Franciszek Krysiak.

Wszystkie oddziały były uzbrojone i umundurowane. Ponadto dotarły tu cztery patrole sanitarne (po trzy sanitariuszki) wystawione przez Wojskową Służbę Kobiet pod dowództwem Kazimierza De Larsac. Szpital polowy w pałacu hrabiów Krasińskich w Sterdyni zorganizował docent Jan Krysiak ps.”Wenet” Poza wymienionymi oddziałami na Smolarnię przybyło około tysiąc nieuzbrojonych żołnierzy AK i ochotników.

27 lipca 1944 roku o godz. 700  na Smolarnię przybył major J. Sasin. Na zwołanej naradzie oficerskiej przedstawił aktualną sytuację Armii Krajowej w obwodzie. Silny nalot samolotów radzieckich na Sokołów wieczorem i w nocy 26 lipca 1944 roku, uniemożliwił koncentrację oddziałów w lasach rucheńskich, bowiem duża część żołnierzy, która miała się tam zebrać, pochodziła z Sokołowa. W wyniku nalotu, centrum miasta zostało całkowicie zniszczone, zginęło 450 osób, rannych było ok. 1000. W tym czasie pozostawały w mieście konspiracyjne władze polskie. Między innymi profesor Nikodem Księżopolski ps. „Kiejstut” - jako komendant miasta, podporucznik rezerwy Henryk Giergielewicz ps. „Łącki”, Edward Kupski ps. „Andrzej”, Janina Księżopolska ps. „Nina”, dr Antoni Perłowski ps. „Korybut” oraz kilka sanitariuszek. Komendant miasta posiadał do swojej dyspozycji radiostację odbiorczą, ulokowaną w domu przy ul. Kościuszki 12, za pomocą której otrzymywał dyspozycję z komendy podokręgu wschodniego, przekazywane następnie przez łączniczki do miejsca postoju majora J. Sasina.

Wykonując dyspozycję komendy podokręgu wschodniego i Londynu, major J. Sasin wyznaczył dwie grupy do nawiązania kontaktu z Armią Czerwoną. Jedna miała przeprawić się przez Bug. Zadanie to zlecono podporucznikowi Piotrowi Wodzińskiemu ps. „Wicher” i docentowi Kazimierzowi Roszkowskiemu ps. „Judym”. Nocą z 4 na 5 sierpnia 1944 roku żołnierz AK Stefan Kazik, mieszkający we Frankopolu, przeprawił delegatów, których we wsi Tonkiele przyjął radziecki generał Władymirow. Generał odrzucił postulat dalszej walki batalionu AK u boku Armii Czerwonej i zażądał, by wszystkie oddziały zebrały się w „Bażantarni” i tam oczekiwały nadejścia Armii Czerwonej. Zaznaczył ponadto, by osobno zgrupować oficerów i osobno szeregowców.

Druga grupa z sędzią Krysiakiem dotarła do Grochowa, gdzie nawiązała łączność z oddziałem podporucznika Mariana Solnickiego ps. „Dzik”. Pluton podporucznika Solnickiego, idąc przez Patrykozy oraz wsie Czajki i Ginia, natknął się na wojska węgierskie, które bez żadnych przeszkód przepuściły Polaków przez linię frontu, gdzie spotkali się z grupą radzieckich oficerów. Podczas przyjęcia radzieccy oficerowie radzili, by żołnierze AK nie przyłączali się do Armii Czerwonej. Otwarcie oświadczyli, że oddziały AK zostaną rozbrojone, a żołnierze wywiezieni w głąb Rosji.

Podporucznik „Dzik” natychmiast przekazał te informacje sędziemu Krysiakowi. 6 sierpnia na naradzie w majątku Grodzisk, major J. Sasin. z  uwagi na jednoznaczne stanowisko władz radzieckich zmierzające do rozbrojenia i internowania żołnierzy AK, według wzorców zastosowanych w Wilnie, rozkazał rozwiązać wszystkie odziały w obwodzie, broń ukryć, łączność zaś utrzymać na istniejącej sieci.

Z chwilą wkroczenia Armii Czerwonej do Sokołowa major J. Sasin wraz ze swoim sztabem ujawnił się przed władzami radzieckimi. Wszyscy zostali aresztowani.”

W czasie akcji „Burza” doszło do kilku potyczek z Niemcami i Własowcami, a nawet otwartej bitwy pod wsią Jagodnik, stoczonej w obronie uwięzionych rolników ze wsi Rytele. W bitwie tej poległo dwudziestu niemieckich żołnierzy. Po stronie polskiej było dwóch rannych, w tym podchorąży „Halban”. Zakładników uwolniono. Represji nie było. Dodatkowym efektem bitew było przerwanie przez Niemców prac fortyfikacyjnych w tym rejonie.

Dziś w miejscu tej udanej akcji stoi pomnik zbudowany staraniem żyjących jeszcze żołnierzy obwodu „Proso” .

Dwóch z nich przybyło na spotkanie do Sterdyni, by w imieniu towarzyszy broni upamiętnić wydarzenia, jakie miały miejsce w pobliskich lasach sterdyńskich i ceranowskich 60 lat temu. By przypomnieć i utrwalić w pamięci na spiżowych tablicach i polnych kamieniach historię Polski Walczącej, by przekazać następnym pokoleniom fenomen Polskiego Państwa Podziemnego, jedynego państwa w okupowanej wówczas Europie, mającego swoje konstytucyjne władze cywilne i wojskowe. Trzeba to przypominać i pielęgnować w nowej zjednoczonej Europie, by nie stracić niczego, co z takim trudem wywalczyli nasi ojcowie. Właśnie w tym roku 17 pażdziernika obchodzić będziemy 60 rocznicę powstania Polskiego Państwa Podziemnego.Niestrudzony strażnik pamięci akowskiej pan Stanisław Oleksiak- nasz rodak piastujący zaszczytną funkcję przewodniczącego Zarządu Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej zamierza w dniu 3 października upamiętnić tablicą udaną akcję spalenia dokumentów niemieckiego urzędu pracy mieszczącego się w dzisiejszej siedzibie Ariol banku przy ulicy Wolności .Dzięki tej akcji  wykonanej w bezpośrednim sąsiedztwie żandarmerii/budynek d.Podlasianki/ tysiące młodych Polaków uratowano przed wywózkami na roboty do Niemiec

  Ponad pół wieku  Sokołowski Ośrodek Kultury  pracuje nad  twórczością i upowszechnianiem kultury wśr ód mieszka ńc ów miasta  i powiatu....