sobota, 21 lutego 2026

 Tym starym tekstem pragnę zapowiedzieć swoją  autorską, kameralną imprezę wydobywającą ludzi  i ich dzieła z zapomnienia. Już w maju odbędzie się pierwsze takie spotkanie z synem sokołowskiego przedsiębiorcy Michałem Jachem,  Jego ojciec w trudnych powojennych latach adoptował wojskowe ciężarówki na autobusy i uruchomił pierwszą w tej części kraju publiczną komunikacje samochodową na trasie  Warszawa - Siemiatycze. W pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta zdobyto zdjęcia parkujących na  sokołowskim rynku autobusów i pracowników firmy Jacha. Jednym z konduktorów był pan Piotr Kazimierczuk późniejszy burmistrz naszego miasta Warto rozpoznać pozostałych. Kolejne spotkanie poświęcimy tradycjom teatralnym Sokołowa rozpoczętym w 1917 roku działalnością Z sekcji dramatycznej OSP kierowanej przez panią Leokadię Tyburową  Dziś niewielu wierzy ,że z dochodów uzyskanych z przedstawień teatralnych granych w Sokołowie w Węgrowie i Drohiczynie zbudowano budynek OSP przy ulicy Lipowej zapewniający tej organizacji  przez lata działalność społeczną.

 ...." Z bardzo wielu imprez jakie miałem przyjemność organizować z pracownikami domu kultury w latach- jak mówią teraz „słusznie minionych” -w mojej pamięci  pozostało  ledwie kilkanaście. Zastanawiam się jak to się dzieje, że nie pamiętam np. koncertu Czesława Niemena a dobrze pamiętam występy bułgarskich piosenkarek Krasymiry Minewy i Margaret Nikołowej Nie wiele  pamiętam ze wspaniałego koncertu orkiestry jazowej Gustawa Broma z solistami Heleną Vondraczkovą  i Karolem Gottem a dobrze pamiętam ,ze  chór  filharmoników z Nowosybirska wystąpił w Sokołowie w czarnych garniturach i jasnych brązowych pantoflach hurtem zakupionych w Warszawie. Pamiętam „Trubadurów” ,bo w czasie ich występu  tuż za ich plecami runęła z pod stropu sceny metalowa sztanga z maskującą kurtyną. Pamiętam jak Jacek Fedorowicz  po słowach” ja jestem gotów stanąć na głowie by państwa rozbawić  „zeskoczył ze sceny i przed  p. Jadzią Maraskową  stanął na rękach a następnie przedefilował  w ten sposób przed pierwszym rzędem widzów. Pamiętam  dyskusję p. Mirka Zalewskiego z Jerzym Ofierskim. Zalewskiemu- wówczas pracownikowi Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Morszkowie -nie podobała się prześmieszna krytyka sołtysa  Kierdziołka  pod adresem rolników więc wszedł na scenę i obsobaczył popularnego w Polsce artystę. Dostał burzliwe brawa  widzów i podziękowania od władz powiatowych Doskonale pamiętam interwencję dyrektora  Zbigniewa Koprowskiego śpieszącego z lekarską pomocą omdlałej na scenie Mieczysławie Ćwiklińskiej Pani Miecia zbliżała się do setki  a w  znakomitej sztuce  hiszpańskiego dramaturga Alejandro  Casony  Drzewa umierają stojąc” miała  tańczyć ze swoim scenicznym partnerem upojne tango. W trosce o zdrowie znakomitej ale i wiekowej artystki uprosiłem dyrektora szpitala o  przysłanie lekarza na  wieczorne przestawienie.  Dyrektor przyszedł osobiście dając dowód troski i zaangażowania w sprawy kultury. Kiedy pani Miecia  wyzwoliła się z objęcia partnera i  osunęła się teatralnie na  fotel widownia zamarła. Doktor  Koprowski z podręczną apteczką wbiegł na scenę by po chwili  stwierdzić ,ż e  to nie  zawał a znakomita gra aktorska. Szarmancko podał sędziwej aktorce ramię a ona wstając w fotela podziękowała lekarzowi i widzom swoim niezapomnianym uśmiechem. Braw nie było końca.

Proszą mnie znajomi bym pisał swoje wspomnienia zanim dopadnie mnie jakiś Alzheimer. Będę więc pisał  i  zachęcał ludzi mojego pokolenia by pozostawili po sobie trwały  i prawdziwy ślad w naszej wspólnej historii .Niebawem  uzbieram tych tekstów na książkę i jak znajdę sponsorów wydam ją by – jak się teraz ładnie  mówi -dać świadectwo prawdzie.

                                                  Wacław Kruszewski

 

Dzień dobry Panie Wacławie, 

mój mąż przeczytał Pana książkę i ma kilka refleksji . Przesyłam. 

 

 

Kalejdoskop wspomnień to bardzo potrzebna książka. Opisuje dzieje życia kulturalnego w Sokołowie Podlaskim za realnego socjalizmu i ... później. Wspomnienia człowieka będącego w centrum wydarzeń przez cały czas, w każdych czasach i warunkach starającego się uczynić coś dobrego w tym temacie.  Gdyby traktować serio większość literatury wspomnieniowej o czasach realnego socjalizmu publikowanej po jego upadku można by dojść do przekonania, że nie istniała tam żadna kultura, chyba że w Zapoczątkowany przeze mnie cykl spotkań z Sokołowianami ,którzy osiągnęli sukcesy w życiu zawodowym i społecznym przyniósł już pierwsze trwałe ślady. Jest nią niewątpliwie wydana aż we Wrocławiu kolejna książka gen. bryg. Dr Zdzisława Rozbickiego pt. „Trochę wspomnień o przeszłości mieszkańców Sokołowa Podlaskiego”Generał potwierdził swoje związki z Sokołowem i jego mieszkańcami miłym gestem. Przesłał uczestnikom wrześniowego spotkania w kawiarence „U Radka” tę właśnie książkę .Są w niej wspomnienia

dzieciństwa i lat młodzieńczych spędzonych w Sokołowie, nieznane szerzej fakty z czasów okupacji i trudnych nie rzadko tragicznych losów powojennej historii wielu sokołowskich rodzin .Dużo miejsca poświęca autor relacjom polsko- żydowskim. Znalazłem tam ciekawy opis działalności polskich kolejarzy sabotujących z narażeniem życia , .okupacyjne przepisy. Potwierdza te mało znane fakty por. Franciszek Ząbecki- kolejarz z posterunku kolejowego Treblinka w swojej książce pt „Wspomnienia dawne i nowe „ wydanej przez Instytut Wydawniczy Pax w 1977 roku Dla interesujących się historią informuję, że obie te książki są w zbiorach naszej biblioteki i warto je przeczytać by utrwalić w pamięci współczesnych kto w nieodległej przeszłości był katem a kto jego ofiarami i dlaczego tak emocjonalnie reagujemy na każdą krzywdzącą opinię o zachowaniach Polaków w czasach hitlerowskiej okupacji .Wprawdzie ta wiedza bardziej przydałaby się urzędnikom „białego domu” – piszących przemówienia prezydentowi Obamie,by ustrzec Go przed oczywistymi gafami- niż naszym rodakom .Póki jednak absolwenci Harwardu będą popisywać się publicznie taką „wiedzą”o najnowszej historii Polski trzeba pisać i wydawać takie książki jak Rozbickiego i Zabeckiego a przde wszystkim Edwarda Kopówki i ks .Pawła Rytel-Andranika: „Dam im imię na wieki”o Polakach z okolic Treblinki ratujących Żydów i przesłać je w upominku by poznali prawdę.

Kolejne spotkanie odbyło się w Bibliotece Miejskiej z prof. Janem Izdebskim –wybitnym polskim biochemikiem pracującym do niedawna w zespole zdobywcy nagrody Nobla w dziedzinie nauk medycznych w 1977 roku prof. Andrew V. Schallego Polaka urodzonego w Wilnie w 1926 roku. Ze spotkania tego ukazała się krótka notatka autorstwa Katarzyny Markusz z której nic nie wynika ponad to że takie spotkanie się odbyło. Znający publikacje redaktorki Wieści Sokołowskich byli rozczarowani .Oto do Sokołowa przyjeżdża mało znany Sokołowianom nasz rodak z ulicy Lipowej-mający liczący się w świecie dorobek naukowy, wynalazca leku łagodzącego bóle porodowe kobiet, autor haseł do Encyklopedii,i kilkunastu artykułów zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych USA Niemiec Anglii i Japonii .W kraju ,promotor licznych doktorantów. Jeden z 4 polskich naukowców – profesorów zwyczajnych ,mających związek z ziemią sokołowską a obsługująca spotkanie redaktorka Wieści nie znajduje powodu by opisać to czytelnikom gazety pomimo, że miała dostęp do materiałów źródłowych W piśmie do profesora wyraziłem swoją delikatnie negatywną opinię o profesjonalizmie i kompetencjach redaktorki .W odpowiedzi dostałem uprzejmy list z którym warto czytelników Życia Siedleckiego zapoznać, W moim przekonaniu list ten jest potwierdzeniem ,że ciągle nie umiemy docenić i wykorzystać własnego dorobku w myśl hasła „Cudze chwalicie ,swego nie znacie ,sami nie wiecie co posiadacie” Redakcja Życia Siedleckiego daje takie możliwości więc w następnym numerze ukaże się artykuł o prof. Janie Izdebskim i Jego pracy naukowej w Stanach Zjednoczonych i w Polsce.

Wacław Kruszewski

Zapoczątkowany przeze mnie cykl spotkań z Sokołowianami ,którzy osiągnęli sukcesy w życiu zawodowym i społecznym przyniósł już pierwsze trwałe ślady. Jest nią niewątpliwie wydana aż we Wrocławiu kolejna książka gen. bryg. Dr Zdzisława Rozbickiego pt. „Trochę wspomnień o przeszłości mieszkańców Sokołowa Podlaskiego”Generał potwierdził swoje związki z Sokołowem i jego mieszkańcami miłym gestem .Przesłał uczestnikom wrześniowego spotkania w kawiarence „U Radka” tę właśnie książkę .Są w niej wspomnienia

dzieciństwa i lat młodzieńczych spędzonych w Sokołowie, nieznane szerzej fakty z czasów okupacji i trudnych nie rzadko tragicznych losów powojennej historii wielu sokołowskich rodzin .Dużo miejsca poświęca autor relacjom polsko- żydowskim. Znalazłem tam ciekawy opis działalności polskich kolejarzy sabotujących z narażeniem życia , .okupacyjne przepisy. Potwierdza te mało znane fakty por. Franciszek Ząbecki- kolejarz z posterunku kolejowego Treblinka w swojej książce pt „Wspomnienia dawne i nowe „ wydanej przez Instytut Wydawniczy Pax w 1977 roku Dla interesujących się historią informuję, że obie te książki są w zbiorach naszej biblioteki i warto je przeczytać by utrwalić w pamięci współczesnych kto w nieodległej przeszłości był katem a kto jego ofiarami i dlaczego tak emocjonalnie reagujemy na każdą krzywdzącą opinię o zachowaniach Polaków w czasach hitlerowskiej okupacji .Wprawdzie ta wiedza bardziej przydałaby się urzędnikom „białego domu” – piszących przemówienia prezydentowi Obamie,by ustrzec Go przed oczywistymi gafami- niż naszym rodakom. Póki jednak absolwenci Harwardu będą popisywać się publicznie taką „wiedzą”o n ajnowszej historii Polski trzeba pisać i wydawać takie książki jak Rozbickiego i Zabeckiego a przede wszystkim Edwarda Kopówki i ks .Pawła Rytel- Andranika: „Dam im imię na wieki”o Polakach z okolic Treblinki ratujących Żydów i przesłać je w upominku by poznali prawdę.

Kolejne spotkanie odbyło się w Bibliotece Miejskiej z prof. Janem Izdebskim –wybitnym polskim biochemikiem pracującym do niedawna w zespole zdobywcy nagrody Nobla w dziedzinie nauk medycznych w 1977 roku prof. Andrew V. Schallego Polaka urodzonego w Wilnie w 1926 roku.Ze spotkania tego ukazała się krótka notatka autorstwa Katarzyny Markusz z której nic nie wynika ponad to że takie spotkanie się odbyło.Znający publikacje redaktorki Wieści Sokołowskich byli rozczarowani. Oto do Sokołowa przyjeżdża mało znany Sokołowiakom nasz rodak z ulicy Lipowej-mający liczący się w świecie dorobek naukowy, wynalazca leku łagodzącego bóle porodowe kobiet, autor haseł do Encykloppedii ,i kilkunastu artykułów zamieszczanych w prestiżowych pismach naukowych USA Niemiec Anglii i Japonii.W kraju ,promotor licznych doktorantów.Jeden z 4 polskich naukowców – profesorów zwyczajnych ,mających związek z ziemią sokołowską a obsługująca spotkanie redaktorka Wieści nie znajduje powodu by opisać to czytelnikom gazety pomimo, że miała dostęp do materiałów żródłowych W piśmie do profesora wyraziłem swoją delikatnie negatywną opinię o profesjonalizmie i kompetencjach redaktorki.W odpowiedzi dostałem uprzejmy list z którym warto czytelników Życia Siedleckiego zapoznać, W moim przekonaniu list ten jest potwierdzeniem ,że ciągle nie umiemy docenić i wykorzystać własnego dorobku w myśl hasła „Cudze chwalicie ,swego nie znacie ,sami nie wiecie co posiadacie” Redakcja Życia Siedleckiego daje takie możliwości więc w następnym numerze ukaże się artykuł o prof. Janie Izdebskim i Jego pracy naukowej w Stanach Zjednoczonych i w Polsce.

Wacław Kruszewski

Zapoczątkowany przeze mnie cykl spotkań z Sokołowiakami ,którzy osiągnęli sukcesy w życiu zawodowym i społecznym przyniósł już pierwsze trwałe ślady. Jest nią niewątpliwie wydana aż we Wrocławiu kolejna książka gen. bryg. Dr Zdzisława Rozbickiego pt. „Trochę wspomnień o przeszłości mieszkańców Sokołowa Podlaskiego”Generał potwierdził swoje związki z Sokołowem i jego mieszkańcami miłym gestem.Przesłał uczestnikom wrześniowego spotkania w kawiarence „U Radka” tę właśnie książkę.Są w niej wspomnienia

dzieciństwa i lat młodzieńczych spędzonych w Sokołowie, nieznane szerzej fakty z czasów okupacji i trudnych nie rzadko tragicznych losów powojennej historii wielu sokołowskich rodzin.Dużo miejsca poświęca autor relacjom polsko- żydowskim.Znalazłem tam ciekawy opis działalności polskich kolejarzy sabotujących z narażeniem życia , .okupacyjne przepisy.Potwierdza te mało znane fakty por. Franciszek Ząbecki- kolejarz z posterunku kolejowego Treblinka w swojej książce pt „Wspomnienia dawne i nowe „ wydanej przez Instytut Wydawniczy Pax w podziemiu. Jedynym zajęciem  mieszkańców okupowanego kraju była zaś walka zbrojna o wolność. Obraz taki łatwo się utrwali, bo coraz mniej żyje ludzi pamiętających jak naprawdę było, a większość milczy. I byłoby to jeszcze pół biedy, gdyby świetlana teraźniejszość przesłaniała dawne błędy i wypaczenia. Niestety jest inaczej. Okazuje się bowiem, że kultura, osobliwie polska, nikomu już nie powinna być potrzebna. Zalani najgorszą tandetą, ale jedynie słusznego pochodzenia amerykańskiego (zupełnie jak kiedyś radzieckiego) mamy już trudności w ocaleniu choćby rodzimego języka. Zaczyna go brakować nawet na ulicach polskich miast, gdzie wszelkie szyldy i reklamy są już w językach obcych. Taka ulice można by już pokazywać jako londyńską czy nowojorską i nikt by się nie połapał. Publikacje naukowe powstają już praktycznie wyłącznie po angielsku (nawet w teoretycznie polskich wydawnictwach). O kulturze filmowej, teatralnej, muzycznej, lepiej nie mówić. A może nie jest aż tak źle, co podejrzewam, tylko nie ma to żadnej siły przebicia. Nikt nie promuje rodzimych osiągnięć, nawet jeśli powstaną. Również kultura obca dociera do nas w najgorszym wydaniu, lub z dużym opóźnieniem. Śmiesznie to brzmi, ale dawna cenzura robiła też trochę dobrej roboty blokując przynajmniej częściowo tandetę i zmuszając twórców rodzimych do znalezienia bardziej wysublimowanej formy artystycznej dla przemycenia treści poniekąd zakazanych. Walorem książki jest też klimat, na poły humorystyczny tak charakterystyczny dla tamtych czasów. Nawet niechętni ówczesnej Polsce utrzymywali, że to najweselszy barak w socjalistycznym obozie. Warto na ten aspekt zwrócić uwagę. Dziś nikt tak o współczesnej Polsce nie powie. Rzeczywistość nie jest już nawet śmieszna, nie mówiąc o innych walorach. Rozmiar emigracji młodych wykształconych i utalentowanych młodych ludzi zdolnych do tworzenia polskiej kultury daje również do myślenia. Kolejna zaleta książki to przedstawione sylwetki niebanalnych ludzi, barwnych, choć często żyjących w trudnych czasach i okolicznościach, w jakiś sposób tworzących tradycję regionalną. Żyjemy w czasach zamierających kontaktów międzyludzkich, o ludziach i ich losach dowiadujemy się  tylko z wybiórczych propagandowych tekstów. Prawnie zakazane jest obecnie nawet podawanie nazwisk i adresów, nie mówiąc o innych faktach. Nie przeszkadza to w zupełnie publicznym obrażaniu i poniżaniu ludzi, co robi się nawet w parlamencie obelżywym plugawym językiem. Przestają być w takich realiach gorszące sceny szlachty rwącej się do szabel na sejmikach, bo tam przynajmniej trzeba było za swoje zachowanie stanąć do walki ryzykując życiem. Zamieranie kultury nie jest historyczna nowością. Zdarzało  się wielokrotnie w różnych miejscach i czasach. Natura nie znosi próżni. Miejsce dawnej zajmie jakaś nowa. Przywołujmy więc tekst dawnej piosenki: "Umarł Maciek umarł, więcej już nie wstanie, zmówmy więc za niego wieczne spoczywanie...".
 
Pozdrawiamy 
Ewa i Wojciech Jakubowscy


środa, 18 lutego 2026

 (brak tematu)

Odebrane

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

pon., 9 lut, 12:52 (23 godziny temu)
do sercepolski


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi  kultury przez  dr Edwarda PERŁOWSKIEGO,  wielce zasłużonego lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe, do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu  RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.

wtorek, 10 lutego 2026


 (brak tematu)

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

13:07 (17 minut temu)
do annakozak7


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
https://waclawkruszewski.blogspot.com/Edukacja w czasach  zamierzchłych  

Inspiracją do napisania tego artykułu, była kolejna reforma edukacji i prośba mojego  wnuka, bym opowiedział, jak się uczyłem w szkole, która go niebawem czeka, jeśli  reforma pana Czarnka się spełni. Kacperka, co rozumiem, nie interesuje codzienne  wkuwanie, ale prawdziwe życie szkoły; jakie były w moich czasach zabawy i różne  atrakcje. 

Nie było ich wiele, jak na potrzeby młodych, ciekawych życia licealistów. Nasi  nauczyciele starali się jak mogli, by w tych siermiężnych czasach stworzyć nam w  miarę dobre warunki do nauki i wychowania. Nie było telewizji, nie było komputerów.  Raz w miesiącu przyjeżdżało do Sokołowa kino ruchome z filmem najczęściej  radzieckim. Jak był to film wojenny, szło wytrzymać, ale przeważnie stolicę  rolniczego powiatu uszczęśliwiano tematyką kołchozową. I z tym były problemy  natury wychowawczej; jakieś śmiechy, głośne komentarze. Gdy tylko zgasła żarówka  nad projektorem ustawionym pośrodku sali widowiskowej księży salezjanów,  zaczynały na sali buzować hormony. Chłopaki przesiadali się do sektora żeńskiego,  by korzystając z chwilowego zaciemnienia potrzymać swoją sympatię za rączkę, a co  bardziej odważni nawet za kolanko. Piski dziewcząt, głośne komentarze  zazdrośników, zagłuszały propagandę sielskiego kołchozowego życia w Związku  Radzieckim. Z trudem przychodziło nam później streszczanie sukcesów Miczurinajego genialnego ucznia Łysenki – tego, który opóźnił rozwój radzieckiej  genetyki o 20  lat, jak na fali „pierestrojki” podały wiele lat później gazety. Pani prof. Wiśniewolska  okazywała jednak duże zrozumienie i tolerancję dla naszej skromnej wiedzy po tych  seansach, podobnie jak prof. Wojtkowski, który uczył nas geografii. Obowiązującym  wtedy podręcznikiem była „Geografia gospodarcza świataIwana Witwera (z 1953  roku), a w niej wszystko co najlepsze, to oczywiście w Związku Radzieckim. Trzeba  było wtedy dużej odwagi, by takie tezy kwestionować w totalnie indoktrynowanej  szkole. A ja pamiętam z lekcji geografii w naszym Liceum, że ropa naftowa była i na  Półwyspie Arabskim i (o zgrozo!) w Teksasie oraz w Wenezueli, oczywiście i w  Związku Radzieckim.  

Zimnowojenne lata pięćdziesiąte  

Atrakcją były wówczas niedzielne wyjazdy aktywu szkolnego na wieś. Polegało to na  udziale młodzieży w grupach agitatorów mających przekonać opornych rolników do  zakładania kołchozów, na gruncie polskim tzw. spółdzielni produkcyjnych. Innym  razem była to pomoc w przeprowadzaniu remanentów w sklepach „Samopomocy  Chłopskiej”, szczególnie przy zmianach cen. Dostałem wtedy dobrą, bo praktyczną  lekcję ekonomii. Na wiejskim zebraniu w Wyrozębach, rolnik domagał się odpowiedzi  na proste pytanie: dlaczego tanieją statki i lokomotywy a drożeją brony i lemiesze

Żaden z agitatorów nie potrafił tego wytłumaczyć. Jakby na to nie patrzeć były to  dobre lekcje „wychowania obywatelskiego”, z elementami ekonomii socjalistycznej,  które do dziś pamiętamy. Wspominaliśmy te czasy z Heńkiem Puchalskim w jego  rodzinnych Białobrzegach nad Bugiem. Heniek zanim przeszedł na emeryturę chronił  życie i mienie mieszkańców Białostocczyzny, pracując na kierowniczych  stanowiskach w Zawodowej Straży Pożarnej. To zdarzenie z wiejskiego zebrania w  Wyrozębach, każdy z nas pamiętał inaczej, ale jedno wrażenie było wspólne i  zakiełkowało nieufnością do władzy w głowach młodych ZMP-owców. Ja na przykład,  już mniej żarliwie przekonywałem swojego dziadka do podpisania listy kandydatów  do rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, mającej powstać w Bachorzy. Ze wszystkich  moich argumentów o wyższości kolektywnego gospodarowania nad indywidualnym,  dziadek Paweł robił sieczkę, jeśli mam zostać przy rolniczej terminologii. A ja  dostałem właśnie bojowe zadanie przekonać dziadka – nonkonformistę do  podpisania listy założycieli Spółdzielni w Bachorzy. Wtedy niewiele wiedziałem o  zasługach dla Ojczyzny właścicieli majątku w Bachorzy – Z


 (brak tematu)

Odebrane

Wacław Kruszewski waclawkruszewski37@gmail.com

pon., 9 lut, 12:52 (23 godziny temu)
do sercepolski


--
Z wyrazami szacunku

Wacław Kruszewski
tel: 516 134 365Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi  kultury przez  dr Edwarda PERŁOWSKIEGO,  wielce zasłużonego lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe, do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu  RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 50-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze.

 Tym starym tekstem pragnę zapowiedzieć swoją  autorską, kameralną imprezę wydobywającą ludzi  i ich dzieła z zapomnienia. Już w maju odbędz...