niedziela, 4 stycznia 2026

 

 

 

 

Pierwsze amerykańskie filmy w Sokołowie Tak było !

 

 

Początek lat sześćdziesiątych. Dom Kultury ciągle w budowie, ale już są chętni do jego adaptacji na Centrum Handlowe MHD, bowiem budowa się ślimaczy, a kultura, jak zawsze, nie ma pieniędzy. Co robić? Jak uratować obiekt dla kultury? Wpadam na pomysł, by w jako tako już wykończonych pomieszczeniach, bez budżetu, etatów i wyposażenia coś robić, by zaistnieć. Wprowadzamy się do 2 pokoi. Zaczynamy od remontu jednego        z nich – narożnej sali na I piętrze. Trzeba przełożyć „parkiet” spuchnięty po ostatnich deszczach. Bo trzeba wiedzieć, że w planowej gospodarce, zgodnie z harmonogramem dostarczono parkiet, ale nie dostarczono na czas dachówki. Ułożono więc parkiety, ba - nawet wykonano gipsowe sztukaterie, ale nie dokończono pokrycia dachowego. Za zdobyte gdzieś pieniądze, przełożyliśmy parkiet i pomalowaliśmy pokój. Mamy więc ponad 60-metrową salę. Przeznaczamy ją na młodzieżowy klub.  Związku Młodzieży Wiejskiej” Amigo” Zaczynamy! Od Andrzeja Sałajczyka (kadrowca w Wojewódzkim Zarządzie Kin w Warszawie), dostałem 16 mm projektor  a od Wojtka Paczuskiego z Klubu studentów Stodoła dowiedziałem się o możliwościach bezpłatnych wypożyczeń filmów dokumentalnych  z Ambasady USA. Wysłałem   więc  do 6 ambasad krajów socjalistycznych i dwóch kapitalistycznych (USA i Finlandii), listy  z prośbą o wypożyczenie  tych filmów . Bowiem chcieliśmy rozpocząć cykl imprez pt. „Wędrujemy bez wiz i paszportów”. Pokazy miały chociaż  w ten sposób, spełnić marzenia wielu sokołowian o wyjazdach za „żelazną kurtynę” – w tamtych czasach nierealne, bo wiz ani paszportów nie było.

 

Po 2 tygodniach z ambasady amerykańskiej przyszedł spory katalog, zawierający ponad 100 tytułów filmów z różnych dziedzin, oferowanych do wypożyczenia bez żadnych opłat i problemów. Wystarczy wybrać tytuły i odebrać je z ambasady. Poczułem się kimś ważnym. Wsiadam na Junaka z koszem, nasz służbowy pojazd, i wyruszam do Warszawy w Aleje Ujazdowskie. Parkuję przed budką strażnika ,pilnującego by pracownikom ambasady nie stała się żadna krzywda w Warszawie,i bez specjalnych przeszkód dostaję się do budynku. Odbieram pudła z krążkami taśm, ładuję do Junaka i uskrzydlony wracam do Sokołowa. Wieczorem puszczam kontrolną projekcję dla towarzysza K. z Wydziału Propagandy oraz Michała Woźniaka, który w tym czasie był I sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR. Film był o Parku Narodowym w Yellowstone. Wszystko w porządku – grizzli nie nosi uszatki z czerwoną gwiazdą, wiewiórki nie są agentkami wywiadu, a szop-pracz pierze tylko własne jedzenie, a nie nasze  brudy. Nie ma śladu imperialistycznej propagandy ani nawet drobnych aluzji.

Werdykt – film nadaje się do publicznej projekcji. Następnego dnia film wyświetlany jest przy pełnej widowni. Nabieram wiatru w żagle, cieszę się, że pomysł chwycił i taką samą drogą i tym samym środkiem transportu przywożę jeszcze kilka filmów. I tu zaczynają się schody. Zostaję wezwany na dywanik do towarzysza Feliksa Ch., ówczesnego szefa służby bezpieczeństwa. Dostali właśnie meldunek z Warszawy, że motocykl marki Junak z sokołowską rejestracją parkowany bywa przed ambasadą USA, a kierowca bezczelnie, w biały dzień, wynosi z obiektu tajemnicze pudła. Trzeba sprawdzić, co to za „szpion”, jaki materiał jest wynoszony i gdzie jest skrzynka kontaktowa. Po skrupulatnym śledztwie okazuje się, że skrzynką jest Powiatowy Dom Kultury, a „szpionem” jej dyrektor. Bezpieka jest bardzo czujna. Zarzucają mi, że za promocję filmów amerykańskich dostaję dolary. Jestem więc płatnym agentem amerykańskiej ambasady. Zarzut jest bardzo poważny i brzemienny w skutkach. Wystraszony relacjonuję wszystko bardzo dokładnie i dochodzi do wstępnych pokazów. Mówię, że filmy były komisyjnie oglądane i powołuję się na towarzysza K. oraz na pana Michała W. Wzywają na przesłuchanie szefa Wydziału Propagandy KP PZPR, ale on, ku memu zdziwieniu oświadcza, że nigdy nie brał udziału w pokazach i nie są mu znane filmy z wrogiego obozu. Robi mi się gorąco, bo cóż znaczą zapewnienia dwudziestoparoletniego młokosa przeciwko słowom wypróbowanego działacza. Czekam już tylko na zeznania drugiego „jurora”. Pan Michał mężnie jednak przyznaje się do oglądania „wrażych” filmów i zapewnia, że były one naprawdę apolityczne. To mi ratuje skórę, ale też rozkłada popularną w Sokołowie imprezę.    A reperkusje są szersze. Po pierwszym sokołowskim eksperymencie, kierownik Wydziału Kultury WRN w Warszawie, Aleksandra Forbert-Koftowa, wydaje zarządzenie, zabraniające kierownikom placówek kultury, bezpośredniego kontaktu z ambasadami. Tak, że ani   z wizami, ani bez nich, społeczeństwo nie ma prawa wyściubiać nosa poza szczelną kurtynę.

PS. Pozostałe ambasady, oprócz fińskiej, nigdy nie odpowiedziały na moje pisma.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

 

W cyklu ,,Patroni naszych ulic” proponuję naszym czytelnikom mały spacerek po jednej z najstarszych ulic Sokołowa Sokołowa

         Rozpoczynamy od pomnika księdza Brzóski i Franciszka Wilczyńskiego, straconych w tym miejscu 23 maja 1865 roku. Pomnik wzniesiono ze składek społecznych. Komitet budowy, na czele z burmistrzem Janem Pędzichem, przedstawiamy w kąciku ,,Urok starych fotografii”. Odsłonięcie pomnika odbyło się w 60 rocznicę stracenia bohaterskich synów podlaskiej ziemi, najdłuższej walczących o niepodległą Polskę w powstaniu styczniowym 1863 roku.

         Naprzeciwko pomnika, przy ulicy Franciszka Wilczyńskiego, stoi czteropiętrowy blok nr 1, tzw. rotacyjny, zbudowany w latach siedemdziesiątych według projektu Zdzisława  Laksa - architekta powiatowego w Sokołowie. Zaraz po wyzwoleniu były tu kasy biletowe i poczekalnia PKS oraz liczne kioski i stragany wciśnięte między wypalon e mury zburzonych kamienic. Dalej idąc w kierunku wschodnim mijamy Dom Rzemiosła, zajmowany obecnie przez różne sklepy i zakłady usługowe, biura Cechu i biuro parlamentarne chłopskiej Samoobrony. Uważny przechodzień zobaczy zapewne płaską płaskorzeźbę Jana Pendzicha w wianuszku taśmy filmowej. Burmistrz Sokołowa był bowiem z zawodu i zamiłowania fotografem. Sokołów zawdzięcza mu wiele. Przewodniczył on komitetowi budowy pomnika ks. Brzóski i Franciszka Wilczyńskiego, ale przede wszystkim dokumentował obiektywem wszystkie ważne uroczystości i wydarzenia. Zdjęcia Jana Pendzicha wykonane w starej technice bromowej są dzisiaj najpiękniejszym dowodem historii naszego miasta. Szkoda, że zachowały się one jedynie w prywatnych zbiorach. Część z nich udostępnił naszej redakcji Kazimierz Miłobędzki i będziemy je sukcesywnie pokazywać w każdym kolejnym numerze naszej gazety, przypominając ludzi i wydarzenia z Sokołowa lat 1915 - 1945. Następna posesja była posiadłością Ufnalów, gdzie w głębi naprawiał buty nestor sokołowskich szewców, pan Antolik. Dalej mijamy dawną piekarnię i sklep ze znakomitymi niegdyś wyrobami piekarniczymi. Kiedy, przed paroma laty, spotkałem się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa. dziś pułkownikiem WP, Jurkiem Maksajdowskim. Przypomniał on, że jedyne, co zapamiętał na całe życie z pobytu w Sokołowie, to zapach i smak ciepłych bułeczek pana Wyganowskiego. I kolejny dom - kolejna historia ulicy Wilczyńskiego. To jeden z pierwszych, nowych budynków wyciśniętych pomiędzy żydowskie kamienice - dom państwa Benedykciuków. To tu zrodziła się zapewne jedna z wielu sokołowskich anegdot, świadcząca o wielkim poczuciu humoru sokołowiaków.

,,Pan z ptakiem, to proszę na górę, do żony” - miał mawiać pan Benedykciuk do klienta taszczącego sowę Specjalnością Benedykciuka były bowiem rowery i ich naprawa, a żony - wypychanie ptaków. Po przekroczeniu ulicy Krótkiej, kolejne sklepy i zakłady usługowe, a pośród nich od niepamiętnych czasów mieściło się w tej samej siedzibie do niedawna sklep owocowo-warzywniczy pana Głąbikowskiego. Firma Głąbikowskich przetrwała wszystkie powojenne reformy i pseudoreformy, wszystkie „bitwy o handel” prowadzone przez Ministra Hilarego Minca - (był taki, kto o nim teraz pamięta). A o Głąbikowskim, jak Sokołów długi i szeroki, wie każdy mieszkaniec. I jeśli teraz tak dużo się mówi o zdrowej żywności, to po nauki producenci i handlowcy powinni przyjechać właśnie do Sokołowa, do pana Jerzego Głąbikowskiego. Naprzeciw pierzei zamykającej tzw. Szewski Rynek, frontem do ulicy Długiej, dawniej Bohaterów Chodakowa, a jeszcze dawniej gen. Bolesława Pierackiego, stoi dawna żydowska bożnica, dziś sklep z odzieża damską i męską. Idąc dalej, ku wschodowi, mijamy drewniany budynek hotelu pani Ireny Kucewiczowej, gdzie w saloniku spotykali się przy brydżu żołnierze AK obwodu ,,Proso”, majora Franciszka Świtalskiego. Dalej się nie zapuszczałem, stąd moja niewiedza, kto mieszkał i pracował na tej ulicy od skrzyżowania w Nieciecką do jej końca. Ulica Wilczyńskiego jest bezspornie jedną z najstarszych ulic Sokołowa,  jej nazwa nie podlega koniunkturalnym modom politycznym i na pewno nie zostanie zmieniona. Mieszkańcy tej ulicy, jak żadnej innej, mogą być tego pewni. Na koniec kilka zdań o tym, którego imię nadano tej ulicy i z którego jej mieszkańcy mogą  być  i są dumni.

         Franciszek Wilczyński z zawodu kowal, pochodził z Węgrowa. Do powstania przyłączył się w Łukowie. Walczył w ośmiu bitwach, początkowo w partii Lewandowskiego, później cały czas z księdzem Stanisławem Brzóską, aż do pamiętnego 23 maja 1865 roku, dnia egzekucji na sokołowskim rynku. Nie opuścił swego dowódcy do ostatniej chwili. Tę ostatnią drogę wybrał sam, dając dowód wierności i oddania. Był  już bezpieczny, w lesie, który dawał szanse ukrycia przed ścigającymi ich kozakami. Pojmawszy bowiem rannego ks. Brzóskę, stracili zainteresowanie drugim uciekinierem. Jednak Franciszek Wilczyński, wierny przysiędze, widząc swojego dowódcę, krępowanego przez kozaków, wyszedł i dołączył do niego ze słowami: „Razem znosiliśmy dole i niedole, razem zginiemy za Polskę”. Tak też się stało 23 maja 1865 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim.           Wacław Kruszewski

sobota, 27 grudnia 2025


 

 

 

 

Helikopter...

 

 

 


     Na jednej z licznych udanych imprez Sokołowskiego Ośrodka Kultury, były starosta sokołowski pan Antoni Czarnocki wspominał swoje pierwsze dni w naszym mieście. Zachował w pamięci dwa wydarzenia związane z kulturą – montaż stalowych konstrukcji dachu, z udziałem helikoptera w roli podniebnego dźwigu i lubianą przez sokołowiaków towarzyską imprezę „Schadzka u Wacka”. Zapewne pamięta też o innych wydarzeniach ale przypomniał te, które wypadało wygłosić na jubileuszu Sokołowskiego Ośrodka Kultury, na którym też byłem. O licznych imprezach teraz piszą i mówią bezustannie, potwierdzając stare przysłowie, gdzie chleba brakuje tam organizuje się igrzyska. Zajmę się więc wydarzeniem bez precedensu w historii naszego miasta, owym montażem konstrukcji dachu nad wypaloną salą kinową domu kultury. Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi fartuchów maskujących scenę. Ciekły metal spadał na pluszowe kurtyny oraz ekran kina i tlił się, gdy bezmyślni wykonawcy roboty spokojnie spożywali śniadanko. Sjestę przerwał gryzący dym, który wypełnił pomieszczenia obok sceny. Wszczęli alarm. Przyjechała straż. Ale ogień już przeniósł się na drewniany strop sali kinowej i był nie do opanowania. Strażacy i liczni mieszkańcy miasta, ruszyli do pomieszczeń nie zagrożonych pożarem, by ratować z nich wyposażenie domu kultury i biblioteki. Z holu wyniesiono dwie wielkie palmy podarowane domowi  kultury przez  dr Edwarda PERŁOWSKIEGO,  wielce zasłużonego

lekarza i społecznika oraz kryształowe lustra z pałacu Malewiczów. Z kabiny chciano wyrwać dwa projektory filmowe zakotwiczone w betonowej posadce, ale zdążyłem powstrzymać tę operację. Ze studia nagrań uratowane urządzenia uzupełnił pan Wacław Cichocki przyprowadzając s pod ZOR – zapłakanego chłopaka dźwigającego „trofiejny” magnetofon. Wystraszony chłopczyna zaklinał się, że znalazł zdobycz na ulicy i miał go właśnie odnieść do domu kultury, gdy złapał go ten pan i postanowił, że pójdą razem. Jak bywa w takich zdarzeniach bałagan był nie do opanowania. Tłumy ludzi. Sterty książek, mebli, instrumentów muzycznych, wzmacniaczy, magnetofonów, głośników, aparatów projekcyjnych, wyposażenia ciemni fotograficznej i studia nagrań, radioklubu i pracowni plastycznej. Słowem całego ruchomego majątku Powiatowego Domu Kultury, skrzętnie gromadzonego przez lata. Natychmiast po pożarze, zarządzona przeze mnie inwentaryzacja wykazała, że z bogatego wyposażenia nic nie zginęło, że uszkodzono prze zalanie jedynie kilkaset książek. Wprawdzie z mieszkania, obok studia nagrań pani Lilien Frankowski, asystentki kierującego budową Zakładów Mięsnych p. Kępy, wyniesiono bezpowrotnie kilka zgrzewek piwa w puszkach i kilka koniaków ale poszkodowana nie zgłaszała pretensji uznając słusznie, że nie szkoda róż, gdy płoną lasy.



„Pożar wywołali robotnicy spawający metalowe sztangi...”, 6 kwietnia 1976 r.

 

 


 

Nie muszę przekonywać, jakim uznaniem cieszył się dom kultury wśród mieszkańców Sokołowa w latach siedemdziesiątych. Wystarczy obejrzeć sobie jedną z niedawnych wystaw SOK. Toteż pożar domu kultury i spowodowana nim przerwa w pracy, wywołała w mieszkańcach i władzach miasta niebywałą chęć wspólnej pracy na rzecz przywróceniu warunków działalności tej instytucji. Michał Woźniak – Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej i jednocześnie szef Rady Programowej Powiatowego Domu Kultury powołał niezwłocznie Społeczny Komitet Odbudowy Domu Kultury. Utworzono konto bankowe, na które jeszcze liczne w Sokołowie zakłady pracy i Rady Zakładowe Związków Zawodowych wpłacały pieniądze. Pod nadzorem prokuratora Ryszarda Wionczka i ekspertów straży pożarnej przystąpiono do odgruzowania sali widowiskowo – kinowej z resztek konstrukcji dachowe,j do której umocowanych było 2400 kolorowych reflektorków. To one przed każdą projekcją filmową dawały bajkowe refleksy światła na gipsowych płaszczyznach sufitu. Sala kinowo-teatralna wyposażona była w 420 giętych, tapicerowanych foteli. Jej ściany obłożone profilowanymi elementami gipsowymi dawały wspaniałą akustykę, chwaloną przez licznie występujących w Sokołowie artystów. Te warunki i sprawność pracowników domu kultury w organizowaniu widowni, sprawiały, że każdy liczący się w kraju zespól estradowy, każdy uznany i modny artysta chcieli grać i śpiewać dla mieszkańców naszego miasta. Niedawno pani Maria Koc – niegdyś dyrektor Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a obecnie senator i wicemarszałek Senatu  RP pisała w Internecie, zdziwiona jak to się stało, że po Katowicach i Warszawie trzeci koncert w Polsce kultowego węgierskiego zespołu Omega odbył się w Sokołowie. Posługując się tekstem Imć pana Zagłoby – Jam to uczynił.

Póki co wracam do montażu dachu i helikoptera. W ekspresowym tempie inżynierowie zaprojektowali 5 stalowych a więc ogniotrwałych wiązarów dachowych, których wykonanie zlecono siedleckiemu Mostostalowi. Tam naszym orędownikiem był Adam Klejc. Wcześniej krótko pracował w Sokołowie, bodaj w Spółdzielni Drzewnej i bywał na imprezach domu kultury. Dzięki niemu znalazł się odpowiedni deficytowy materiał i moce produkcyjne na wykonanie nietypowego zadania nie planowanego wcześniej. Młodym czytelnikom wyjaśniam, że cała gospodarka była w latach PRL-u planowa a to oznaczało, że jeśli czegoś nie było w planie, nie miało szans na realizacje. Jak sobie z tym poradził Adam Klejc, nie wiem. Wiem, że niebawem na stadionie przy ulicy Lipowej zwieziono 5 stalowych krokwi o rozpiętości ponad 12 metrów, wysokości około 3 metrów i wadze do 5 ton, skąd transportowy śmigłowiec miał je przenieść na dach domu kultury i umiejscowić precyzyjnie we wcześniej przygotowanych gniazdach. Zanim do tego doszło, trwały narady ze specjalistami, jakim sposobem, tak ciężkie konstrukcje założyć nad salą widowiskową, mieszczącą się w środku budynku. Z obliczeń długości wysięgnika i ciężaru wyszło, że taki dźwig może być tylko na budowie Petrochemii w Płocku. Najpierw jednak rozeznać, czy kierujący prestiżową inwestycją w kraju, zgodzi się wynająć taki dźwig i czy znajdziemy na to pieniądze.

Sokołowianin, pan Witek Domański, pracujący w kierownictwie budowy Petrochemii w Płocku rozwiał nasze nadzieje. Nie ma szans na wypożyczenie dźwigu z budowy, którą żywo interesuje się Premier Jaroszewicz, tym bardziej, że mają opóźnienia i gonią plan.

Szkoda waszego czasu i szynek z Zakładów Mięsnych, poszukajcie innego rozwiązania. Można np. pociąć krokwie na elementy i pospawać je ponownie, albo poszukać dźwigu u kolejarzy. W PKP są dźwigi zdolne podnieść nawet lokomotywę, ale żeby je sprowadzić, trzeba od dworca do parkingu domu kultury pobudować tory i to przez wał przeciwpowodziowy, który teraz jest ulicą Marii Curie Skłodowskiej. Kosztów takiej operacji miasto nie udźwignie, a ponadto ramię dźwigu jest za krótkie, by sięgnąć do środka sali – rozwiał wszelkie nadzieje inż. Franciszek Łomża, jeden z ekspertów budowlanych zaangażowanych w dzieło odbudowy domu kultury. Sytuacja stała się patowa. Dyskusjom i radom ekspertów nie było końca. Rozwiązania nie było. Zdecydował przypadek. Siedzieliśmy jak wiele razy w moim biurze ze Zdzisławem Laksem, Antonim Chłopkiem, Franciszkiem Łomżą i Jasiem Piekarskim przy kawie, kanapkach i nie tylko, szukając skutecznego rozwiązania problemu. Ktoś zauważył, że przyszedł czas na dziennik telewizyjny. Włączyłem telewizor, a w nim ukazał się śmigłowiec niosący ponad dachami Krakowa pomnik króla Władysława Jagiełły, by po chwili osadzić go na fundamencie przy placu Jana Matejki. – Mamy rozwiązanie – stwierdziłem z przekonaniem. Nie czekając na opinie pozostałych obserwatorów dziennika, poprosiłem Jadzię Witkowską, która zawsze była „pod ręką”, gdy działo się coś ważnego, o odszukanie telefonu do firmy, która dokonała tak spektakularnej operacji przy montażu pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Rano miałem namiary na dyrektora Zakładu Usług Lotniczych w Nasielsku. Zadzwoniłem i przedstawiłem nasze problemy, akcentując bezradność różnych decydentów w ich rozwiązaniu. Dyrektor pozwolił mi się wyżalić i obiecał przyjazd do Sokołowa w celu zbadania sprawy. Byliśmy uratowani. Niebawem na stadionie wylądował potężny helikopter, z którego wyjechała „operacyjna” Nyska. Montaż 5 wiązarów z ich transportem ze stadionu na dach domu kultury trwał niepełną godzinę, a koszt był nieporównanie mniejszy od innych wyliczanych wariantów. Za usługę zapłaciliśmy pieniędzmi mieszkańców Sokołowa zebranymi na koncie społecznego komitetu odbudowy domu kultury. Warto o tym pamiętać, jak i o tym, że już w 3 miesiące po pożarze w kawiarni „Niespodzianka” odbyła się projekcja filmowa dla członków Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Zbyszek”. Jak tak sobie wspominam i konfrontuję z obecną rzeczywistością, dostaję gęsiej skórki. Nie mogę pojąć, że teraz problemem jest organizacja kina letniego (kiedyś na projekcji filmu Krzyżacy na stadionie sprzedano 4670 biletów, ilu było gapowiczów – nikt nie policzył). Problemem jest organizacja Kupalnocki w Gródku, zorganizowanie wystawy przepięknych zdjęć Michała Kurca, wydanie książki na jubileusz 60-lecia Sokołowskiego Ośrodka Kultury, a nawet zwykłej dyskoteki. Czy to problem pieniędzy, czy ludzi? Kto wie, niech napisze

 

 

 

 

 

 


 

Oglądałem niedawno reportaż z otwarcia wystawy prac, dzieł? posła  Marka Suskiego w Sejmie RP. Wiem, mamy wolność i swobodę wypowiedzi „Każdy śpiewać może …” Przez niemal pól wieku pracy w szeroko rozumianej kulturze miałem możliwości oglądania tysięcy wystaw artystów zawodowych, ludowych i amatorskich. Kontemplowałem ponadczasowe dzieła mistrzów udostępniane w Luwrze, grand Palais i Galerii Trietiakowskiej.  Zawsze chciałem  dociec i zrozumieć co autor dzieła chciał nam powiedzieć, co przekazać? Tak było i teraz po obejrzeniu w TV wystawy  M. Suskiego. Chyba  mam deficyt poznawczy, bo nie mogę pojąć metafory  zawartej w obrazie jak rusałka - Krystyna Pawłowicz - rzuca perły wieprzom  w postaciach morskich zwierzątek. Wystawie nadano odpowiednią rangę. Otwarcie zaszczycił  wiadomy prezes i przyjaciele artysty. I do nich  zwracam się publicznie. Co poseł  artysta M. Suski chciał nam powiedzieć przez swoje dzieło? Nie od rzeczy będzie też pytanie do organizatorów - czym epatujecie parlamentarzystów. Mam tu na myśli wystawę malarską o katastrofie smoleńskiej w duchu komisji Macierewicza. Żeby nie tylko krytykować mam propozycję wystawy rysunków satyrycznych Andrzeja Markusza. Przyjrzyjcie się wystawie rysunków satyrycznych śp. Andrzeja Markusza - absolwenta ASP w Krakowie i mieszkańca Sokołowa Podlaskiego przygotowanej przez jego przyjaciół i Sokołowski Ośrodek Kultury. Wystawa był eksponowana w Siedlcach, Mińsku Mazowieckim, Węgrowie, Sterdyni i Sokołowie Podlaskim. Album zawierający 300 rysunków - felietonów satyrycznych   Andrzeja  możecie dostać w Sokołowskim Ośrodku Kultury. Warto podjąć działania.

Wacław Kruszewski                                                        

 

 

czwartek, 25 grudnia 2025

 Wacław Kruszewski



https://waclawkruszewski.blogspot.com/




mail: waclawkruszewski37Historia kina w Sokołowie.


 




Historia Kina w Sokołowie

Byłem od zawsze kinomanem. Dokładniej od lat dziecięcych przypadających u mnie na mroczne lata okupacji. Mieszkaliśmy wówczas w rozległym, drewnianym domu na rogu ulic Repkowskiej i Siedleckiej. Naprzeciw naszego domu znajdował się budynek Magistratu a w nim na pierwszym piętrze, nad garażami Ochotniczej Straży Pożarnej funkcjonowało kino „Ostland”. Wejście i kasa do tego niemieckiego kina było od strony ulicy Długiej. Kasa jednak nie interesowała nas, bo skąd my, biedne dzieciaki mieliśmy brać marki i fenigi na zakup biletów, za to wejście owszem; ale nie to oficjalne od ulicy Długiej tylko tajne, odkryte przez Michała Langowskiego, mojego kolegę i syna pana Wiktora - kapelmistrza orkiestry strażackiej. 




Michał mieszkał z rodzicami w służbowym mieszkaniu, do którego wchodziło się od strony ulicy Repkowskiej i mieszczącym się na zapleczu sceny sali kinowo - teatralnej. Korzystając z tego sekretnego przejścia oglądaliśmy wszystkie niemal filmy i ulubione kroniki wojenne za darmo. Nie rozumieliśmy akcji polskiego podziemia zakazującej oglądania filmów w niemieckim kinie i nie popieraliśmy tego bojkotu wyrażanego napisami „Tylko świnie siedzą w kinie”, grano bowiem dla zachęty polskie komedie z Adolfem Dymszą. Na dodatek, ratując frekwencję w kinie, na kolejne seanse wprowadzaliśmy znanym sobie przejściem coraz więcej kolegów z pobliskich ulic. Mimo wszystko przez ten bojkot kilka filmów jednak nas ominęło. Za to później byliśmy świadkami popisów „jasnowidza Nemo" na sali kinowej. W przerwie między kroniką propagującą niemieckie zwycięstwa w Rosji, kiedy już było wiadomo, że dostają tam tęgie baty zapalono światła i na scenę wyszedł jasnowidz. Asystentka zasłoniła mu oczy czarną przepaską a on wskazując ręką wybranego wcześniej widza bezbłędnie odgadywał jego imię, zawód i ulicę, przy której mieszkał. Widz wstawał i potwierdzał prawdziwość danych. Szmer uznania zastąpiła groza, kiedy jasnowidz powiedział, że widzi na sali młodego mężczyznę, który ma w kieszeni nabity pistolet i może z niego kogoś zastrzelić. Powstało zamieszanie i do ucieczki rzuciło się kilku młodych ludzi wprost w ręce gestapowców obstawiających wszystkie wyjścia oprócz naszego, z którego jeden z konspiratorów skorzystał. Zapewne tym uratował sobie życie, ale też ujawnił naszą drogę do edukacji filmowej. Tak ja zapamiętałem ten incydent, zapewne zaplanowany i zorganizowany przez gestapo w sokołowskim kinie, bo w tą zasadzkę wpadli synowie naszych sąsiadów. Może starsi mieszkańcy miasta pamiętają więcej i zechcą się swoją wiedzą podzielić z nami. Zaraz po tym wydarzeniu nasze tajne przejście zostało zamknięte, mieszkanie Langowskim odebrano a my aż do sierpnia 1944 roku mogliśmy oglądać tylko maszerujące przez Sokołów węgierskie i niemieckie dywizje atakowane przez radzieckie samoloty i już nie na filmach, ale na żywo przeżywać nocne bombardowania miasta jak to z 24 lipca 1944 roku na stacjonującą w Sokołowie dywizję „Viking”. W ciągu jednej nocy zginęło i zostało rannych wtedy ponad tysiąc pięćset osób. Na cmentarzu przy ulicy Bartoszowej są rodzinne nagrobki z wyrytymi w kamieniu napisami: „zginęli tragicznie 24 lipca 1944 roku”. W miesiąc po tych wydarzeniach - w sierpniu, mogliśmy już oglądać radzieckie filmy wyświetlane w plenerze na gruzach domostwa państwa Radźków przy ulicy Długiej. Za ekran służyła biała szczytowa ściana domu państwa Salachów. Później kino przeniosło się do dawnej żydowskiej bożnicy na małym rynku, zwolnionej właśnie przez wojskową drukarnię. Z pozostawionych tam czcionek z bukwami odlewaliśmy ołowianych żołnierzy i było to zajęcie całkowicie absorbujące chłopaków z Siedleckiej, Repkowskiej, Rogowskiej i Długiej, oczywiście poza szukaniem i znoszeniem do domów i komórek niewypałów, gaz - masek, hełmów i broni. Do maleńkiej sali tego kina trudno się było dostać, szczególnie, gdy grano film pt. „Świat się śmieje”. Grano więc go wielokrotnie, po kilka razy dziennie. Ta zabawna filmowa komedia, po koszmarze wojny i okupacji bardzo się mieszkańcom miasta podobała. Dziewczęta śpiewały finałową pieśń Luby Orłowej o miłości i sercu - najpiękniejszym słowie świata. Chłopaki tresowali kozy i świnie chcąc dorównać filmowym obrazom. Muszę przyznać, że radzieckim propagandzistom dobór repertuaru filmowego udał się znakomicie. Później było już tylko gorzej. Mam tu na myśli argumenty pana Edwarda Dyla - kierownika kina ruchomego tłumaczącego się z niewykonania planu widzów na filmach radzieckich w latach sześćdziesiątych: „Ludzie nie chcą kołchozów i nie chcą oglądać kołchozowych filmów, gdzie karzą matkę więzieniem za wzięcie ogórka dla swojej głodnej córeczki”. Mimo premii dla pracowników kina za rozpowszechnianie filmów kinematografii obozu socjalistycznego trudno było przekonać widzów do oglądania tych propagandowych gniotów; chociaż radzieckie filmy wojenne jednak cieszyły się dużym powodzeniem. Stałym bywalcem na nich był np. Józef Borecki - Wiceprzewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie i poseł na Sejm z ramienia Stronnictwa Demokratycznego. Na jednym z produkcyjnych zebrań, gdzie omawiano wyniki ekonomiczne kina włączonego w struktury Powiatowego Ośrodka Kultury pan Janek Godlewski zaproponował aby nie grać filmu, jeśli nie przyjdzie na niego minimum 10% widzów (na sali mogło pomieścić się 420 widzów), bo jak argumentował główny kinooperator: „wpływy za bilety nie pokrywają kosztu zużycia energii elektrycznej i pracy 10 osobowej załogi”. Niewątpliwie miał rację, ale jak nie grać filmu, kiedy na seanse przychodzi poseł i nasz przełożony. Była to trudna sprawa i musiałem znaleźć jakieś rozwiązanie by nie podpaść szefowi a zarazem zachować właściwą postawę wobec słusznych postulatów załogi mobilizowanej do ciągłej poprawy wyników ekonomicznych pracy kina. Podszedłem więc do pana Boreckiego i wyłożyłem mu nasze racje oferując zarazem, że gdy będą inni chętni do obejrzenia radzieckiego filmu wojennego poślę na osiedle ZOR – y pod jego mieszkanie kinowóz i Gienio Burchard przywiezie pana przewodniczącego do kina. Pan Józef odniósł się do mojej propozycji sceptycznie. Wyglądało na to, że z mojej misji nic nie wyjdzie, więc poprosiłem tylko o powody tak wielkiego zainteresowania filmami radzieckimi ze strony przewodniczącego, by przekazać te informacje załodze. To, co usłyszałem pozostało w mojej pamięci na całe życie: „Jak panu zapewne wiadomo, panie Wacławie przychodzę do kina tylko na radzieckie filmy wojenne, bo w 1939 roku zdałem małą maturę i ojciec kupił mi w prezencie zegarek na rękę marki Omega; przedmiot moich marzeń i powód zazdrości kolegów. Niebawem do Buczacza wkroczyły jednak wojska radzieckie i jeden z oficerów zabrał mi ten zegarek. Przychodzę na filmy z nadzieją, że rozpoznam tego oficera a następnie odbiorę pamiątkę po ojcu”. Zbaraniałem - to przecież niemożliwe, by jeden z niewielu wówczas inteligentnych i wykształconych pracowników powiatowej rady w Sokołowie nie odróżniał filmów fabularnych od dokumentu. Nie wiem dlaczego zacząłem jednak przekonywać go, że takie filmy to fikcja; grają w nich aktorzy a nie autentyczni żołnierze. „Taaak? – z niedowierzaniem i kamienną twarzą odpowiedział pan Józef - To szkoda mojego czasu na te filmy”. Działo się to już nowym kinie „Sokół” oddanym do użytku w lutym 1964 roku. Pierwszy seans był jednocześnie uroczystą premierą filmu Ewy i Czesława Petelskich pt. „Naganiacz” kręconego na polach i w obiektach zabytkowego dworu w Kurowicach. 





Skromne kino „Zdobycz” mieszczące się w budynku OSP przy ulicy Lipowej zostało zastąpione przez bajeczne, panoramiczne kino „Sokół” - z wygodnymi fotelami, nowoczesną aparaturą i pierwszym w Sokołowie neonem na frontonie budynku Powiatowego Ośrodka Kultury.




Krzysztof Zanussi na spotkaniu w Sokołowie Podlaskim, kwiaty wręcza pani Halina Kędziora

A tak przy okazji: czy dziś w kinie i telewizji musimy oglądać tyle „chłamu” produkcji USA? Czy wnukowie i wnuczki nie zapytają nas, dlaczego w amerykańskich filmach tylko biją się i mordują a bohaterami są gangsterzy, szpiedzy i mafiosi? Swoją drogą, teraz wyprawa do kina to także duże wyzwanie finansowe. Liczy się przecież tylko kasa a nie filmowa edukacja czy rozrywka. Dobrze, że prawdziwych miłośników kina w Sokołowie przygarnia Dyskusyjny Klub Filmowy „Zbyszek” od z górą 40 lat organizując projekcje najwybitniejszych filmów z całego świata i łącząc te pokazy ze spotkaniami wybitnych polskich twórców oraz krytyków kina, czego dowodem jest chociażby pobyt Krzysztofa Zanussiego w Powiatowym Ośrodku Kultury w 1967 roku; kwiaty wybitnemu reżyserowi wręczyła wtedy opiekunka DKF Halinka Kędziora.


Wacław Kruszewski




@gmail.com                                      

czwartek, 4 grudnia 2025

 Tak było

Od pani Leokadii Tykockiej ,kierującej siedlecką redakcją Trybuny Mazowieckiej dostałem prestiżowe dla mnie zadanie. Miałem wyszukać i opisać do świątecznego numeru gazety jakiegoś weterana pamiętającego wigilię  Bożego Narodzenia z  czasów wojny i okupacji .Ochoczo wziąłem się za realizację zadania, które mieściło się w moich zainteresowaniach. Z  wielu rozmów z żyjącymi jeszcze Żołnierzami AK i moim zwierzchnikiem Lucjanem Maraskiem- V-ce przewodniczącym prezydium powiatowej rady narodowej w Sokołowie uzyskałem adres i namiary na pana Jankowskiego- leśniczego w Holenderni. gm Sterdyń. Lucjan znał leśnika oraz jego wojenne i okupacyjne dzieje więc ułatwił mi kontakt z człowiekiem ,który o swoich przeżyciach nie z każdym chciał rozmawiać .Przyjął mnie gościnnie, ale już po pierwszym pytaniu zderzyłem się ze skromną wiedzą o naszej historii .Moją ze szkół i Jankowskiego z jego z życia  .  Na pytanie czy pamięta pan wieczerzę  wigilijną z czasów okupacji   odpowiedział pytaniem ; pamiętam ,ale o którą okupację pan pyta ? Urodziłem się w polskiej rodzinie na Litwie i odwołując się do poematu Adama Mickiewicza  „ Litwo Ojczyzno moja przeżyłem 4 okupacje .Encyklopedycznie wymienił wszystkie z datami ,od buntu Gen. Żeligowskiego po niemiecką okupację Wilna o wyzwolenie  którego walczył w szeregach AK   ,by następnie uciekać do Polski przed kolejnym okupantem  wyłapującym sojuszników operacji „Ostra Brama”  Udało się z kilkoma kolegami -leśnikami uciec z transportu na Sybir i ruszyli przez puszczę Rudnicką i Białowieską do  Polski .Żywiąc się pędrakami i roślinami wygłodzeni i zmęczeni długą drogą dotarli w Wigilię Bożego Narodzenia 1944 roku na stację kolejową w Białymstoku. A tu żołnierze radzieccy wprost z wagonów rozdają ludziom chleb. Osłabiony głodem i odurzony zapachem czarnego wojskowego chleba  podszedłem i ja do wagonu wyzwolicieli i wyciągnąłem rękę po upragniony chleb czego do dziś nie mogę sobie darować zakończył powieść leśniczy Jankowski z poleceniem bym napisał jak mówił. Tak zrobiłem i zadowolony pognałem do Siedlec oddając tekst i zdjęcia do redakcji. Zdjęcia zrobiłem przy okazji zaproszony przez leśniczego do przejażdżki dwukółką po lesie w którym trwały prace. W świątecznym magazynie Trybuny Mazowieckiej ilustrowały artykuł o zwalczaniu szkodników leśnych.

                                        Wacław Kruszewski

 

    Z bardzo wielu imprez jakie miałem przyjemność organizować z pracownikami domu kultury w latach jak mówią teraz „słusznie minionych” w mojej pamięci  pozostało  ledwie kilka. Zastanawiam się jak to się dzieje, że nie pamiętam np. koncertu Czesława Niemena a dobrze pamiętam występy bułgarskich piosenkarek Krasymiry Minewy i Margaret Nikołowej Nie wiele  pamiętam ze wspaniałego koncertu orkiestry jazzowej Gustawa Broma z solistami Heleną Vondraczkową i Karolem Gottem a dobrze pamiętam ,ze  chór  filharmoników z Nowo Sybirska wystąpił w Sokołowie w czarnych garniturach i jasnych brązowych pantoflach hurtem zakupionych w Warszawie. Pamiętam „Trubadurów” ,bo w czasie ich występu  tuż za ich plecami runęła z pod stropu sceny metalowa sztanga z maskującą kurtyną. Pamiętam jak Jacek Fedorowicz  po słowach że jest  gotów stanąć na głowie by rozbawić  sokołowską publiczność .zeskoczył ze sceny i przed  p. Jadzią Maraskową  stanął na rękach a następnie przedefilował w ten sposób przed pierwszym rzędem widzów. Pamiętam  dyskusję p. Mirka Zalewskiego z Jerzym Ofierskim .Zalewskiemu , wówczas pracownikowi  Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Morszkowie, nie podobała się prześmiewcza krytyka sołtysa  Kierdziołka pod adresem rolników więc  wszedł na scenę i obsobaczył popularnego w Polsce artystę. Dostał burzliwe brawa  widzów i podziękowania od władz powiatowych. I tak przywołując dawne imprezy odnalazłem klucz otwierający wspomnienia dobre i nie zawsze dobre. Obok wartości artystycznych  w formie i w treści musiało coś się wydarzyć co zawładnęło pamięcią i nie daje się usunąć. Zona twierdzi ,ze jak na swoje lata mam  doskonałą pamięć. Tylko żałuje, że to pamięć wsteczna bo nie pamiętam co miałem zrobić na działce mimo ciągłego przypominania. Może i tu trzeba poczekać na jakiś incydent który zaburzy proces myślenia i uaktywni leniwe zwoje mózgowe. Chyba nie jest żle ,bo właśnie sobie przypomniałem ,że mam podlać kwiatki i to nie po liściach. Odkąd przekwitło w naszym ogrodzie 936 tulipanów ,na róże ,piwonie i lilie starczy dziesięć konewek wody i znowu będę mógł snuć wspomnienia ..Piszę ten felietonik w przeddzień święta Bożego C iała i przypomniała  mi się reakcja ks Kazimierza Gasika, który przed laty podziękował mi osobiście za bogaty program imprez artystycznych jaki dom kultury przygotował na to święto. To było mistrzostwo dyplomacji ze strony duchownego. Wiedział przecież doskonale, że partyjne kierownictwo powiatu co roku z uporem wymusza na instytucjach oświaty , kultury i sportu przygotowanie atrakcyjnych imprez mających odciągnąć młodzież od coraz to większych i okazalszych procesji. Skorzystałem z metody księdza Gasika i w komitecie pochwaliłem się jego uznaniem dla domu kultury, Odtąd nie było już nacisków na organizowanie imprez w czasie mszy i procesji  święta Bożego  Ciała. Chociaż jeszcze parę lat trzeba było poczekać by na koncercie dla budowniczych kombinatu mięsnego obok siebie zasiedli  I sekretarz KP. PZPR w Sokołowie Henryk Bereza i ksiądz  proboszcz Stanisław Pielasa.  Było tak !  W 1974 roku zakończono budowę Zakładów Mięsnych – sztandarowej inwestycji w sektorze spożywczym Edwarda Gierka. .Lokalizacje tej inwestycji zawdzięczamy największemu” zaświnieniu” powiatu. Musiało być 100 sztuk świń na 100 hektarów użytków rolnych. .Taki warunek postawili decydenci. I było ! Hodowano świnki w stodołach, w budowanych naprędce oborach i chlewniach. Nawet w garażach zestawianych wg pomysłu Inż. Franciszka Łomży  z  betonowych elementów przystanków autobusowych. W tej wielkiej robocie nie zabrakło od początku do końca Powiatowego Ośrodka Kultury.. Od zabicia palików przez geodetów na polach PGR wytyczających zarysy głównych obiektów, po otwarcie zakładów i uroczysty koncert dla  budowniczych. Robiliśmy zdjęcia Organizowaliśmy wycieczki i imprezy dla międzynarodowej grupy budowniczych..Udostępniliśmy mieszkanie dla pani Liljen Frankowski - asystentki dyrektora inwestycji pana Józefa Kępy..Zapracowaliśmy w ten sposób na doskonałą aparaturę nagłaśniającą i dyskotekową firmy Dynacord o  ówczesnej wartości  17 500 DM.. Do magazynów Hardwiga w woj. Zielonogórskim trzeba było wysłać dwie” Nysy” by ten sprzęt przywieżć do Sokołowa. Póżniej zarabialiśmy na jego wypożyczeniach np. do Ursusa do Estrady Warszawskiej na różne masowe imprezy w całym województwie warszawskim .Ale koncert na zakończenie budowy kombinatu mięsnego utrwalił się w mojej pamięci za sprawą podziału miejsc w pierwszym rzędzie. Fundator koncertu p.Józef Kępa zażyczył sobie by zasiadł w pierwszym rzędzie obok I sekretarza komitetu powiatowego PZPR Henryka Berezy i księdza proboszcza Stanisława Pielasy .Na moją uwagę, że to niemożliwe by Ci dwaj znani ze swoich przekonań i praktyk przywódcy lokalnej społeczności chcieli usiąść ,na publicznej imprezie obok siebie p. Kępa odpowiedział pytaniem A czy to żle?   Przecież z każdym z nich moja firma dobrze współpracowała w całym dziele budowy kombinatu. i każdemu chcę teraz podziękować. .Firma Epstein z Chicago zbudowała księdzu proboszczowi  w jedna noc betonową wieżę

na kościele  a pan sekretarz dostał 1200 nowych miejsc pracy Czy to żle ?- Pewnie że nie żle ,ale u nas nie ma takiego obyczaju .- odpowiedziałem !  To trzeba go wprowadzić i nie obawiajcie się tego. Jak pana wyrzucą z pracy dostanie pan u mnie stanowisko , dwa razy większe wynagrodzenie  i samochód do dyspozycji. Spełniłem życzenie fundatora i odprowadziłem na wskazane miejsca liderów partii i kościoła. Zasiedli po obu stronach gospodarza imprezy p. Kępy. Jak się okazało ,skandalu nie było bo muzyka łagodzi obyczaje.. a jazzowa podobno budzi z letargu .Ksiądz z sekretarzem zgodnie oklaskiwali występy znakomitego zespołu „Vistula Riwer Jazz Band „Byłem zadowolony że  udało się w 1974 roku w moim mieście doprowadzić do zbliżenia partii z kościołem, chociaż na krótko. bo koncert trwał niespełna 2 godziny.

Wacław Kruszewski

        Pierwsze ameryka ńskie filmy w Sokołowie Tak było !     P ocz ą tek lat sze śćdziesiątych. Dom Kultury ciągle w budowie,...